Trudna sytuacja w przedszkolach. "Rodzice nie rozumieją zagrożenia. Wysyłają dzieci z zielonym katarem"

W czasie epidemii koronawirusa z trudną sytuacją i zagrożeniem epidemiologicznym mierzą się też pracownicy przedszkoli. "Nie korzystamy ze zwolnień ani urlopów, bo mamy braki kadrowe. (...) Nie mamy sposobu chronić siebie i dzieci przed zakażeniami" - pisze w liście do naszej redakcji pani Aneta, która pracuje w jednym z przedszkoli w Warszawie. "Rodzice nie rozumieją zagrożenia. Wysyłają dzieci z zielonym katarem" - dodaje.

W ostatnich dniach liczba zakażeń i zgonów wywołanych koronawirusem rośnie, ale decyzją rządu placówki oświatowe w całej Polsce są cały czas otwarte. O swoich obawach o zdrowie i życie alarmują nauczyciele szkół podstawowych czy liceów, którzy wskazują, że z powodu przepełnionych klas nie mają możliwości przestrzegania narzuconych przez sanepid wytycznych epidemiologicznych. Dwoje pedagogów zakażonych COVID-19 już zmarło, a Związek Nauczycielstwa Polskiego zaapelował do rządu o reakcję i wprowadzenie większych środków bezpieczeństwa. 

Zobacz wideo Czy dojdzie do załamania systemu ochrony zdrowia? „Ogniskowo ono już występuje”

Przedszkola w czasach pandemii. "Nie mamy sposobu, by chronić siebie i dzieci przed zakażeniem"

Z trudną sytuacją mierzą się także pracownicy przedszkoli, które również działają bez ograniczeń - jedyna różnica w porównaniu do szkół jest taka, że przed wejściem do przedszkola każdemu z podopiecznych musi być zmierzona temperatura. O tym, jak sytuacja wygląda w rzeczywistości, opowiada w liście do naszej redakcji pani Aneta, która pracuje w jednej z placówek w Warszawie. Jak wskazuje, w połowie maja w jej przedszkolu dzieci w grupach było od 8 do 12, a część rodziców nie zdecydowała się na posłanie ich do przedszkola w ogóle. Ale od dwóch miesięcy sytuacja jest dużo gorsza, a o przestrzeganie zasad epidemiologicznych jest coraz trudniej.

Od 1 września liczba dzieci w grupach została zwiększona z 25 do 27. Mamy frekwencję blisko 100 procent. Gdzie tu mowa o dystansie i innych zaleceniach, gdy leżaki leżą jeden przy drugim, dzieci bawią się razem, wspólnie spożywają posiłki przy sześcioosobowych stolikach? W okresie wakacji przy stoliku siedziało 2-3 dzieci, a zachorowalność była stosunkowo niska

- dodaje.

Nie mamy sposobu, by chronić siebie i dzieci przed zakażeniami. Co z tego, że mierzymy 2 razy dziennie temperaturę i pilnujemy higieny? W przedszkolach trudno jest uniknąć kontaktu z dzieckiem począwszy od pomocy w ubieraniu, przebieraniu, zmienianiu zanieczyszczonej bielizny i ubrania, czesaniu, poprawianiu pościeli, aż do po prostu przytulenia płaczącego dziecka

- wskazuje, dodając, że choć sytuacja jest trudna, to wielu rodziców ją bagatelizuje, przysyłając do przedszkola dzieci z wyraźnymi objawami infekcji.

Rodzice nie rozumieją zagrożenia. Wysyłają nam dzieci z zielonym katarem, kaszlące i kichające. I co można z tym zrobić? Władze nie mają pomysłu, jak temu zaradzić, a nas wystawili także na stadne uodpornianie. Kto przeżyje, ten będzie żył. Najgorsze w tym jest nasze zmęczenie i osłabienie. Nie korzystamy ze zwolnień ani urlopów, bo mamy braki kadrowe

- podkreśla, dodając, że jest za zamknięciem szkół i ograniczeniem liczby dzieci w grupach przedszkolnych w taki sposób, jak zrobiono to w maju.