Od miesięcy walczą o pensje. "Nie mam na mieszkanie". Kulisy głośnej wystawy Dali kontra Warhol

Słynną wystawą, którą można było zobaczyć w samym centrum Warszawy, zajmowali się kilka miesięcy. Za ostatnie nie dostali zapłaty. Teraz o swoje będą walczyć w sądzie. "Spółka zrobiła interes kosztem nas - pracowników" - piszą.

Pracownicy spółki Art Production DAT do dziś nie zobaczyli pieniędzy za pracę na wystawie Dali kontra Warhol, pokazywanej w tym roku w salach Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Spółka organizująca wydarzenie od października nie wypłaciła im pensji. Teraz chcą je odzyskać w sądzie. W sumie chodzi tu o ok. 25 tys. zł.

Dali kontra Warhol to "ponad 120 oryginalnych prac obu artystów starannie wyselekcjonowanych z prywatnych kolekcji i fundacji sztuki, ukazujących różnice i podobieństwa w ich twórczości". Część, jak pisali organizatorzy, była pierwszy raz dostępna dla szerokiej publiczności. Ekspozycję można było oglądać w Pałacu Kultury od kwietnia do października tego roku.

"Interes kosztem pracowników"

8 października był ostatnim dniem wystawy. Nie dla wszystkich. Niektórzy pracownicy zajmowali się demontażem wystawy przez kolejnych kilka dni. Ale o wiele dłużej zajmują się walką o zaległe wynagrodzenia.

"Spółka Art Production DAT w tym roku postanowiła zrobić dobry interes na nazwiskach Salvadora Dalego i Andy’ego Warhola, interes kosztem nas - pracowników" - piszą w liście do naszej redakcji. Jak podkreślają, 12 osób nie dostało zapłaty za pracę we wrześniu i październiku. W przypadku jednej z nich chodzi także o wynagrodzenie za czerwiec 2017 r.

Dobra mina do złej gry

Byli zatrudnieni w firmie piszą w liście, że już podczas inauguracji wystawy coś było nie tak. 21 kwietnia (dzień przed oficjalnym otwarciem) "montaż wystawy na prapremierę nie był ukończony. Budowa korytarza otwierającego wystawę była kończona na szybko, a na część eksponatów wciąż oczekiwano".

Sytuacja zaniepokoiła zespół. "Ale zrobiliśmy dobrą minę do złej gry i postanowiliśmy naszą pracą wesprzeć wystawę, a zwłaszcza jej dyrektora artystycznego" - czytamy. Jak zaznaczają pracownicy, "wsparcie nie było marne" - liczący około 40 osób zespół (kasjerzy, recepcjonistki, opiekunowie zwiedzających i przewodnicy) pracował ciężko, niektórzy jego członkowie ponad 10 godzin dziennie. Większe problemy pojawiły się w czerwcu - spółka zaczęła zalegać z wypłatami.

Ultimatum

Prawie połowa zespołu, nie mogąc doczekać się pieniędzy, odeszła z pracy. Reszta próbowała dowiedzieć się, co z pensjami. Ale odpowiedzi nie były zadowalające. Dyrektor artystyczna miała informować, że "nie jest księgową w tej firmie, a finansami nie zarządza". I dodać, że jest w takiej samej sytuacji, co pracownicy. Jeden z nich zadzwonił do prezes zarządu z pytaniami o wypłaty i kondycję finansową wystawy. Miał usłyszeć jedynie, że jest "chamski i arogancki, w związku z czym należy go zwolnić" - czytamy w liście.

Pod koniec sierpnia pracownicy postawili ultimatum - albo dostaną pieniądze, albo nie podadzą dyspozycyjności na kolejny miesiąc. Nagle, jak piszą, pojawiły się zaległe wynagrodzenia. Dyrektor artystyczna poprosiła pracowników, by wytrwali do końca, a "ona zadba, by pieniądze na [kolejne] wypłaty się znalazły".

Ostatnie pieniądze

Jednym ze sposobów na zapewnienie zaległych wynagrodzeń było przyjmowanie płatności na wystawie wyłącznie w gotówce. Dzięki temu we wrześniu wypłacono pensje za czerwiec, lipiec i sierpień. W październiku pięć osób także dostało wynagrodzenia za poprzedni miesiąc. Dwie z nich, jak mówią nam pracownicy, dostały pełne wynagrodzenia. Natomiast syn dyrektor artystycznej wystawy i dwóch jego znajomych - większość zapłaty za pracę. Zaprzecza temu dyrektor w rozmowie z nami - jak mówi, syn dostał jedynie połowę wypłaty za wrzesień. Ale już nic za październik.

To były ostatnie pieniądze, jakie widzieli pracownicy. Po 8 października pomagali w demontażu i sprzątaniu sal (za ustalone wcześniej stawki), choć nie leżało to w ich obowiązkach. Za to i za ostatnie dwa miesiące pracy pensji już nie otrzymali.

"Jedyne źródło utrzymania"

Pieniądze powinny wpłynąć w ciągu 14 dni roboczych od podpisania umowy, najpóźniej do 22 października. Nie nastąpiło to jednak w ciągu dwóch kolejnych miesięcy - do 21 grudnia (gdy piszemy ten tekst). W październiku zarząd obiecywał, że postara się zdobyć środki. W listopadzie kontakt, jak mówią nam pracownicy, urwał się.

"Dla wielu z nas było to jedyne źródło utrzymania przez czas wystawy. Brak wypłat przyczynił się do problemów w życiu codziennym związanych z zaległościami w płatnościach. Począwszy od zaległości z opłatami raz w miesiącu, jak bilet czy telefon, a skończywszy na przyziemnych, a jednak podstawowych, potrzebach dnia codziennego, jak wyżywienie" – piszą w liście.

Kwoty są różne, długi firmy wobec pracowników wahają się od 60 zł do niemal 5700 zł. - Nie ma jak zapłacić za mieszkanie - mówi jeden z nich.

"Codziennie odbierał mejle z danymi o obrocie wystawy"

Pracownicy twierdzą, że żywo zainteresowany kondycją firmy jest poseł Grzegorz Furgo. "Codziennie przez pół roku odbierał mejle z danymi o obrocie wystawy" - piszą w liście. "Choć spółka aktualnie należy do jego żony i niby nie jest z nią związany, uczestniczył we wszystkim, co wystawy dotyczyło" - zaznaczają.

Furgo w 2015 r. dostał się do Sejmu z list Nowoczesnej (potem przeszedł do PO). Wtedy też zrezygnował z prowadzenia Art Production Grzegorz Furgo. Oficjalnie firma nie ma nic wspólnego z Art Production DAT (ostatni człon nazwy układa się w pierwsze litery imion Doroty Furgo (wspólnik), Agnieszki Wiśniewskiej (prezes zarządu) i Tadeusza Maroszka (członek zarządu)). Ta powstała tuż po odejściu Furgo do polityki.

Furgo: Od dwóch lat nie mam nic wspólnego z firmą

- 30 lat prowadziłem tę firmę, od dwóch lat nie robię nic – mówi w rozmowie z nami poseł. Jak podkreśla, nie ma ze spółką nic wspólnego, zgodnie z prawem jako parlamentarzysta nie może bowiem prowadzić działalności gospodarczej. Wspólnikiem firmy jest za to jego żona (potwierdzenie znajdziemy w Krajowym Rejestrze Sądowym), ale jak zaznacza polityk, dostaje ona jedynie dywidendę.

- Mieliśmy dyspozycję, żeby wysyłać raporty do czterech osób: prezes zarządu, dyrektor artystycznej, pana Furgo i jego żony - mówi tymczasem w rozmowie z nami Kamila, która zajmowała się obsługą recepcji wystawy. Dlaczego poseł chciał widzieć raporty? - Uzasadniał to zainteresowaniem tym, jak radzi sobie wystawa, oraz ze względu na dawne znajomości ze współpracownikami - tłumaczy Maciej. To on koordynuje działania pracowników, zmierzające do odzyskania pieniędzy.

Zarząd: Walczymy

Art Production DAT boryka się z problemami finansowymi. Potwierdza to prezes zarządu spółki Agnieszka Wiśniewska w rozmowie z metrowarszawa.pl. Potwierdza także to, że część pracowników nie dostała wynagrodzenia za ostatni miesiąc pracy. - Zarząd walczy, by dostali zaległe pensje - zaznacza jednak. W jaki sposób? Firma podejmuje próby organizacji wystawy w innym mieście. Gdzie? Tego się nie dowiemy.

- Firma nie posiada praw do wystawy - mówi nam tymczasem dyrektor artystyczna. - To jest produkt, który mieli prawo sprzedawać jedynie przez pół roku - zaznacza.

Prezes przekonuje, że spółka nie ma w planach ogłoszenia upadłości, czego obawiają się pracownicy. - Walczymy o to, żeby jakoś funkcjonować - mówi Wiśniewska. Jak dodaje, spółką zajmuje się obecnie Państwowa Inspekcja Pracy.

Prezes zarządu kategorycznie zaprzecza, że jeden z pracowników miał od niej usłyszeć, że jest "chamski i arogancki, w związku z czym należy go zwolnić". Odpiera także zarzuty pracowników o brak kontaktu. - Jesteśmy cały czas na smsach, niedawno było spotkanie. Robimy wszystko, żeby nie zostawić ich na lodzie - podkreśla prezes zarządu.

"Chcemy odzyskać to, co nam się należy"

Pracownicy jednak czują się pozostawieni samym sobie i oszukani. Teraz kierują kroki do sądu. Przygotowali pozwy, będą domagać się wypłaty zaległych wynagrodzeń. Kilku z nich również odszkodowań za straty moralne. W piątek 22 grudnia część pozwów zostanie wysłana do sądu.

Niektórzy pogodzili się z tym, że szanse na otrzymanie pieniędzy są nikłe. - Chcemy odzyskać wynagrodzenia, na które wszyscy ciężko zapracowaliśmy - mówi Maciej. Dodaje, że wstępują na drogę sądową, aby przestrzec także inne instytucje i firmy przed Art Production DAT. - Okazała się być kompletnie nierzetelna - podkreśla.

Imiona pracowników na ich prośbę zostały zmienione.

Znasz podobne historie? Nie dostałeś zapłaty za pracę? Pisz na metrowarszawa@agora.pl albo w prywatnej wiadomości na Facebooku.

Był pewien, że policjanci wlepią bezdomnemu mandat. Bardzo się pomylił. "Jestem w ciężkim szoku"