Mieszkańcy Mokotowa wściekli na "karkołomny pomysł 'cykloterrorystów'". "Czujemy się nękani"

Zdaniem części mieszkańców Mokotowa nowy projekt z budżetu partycypacyjnego generuje wyłącznie "utrudnienia i chaos". Rowerzyści mieli zyskać ścieżki, a piesi chodniki. Wyszło? Według ponad 700 osób - karkołomnie.

Na projekt w budżecie partycypacyjnym 2015 pt. "Stary Mokotów: chodniki wolne od rowerów!" zagłosowało 635 osób. Ta liczba wystarczyła, żeby projekt wygrał.

Niedawno rozpoczęła się jego realizacja, a już wielu mieszkańców żąda anulowania inwestycji. Wierzą, że z liczbą 729 głosów zebranych w ciągu 5 dni pod petycją im się to uda. Trafiła już na biurko dyrektora ZDM, inwestora.

Projekt zakładał wyznaczenie nowych przejść dla pieszych wraz z azylami przy przejściach dla pieszych, budowę drogi dla rowerów na ul. Batorego oraz dopuszczenie dwukierunkowego ruchu rowerowego (tzw. kontraruchu) na niektórych odcinkach jednokierunkowych.

Zmiany miały zwiększyć komfort i bezpieczeństwo pieszych oraz rowerzystów na Starym Mokotowie. Ktoś jednak zapomniał, że mieszkają tam również zmotoryzowani.

Co powstało?

A raczej wciąż powstaje i już spędza sen z powiek mieszkańców Starego Mokotowa. Jak obliczyli, na ul. Dąbrowskiego stanęły aż 393 słupki. "Tak gęsto, że wyglądają jak ściana pośrodku chodnika" - piszą.

Czytaj więcej: Jedną z mokotowskich ulic zaatakowała 'słupkoza'. "Postawili je tam, gdzie parkowanie było legalne" [LIST]

Na jednokierunkowych ulicach: Wiśniowej, Narbutta, Łowickiej, Wiktorskiej, Różanej czy Dąbrowskiego wytyczane zostały tzw. kontrapasy (czerwone pasy dla rowerów w przeciwnym kierunku do tego, jakim jadą samochody). 

Zdaniem pani Karoliny Baranowskiej, która złożyła wniosek do ZDM, kontrapasy są szczególnie niebezpieczne, ponieważ rowery wjeżdżają samochodom wprost pod maski, ulica Dąbrowskiego jest jej zdaniem za wąska na takie rozwiązania.

"Przeciwstawiamy się karkołomnym pomysłom „cykloterrorystów” i wprowadzeniu na siłę na J. Dąbrowskiego pasa samobójców, bo tak trzeba nazwać kontra ruch rowerowy na tej wąskiej i zatłoczonej ulicy. Wprowadzenie kontra ruchu spowodowało
na ulicy utrudnienia i chaos. A mieszkańcy czują się nękani i szykanowani" - pisze ostro w piśmie do ZDM.

Uważa również, że zwężenie ulicy Dąbrowskiego i wprowadzenie azylów przy przejściach dla pieszych oraz likwidacja pasa do skrętu w lewo spowodowały korkowanie się ulicy. Ponadto karetki, które dojeżdżały ulicą do szpitala MSWiA również tkwią w korkach i nie ma realnej szansy na ich przepuszczenie.

Pani Karolina zwraca również uwagę na bezmyślne jej zdaniem osłupkowanie wszystkich chodników. Uniemożliwia to parkowanie skośne i parkowanie równoległe. Pani Karolina pyta - gdzie mamy parkować, skoro liczba samochodów się nie zmniejszyła, a liczba miejsc postojowych tak? 

Zwraca również uwagę na zasłupkowanie dojść do podwórek, gdzie zlokalizowane są śmietniki.

Uczestnicy ruchu przed parkującymi

Co na to ZDM, który wprowadził zmiany? Mikołaj Pieńkos tłumaczy, że wyniki głosowania w budżecie partycypacyjnym są wiążące dla ZDM. Mówi, że podczas wizyt w terenie poprzedzających wykonanie projektu, stwierdzono liczne naruszenia przepisów. Sami kierowcy mieli przyznawać się, że je łamią, bo nie mają jak stawać. Dotyczyło to szczególnie samochodów stających zbyt blisko skrzyżowań, przejść dla pieszych, na chodnikach. 

Zaprojektowane więc zostały rozwiązania eliminujące te nieprawidłowości, jak słupki. Wszystko, jak pisze Pieńkos - dla bezpieczeństwa ruchu drogowego. - Bezpieczeństwo pieszych, rowerzystów, kierowców jest wartością nadrzędną w stosunku do komfortu i wygody mieszkańców, którzy zostali pozbawieni miejsc parkingowych - informuje.

Pieńkos przekonuje, że projekt był również dyskutowany wielokrotnie. Zostało nawet, jak twierdzi, zorganizowane nawet specjalne dodatkowe spotkanie z mieszkańcami (odbyło się 29 stycznia 2016 r. w Młodzieżowym Domu Kultury przy ul. Odyńca 57).

Zarząd Dróg Miejskich nie ma sobie nic do zarzucenia. - Jako inwestor zmian organizacji ruchu na ul. J. Dąbrowskiego, dopełnił wszelkich formalności, aby zgodnie z prawem zmienić organizację ruchu - wyjaśnia Pieńkos. Mówi, że w związku ze skargami spływającymi do ZDM, inwestor postanowił zorganizować jeszcze jedno spotkanie - spacer połączony z wizją lokalną, który ma wyjaśnić przyczyny wprowadzanych zmian.

W kwestii kontrapasów mówi krótko: W Warszawie jest ponad 80 takich ulic i nie było dotąd żadnego wypadku związanego z kontraruchem. Podobne wyniki są w Gdańsku, gdzie takie rozwiązanie działa od kilku lat na 100 ulicach. Nie ma w tym nic dziwnego, bo rower jadący z przeciwka jest doskonale widoczny dla kierowcy (lepiej niż rower jadący w tym samym kierunku). Do tego takie rozwiązanie jest stosowane na ulicach z prędkością do 30 km/h więc nawet jeśli dojdzie do kolizji, będzie ona niegroźna.

Nie wszyscy są zadowoleni

W rozmowie ze "Stołeczną" burmistrz Mokotowa, Bogdan Olesiński, nie był jednak przekonany, czy zmiany są rzeczywiście dobre, bo ewidentnie nie wszyscy są zadowoleni. Ocenił, że część osób chce rozwoju ruchu rowerowego, ale siłą rzeczy wiąże się to z likwidacją miejsc parkingowych. Co dla wielu jest dramatem.

Mówił również, że niektórzy głosują za projektami "prorowerowymi" nie dlatego, że są dobre, ale sprytnie zatytułowane, jak "Bezpieczna ulica". Potem jednak następuje zderzenie z rzeczywistością. Podkreślił, że "nie wolno ludzi tak oszukiwać, bo w końcu projekty rowerowe będą mieć samych przeciwników, a część uważam za dobre".

Mój ojciec był świadkiem napaści

W rozmowie z metrowarszawa.pl pan Tomasz, który mieszkał na Starym Mokotowie przez 25 lat, którego rodzice wciąż tam mieszkają, popiera projekt z budżetu.

- Dotychczasowa sytuacja na ul. Dąbrowskiego była patologiczna. Kierowcy regularnie zastawiali chodnik na całej szerokości, a piesi musieli chodzić po trawniku lub jezdni. Mój ojciec był świadkiem fizycznej napaści kierowcy na pieszego, który zwrócił mu uwagę, że nie może przejść. Parkowano również tuż przed przejściami dla pieszych - to bardzo niebezpieczne, bo ogranicza widoczność, na trawnikach i w obrębie skrzyżowań z ul. Łowicką i Lipskiego – opowiada.

Jak mówi, grupa mieszkańców, która protestuje, narzeka na częste interwencje straży miejskiej. - To prawda, że często tam bywała i wystawiała mandaty, jednak to nie wynikało ze złej woli strażników. Wzywali ich mieszkańcy, którzy nie mogli normalnie przejść chodnikiem albo bezpiecznie pokonać przejścia dla pieszych – dodaje.

Jak mówi, wciąż odwiedza rodziców na Starym Mokotowie i często jeździ tam właśnie samochodem. - Też miewam problem z zaparkowaniem. Jestem jednak przekonany że ważniejsze jest, żeby móc przejść chodnikiem, niż żeby móc zaparkować tuż pod domem - mówi.

Co myślisz o problemie parkowania w Warszawie? Czy wojna między kierowcami a rowerzystami i pieszymi jest nieunikniona? Jak rozwiązać ten spór? Napisz na: metrowarszawa@agora.pl

Tajemnicze rozbłyski nad Warszawą. "To rutynowe badania"