"Nagle zaczął ściągać koszulkę". Nie uwierzysz, co ludzie robią w komunikacji miejskiej

Pasażerowie komunikacji miejskiej potrafią głośno rozmawiać przez telefon czy piłować paznokcie u stóp. To jednak nic w porównaniu z tym, co widzieli nasi rozmówcy.

Warszawiacy chętnie i tłumnie korzystają z komunikacji miejskiej. Dla wielu osób to podstawowy środek transportu, dzięki któremu mogą ominąć korki. Ale droga z pracy do domu jest czasem długa, w komunikacji spędzamy dużo czasu. Niektórzy czują się tam bardzo swobodnie. Za swobodnie. Bywa trochę dziwnie, bywa też i zabawnie.

Posłuchajcie tylko opowieści naszych rozmówców.

Halo, zrobisz skrobankę?

Ania pochodzi z Białegostoku. Do Warszawy przyjechała 7 lat temu. Swój pierwszy dzień w stolicy pamięta bardzo dobrze. - Wszedł do autobusu facet z dmuchanym krokodylem i zapytał, czy to zoo, bo widzi same małpy. Nikt nie zwrócił na to uwagi, oprócz mnie. Po reakcjach ludzi wywnioskowałam, że to codzienność, a warszawskie autobusy to coś więcej niż komunikacja. To stan umysłu - mówi.

Wojtek, student germanistyki, potwierdza słowa Ani. Ale zaznacza, że bywają sytuacje, z których nie ma się co śmiać. - Stała obok mnie dziewczyna i rozmawiała przez telefon. Wiadomo, głośne rozmowy telefoniczne w komunikacji już nikogo nie dziwią, ale tu było inaczej, bo nagle z ust tej dziewczyny padają słowa: Ale co, zrobisz skrobankę? Oniemiałem. Okazało się, że rozmowa dotyczyła nie tylko ciąży koleżanki, ale również tego, gdzie można dokonać aborcji. Miałem wrażenie, że tym samym kolejna granica została przekroczona.

Wojtek dodaje na koniec, że prym w przekraczaniu omawianych granic wiodą panie.

Ten gość przebił wszystkich

Z opinią Wojtka nie zgadza się Ewelina, 36-latka z Woli. - Panie to damy w porównaniu z tym, co panowie potrafią wyczyniać w tramwajach. I wyjaśnia: - Sytuacja z czerwca tego roku. Upał. Może 30 stopni na zewnątrz. W tramwaju jak w metalowej puszce. Ukrop, który doskwiera wszystkim pasażerom. Na samym końcu pojazdu mężczyzna zaczyna zdejmować koszulkę. Mnie gołe klaty facetów w miejscach publicznych nie dziwią już, ale ten gość przebił wszystkich.

Ewelina dodaje, że to, co zobaczyła, przeszło jej wyobrażenia o braku elementarnych zasad dobrego wychowania. - Typ zdjął koszulkę, otworzył butelkę z wodą, nalał sobie w garść i zaczął obmywać pachy. Trzykrotnie odwracałam się w jego stronę z nadzieją, że mam jakąś, przepraszam za słownictwo – kur** fatamorganę. Jak przyznaje na koniec Ewelina, niestety to nie było złudzenie: Ta cała woda poleciała potem na podłogę w tramwaju, a mężczyzna zdążył sobie jeszcze pachy posmarować dezodorantem i wyjść.

W pewnym momencie wysunęła stopę z obuwia

Jak się okazuje, poranna toaleta w autobusie zdarza się dość często. - Mój Boże, kiedyś jechałam ze Szpitalnej, gdzie mam biuro, do domu na Mokotów. To było lato. Stanęłam w przegubie pojazdu. Nie było w tym miejscu nikogo prócz mnie i dziewczyny z nadwagą. Pamiętam dokładnie, bo miała piękną zieloną bluzkę i pomyślałam, że jak na osobę puszystą to bardzo dba, by wyglądać elegancko – opowiada pani Basia.

Jak się okazuje, były to tylko pozory. - Była w klapkach. W pewnym momencie wysunęła stopę z obuwia i zaczęła przyglądać się swojej pięcie. Potem zrobiła to z drugą stopą. Po chwili sięgnęła do torebki i wyjęła pumeks. Proszę sobie wyobrazić, że ta pani, bez żadnego zażenowania, zaczęła piłować sobie pięty! Przyrzekam, nigdy czegoś tak obrzydliwego nie widziałam – dodaje. 

Pani Basia przyznaje, że zwróciła pasażerce uwagę. - Nie mogłam się powstrzymać od komentarza. W zamian usłyszałam, że kobiety powinny o siebie dbać, a jeżeli uważam inaczej, to jestem fatalnie wychowana. Muszę przyznać, że nigdy nie zapomnę tego powrotu do domu – podsumowuje.

Wydawali się tacy zakochani

Jednak najdziwniejszy powrót do domu przeżyła pani Kasia. - Jechałam nocną linią N42 z centrum na Bemowo. Usiadłam na końcu autobusu, w miejscu, gdzie są cztery siedzenia. Zawsze siadam przy oknie, bo czuję się bezpieczniej. Usiadłam tam jeszcze z jednego powodu. Naprzeciwko mnie siedziała wtulona w siebie para 40-latków. Widać, że pijani, ale bardzo zakochani i sprawiali wrażenie jakby spali - zaczyna historię.

Pani Kasia przyznaje, że na początku nic nie podejrzewała, z czasem jednak doszła do wniosku, że nie jest to zwykłe przytulanie. - Pani siedziała tyłem do pana, a pan mocno ją przytulał. Pomyślałam nawet, że taki facet to skarb, bo tuli swoją partnerkę, żeby czuła się bezpiecznie. Kątem oka spostrzegłam, że para wcale nie śpi, a lowelas wykonuje podejrzane ruchy. Z początku zlekceważyłam to, bo sama byłam po kilku kieliszkach prosecco i mogłam się mylić. Jednak dobrze się przyjrzałam i serio - para kopulowała! Wszystko zakryte było kurtką. Myślałam, że im zimno, ale oni byli bardzo rozgrzani. Myślałam, że w nocnych liniach widziałam wszystko. Palenie papierosów, picie wódki, nawet wymiotowanie i bijatyki. Ale seks, ot tak, to była nowość – dodaje.

Co zrobiła pani Kasia? - Wytrzeźwiałam w sekundę. Do głowy przyszło mi tylko jedno - natychmiast wysiąść z autobusu. Jednak, zamiast robić gwałtowne ruchy, postanowiłam zachować pozory, że nic nie widzę. Bałam się reakcji tego faceta. Wysiadłam na Ochocie i zamówiłam taksówkę. Nigdy tego nie zapomnę i od tamtej pory siadam tylko i wyłącznie przy samym kierowcy – zwierza się.

Myślałem, że poprawia rozporek

Jak się okazuje, seks w komunikacji miejskiej zdarza się częściej, a słowa pani Kasi potwierdza Łukasz, mieszkaniec Bemowa. - Jechałem autobusem 180 z Żoliborza w kierunku Mokotowa. Usiadłem obok mężczyzny w średnim wieku, lekko puszystym. W jednej ręce trzymał gazetę, drugą majstrował coś przy rozporku – opowiada Łukasz.

Przyznaje, że w pierwszej chwili myślał, że pasażer poprawia rozporek, który się mu rozpiął. Jednak po minucie zrozumiał, że chodzi o coś zupełnie innego. - Ten gość się po prostu masturbował. Sparaliżowało mnie. Z jednej strony chciałem zrobić awanturę, z drugiej byłem tak zaskoczony sytuacją, że zabrakło mi słów – dodaje.

Łukasz przekonuje, że nikt z podróżnych nie zauważył, że mężczyzna się masturbuje. - Nabrałem pewności, bo ten gość co chwilę się podnosił, by poprawić spodnie. Widać było, że ma wzwód. Wstyd się przyznać, ale dosłownie uciekłem na koniec autobusu nikomu nic nie mówiąc – podsumowuje Łukasz.

Bywa jednak zabawnie

Choć niektóre historie mogą wydać się przerażające, to bywają też takie, które naszych rozmówców rozbawiły do łez. Przekonuje o tym pan Darek z Babic. - Ja myślałem, że widziałem już wszystko, ale warszawska komunikacja to skupisko prawdziwych dziwaków. I wyjaśnia: - Pamiętam, jak w zimę wszedł do autobusu starszy mężczyzna, usiadł naprzeciwko mnie pod oknem, wyjął kurze jaja i położył je na grzejniku. Zdębiałem. Zresztą, inni pasażerowie również.

Mężczyzna na pytanie, dlaczego to robi, odpowiedział, że podgrzewa sobie drugie śniadanie. - Jedni się śmiali, inni robili zdjęcia z ukrycia. Najgorsze jednak było to, że na podgrzewaniu jajek się nie skończyło. Mężczyzna postanowił je zjeść, zagryzając z apetytem pomidorami. Zapach był tak okropny, a sam widok tak niesmaczny, że przesiadłem się na początek autobusu. Dziś się z tego śmieję, ale od tamtej pory mam wstręt do jajek – przyznaje pan Darek.

- Oj tak, jedzenie w komunikacji miejskiej to zbrodnia na ludziach - mówi Angelika z Wawra. I przypomina sytuację sprzed dwóch miesięcy. - Jechałam metrem z Ursynowa do Arkadii. Wysiadałam na Dworcu Gdańskim. Na stacji Ratusz Arsenał wsiadła 30-letnia kobieta z torbą pełną zakupów. Gdy kolejka ruszyła, kobieta wyciągnęła krojony chleb, otworzyła paczkę sera, szynki oraz ogórka i zaczęła przygotowywać sobie kanapki. Oniemiałam. Na rozłożonej na kolanach, białej serwetce układała kanapki, jak na talerzu – opowiada.

Angelika obserwowała cały proces powstawania kolacji i z minuty na minutę była w coraz większym szoku. - W życiu nie zjadłabym kanapek zrobionych w metrze, bo tu jest po prostu brudno. Myślałam, że takie rzeczy nie dzieją się naprawdę – mówi i dodaje: - Najlepsze było to, że gdy metro gwałtownie zahamowało, w kanapki wpadł starszy pan, co było do przewidzenia. Ale chyba nie dla tej pani, która żyła w swoim - kanapkowym świecie.

Za PRL...

To, co czasem dzieje się w komunikacji miejskiej, najlepiej podsumowuje pani Natalia: - Proszę pana, mam 71 lat i jak to się mówi: widziałam wszystko. Za czasów komuny w Warszawie komunikacja miejska potrafiła być paskudna pod kątem czystości i obyczajów. Jeżeli przypomnę sobie, że jedni wozili świeże mięso zawinięte w gazetą, a inni tuż obok przy otwartych drzwiach oddawali mocz, to proszę mi uwierzyć, dziś warszawskie zachowanie w komunikacji miejskiej to jest Francja elegancja.

Miałeś przygody w warszawskiej komunikacji miejskiej - napisz nam o tym: metrowarszawa@agora.pl.