Marta Lempart: Nie pozwolimy, żeby tylko mężczyźni walczyli o Polskę, a kobiety trzymały im marynarki

Czy debata polityczna jest przesiąknięta seksizmem? Kto powinien stanąć na mównicy zamiast Frasyniuka czy Petru? Kobiety mają dość męskich liderów i mówią wprost, komu powinno się oddać głoś na protestach.

W niedzielę na proteście pod Sejmem w Warszawie Władysław Frasyniuk, mówiąc o kobietach uczestniczących w Czarnym Proteście, powiedział, że Jarosław Kaczyński "wystraszył się kobiet, bo nigdy w życiu kobiety nie widział”. Bartosz Arłukowicz wykrzykiwał podczas wystąpienia w Sejmie: Łapy precz od naszych kobiet!

Kobiety mają dość seksistowskich komentarzy. Anna Pięta z Hush Warsaw (targi mody) w grupie "Dziewuchy Dziewuchom" pisze:

"Przestańmy narzekać na zmęczonych 'liderów' wspominających wiecznie swoją walkę w podziemiu i to, że Kaczyński siedział w domu w stanie wojennym, to już było panowie. (...) Dostrzeżmy siłę gdzie indziej.

Posłanka Scheuring-Wielgus ma 100 razy więcej charyzmy niż Petru, posłanka Kamila Gasiuk-Pihowicz o niebo więcej energii niż połowa sali sejmowej, a Ewa Kopacz, która niestety nie ma poparcia koleżków ze swojej partii, jest skuteczniejsza niż Schetyna kiedykolwiek był i już nie będzie. Jak słyszę Arłukowicza krzyczącego z mównicy: 'ręce precz od naszych kobiet', to ogarnia mnie pusty i dość nerwowy śmiech. Kto jest czyj? Posłanki, które są bardziej merytoryczne (od większości posłów), silne, wyraziste w tej debacie (niestety aktualnie awanturze)? Serio one są Wasze? A Wy do kogo należycie? Panowie 'liderzy' dziękujemy już, szanowne Panie zapraszamy do pierwszego rzędu!"

O języku debaty politycznej i o tym, czy kobiety są dopuszczane do głosu podczas wystąpień rozmawiamy z Martą Lempart, pomysłodawczynią i liderką Strajku Kobiet.

Ewa Jankowska, Metrowarszawa,pl: Czy ostatnie demonstracje są seksistowskie?

- Różne grupy protestują, seksizm to zjawisko powszechne, ale nie dotyczy wszystkich. Zwłaszcza w małych ruchach, mniej medialnych występuje fajne zjawisko, które można by nazwać zarażaniem się feminizmem. Paweł Kasprzak jest przykładem feministy, może nieuświadomionym, ale na pewno dużą uwagę zwraca na to, że w Polsce oprócz Polaków, są też Polki. Jeśli ktoś ma tę wrażliwość językową i stosuje zarówno formę męską, jak i żeńską, to to jest sygnał wobec kobiet, że są traktowane po partnersku.

Od tygodnia siedzimy razem pod Sejmem, więc już się trochę poznaliśmy, także z Obywatelami Solidarnie w Akcji. Feminizm przez osmozę!

A KOD?

- Tu jest trochę gorzej. KOD jest bardziej tradycyjny, patriarchalny, szczególnie ma poziomie ciał zarządczych. Sama jestem KOD-erką, więc boli mnie, że nie ma tam takiej otwartości na zdrowy feminizm, na to, żeby nie spychać kobiet do drugiego rzędu. Zwłaszcza teraz, kiedy wiadomo, że my nie pozwolimy na to, żeby to wyłącznie mężczyźni walczyli o Polskę, a my będziemy im trzymać marynarki.

Czy podczas ostatnich demonstracji kobiety mogły dojść do głosu?

- To zależy kiedy. Każda z grup protestujących pod Sejmem jest inna i ma inny stosunek do kobiet. Na niedzielnej demonstracji KOD stosunek przemawiających kobiet do mężczyzn wynosił 5 do 18. Tak być nie może, ale niestety nikt z organizatorów czy organizatorek o tym nie pomyślał.

Może nie było więcej chętnych kobiet.

- To nie tak. Nie chodzi o to, żeby szukać na siłę, zmuszać kobiety do wypowiadania się. Jestem przekonana, że chętne by się znalazły. Chodzi o to, żeby przy wyborze czy to mówców, czy chociażby gości w programach telewizyjnych, podejmować decyzje niedyskryminujące. Zwracać na to uwagę już na starcie. Pomyśleć, że to po prostu bardzo źle wygląda, jeśli na scenie jest 18 mężczyzn i tylko 4 kobiety. Albo, jak w jednym z programów publicystycznych, który zapamiętałam, siedmiu mężczyzn i zero kobiet. O czym debatowali? Oczywiście o prawach kobiet.

Jednym z powodów, dla których kandydowałam do zarządu dolnośląskiego KOD-u było to, że w tej organizacji jest bardzo mało kobiet tam, gdzie podejmuje się najważniejsze decyzje - w zarządach grup i regionów. Na pewnym etapie było to 33 proc. kobiet na 67 proc. mężczyzn i były glosy, że to już jest świetnie. To nie jest świetnie, świetnie to by było pół na pół. Ale, nawet wśród kobiet, ta dyskryminacja była przyjmowana jako coś oczywistego.

Czy to jest tak, że kobiet się nie dopuszcza czy może one nie chcą brać tej odpowiedzialności, zabierać głosu.

- Kobiety są wychowywane tak, żeby zawsze stać w drugim szeregu, że to panowie wiedzą i robią lepiej, że to oni podejmują ostateczne decyzje. Że opinia kobiet jest bezwartościowa, nieważna, że kobiecie nie wypada wychodzić przed szereg. Dla kogoś te 18 proc. dyskryminacji jest ok i nie należy się na to uskarżać, a wręcz się cieszyć. Ciężko się wyzwolić z takiego myślenia. Ale i tak jest coraz lepiej.

Jest wciąż wielu panów, którzy uważają, że kobiety cały czas powinny parzyć kawę na spotkaniach podczas gdy mężczyźni będą zajmować się poważnymi sprawami. My już wiemy, jak sobie z takimi radzić. Dużym przełomem były protesty w październiku ubiegłego roku. Mężczyźni, którzy się przyłączali, szybko zrozumieli, że nie mają nic do gadania, że mogą pomagać, ale nie mają dawać żadnych rad, chyba że zostaną o to poproszeni. Niektórzy byli bardzo zdziwieni, ze to my rządzimy tym protestem, i to w 100 proc., ale szybko się dostosowali.

Czy pani zdaniem są wśród Polek kobiety, które mają coś ważnego do powiedzenia?

- Oczywiście. Jest mnóstwo fantastycznych kobiet. Każda z dziewczyn, która organizowała protesty kobiece w małych i średnich miejscowościach, jest taką kobietą. To są dziewczyny, które świadomie weszły na ścieżkę obywatelską i już z niej nie zejdą. Mają bardzo dużo do powiedzenia. Jest mnóstwo ekspertek, specjalistek, które wykonują te same zawody, co mężczyźni, mimo to wciąż jest tendencja, aby zapraszać przede wszystkim panów.

A takie, które znamy, które są rozpoznawalne?

- To chociażby posłanki Nowoczesnej, o których mówi się, że są największą siłą tej partii. Większą niż mężczyźni. Joanna Scheuring-Wielgus, Katarzyna Lubnauer, Małgorzata Tracz – przewodnicząca Zielonych. W Kongresie Kobiet mamy fantastyczne kobiety – Magdalenę Środę i Monikę Płatek, Ewę Woydyłło-Osiatyńską.

Wracając jeszcze do KOD-u. Jan Śpiewak twierdzi z kolei, że to geriatria.

- Jestem daleka od przekonania, że przemawiać mają wyłącznie młodzi ludzie. Jak młodzi będą chcieli, to przyjdą. Trzeba zachować spokój.

Moim zdaniem coś innego powinno się zmienić w tych protestach – ich formuła. Organizowanie demonstracji o określonej godzinie, przygotowywanie scenariusza, rejestrowanie jej kilka dni wcześniej już przestaje działać. Teraz musimy reagować na bieżąco na to, co się dzieje. To, czy coś zostało zarejestrowane, to sprawa wtórna. Musimy się nauczyć działać spontanicznie.

Nadzieję na zmianę widzę w nieposłuszeństwie obywatelskim, w oporze wobec władzy. Trzeba protestować nie tam, gdzie jeszcze można, ale tam, gdzie trzeba, bo za chwilę nic nie będzie można.

Co to oznacza?

- Żeby protestować tam, gdzie coś się dzieje. Pod Sejmem, gdy trwają obrady, pod Pałacem Prezydenckim, gdy decyzja należy do prezydenta. 88 miast bierze udział w protestach. Protestują nie gdzieś na ulicy, ale pod sądami, czyli w miejscu, którego sprawa dotyczy. Zaraz i tego rząd nam zabroni i wydzieli nam jakiś placyk w Piasecznie do demonstracji. Nie możemy być posłuszni.

Awantura o Sąd Najwyższy. Były krzyki, wyrywanie mikrofonu i nie tylko