Po 10 latach wróciła do Warszawy. "Zakochałam się w stolicy dopiero, gdy z niej wyjechałam"

Wyjechała z Warszawy, bo jej nie lubiła. Po trzech, czterech latach w Anglii coś zaczęło się zmieniać. Co? Dlaczego Monika po 10 latach postanowiła wrócić do stolicy?

Ewa Jankowska, Metrowarszawa.pl: Kiedy wyjechałaś z Warszawy?

Monika: Zaraz po studiach.

Nie chciałaś zostać?

- Bałam się zderzenia z rzeczywistością. W czasie studiów pracowałam tylko w hostelu, na recepcji. Był to jeden z pierwszych hosteli w Warszawie, przy pl. Konstytucji. Kiedy się obroniłam, przyszedł moment, żeby coś zrobić ze swoim życiem. Wiedziałam, że jak przyjdzie poniedziałek, będę musiała pójść do kiosku po gazetę, otworzyć w sekcji „praca” i zacząć szukać – wtedy jeszcze internet nie był tak popularny.

Postanowiłam uciec. Koleżanka, z którą pracowałam w hostelu, szykowała się do wyjazdu do Anglii. W Southampton mieszkał jej tata. Umówiłyśmy się, że pojedziemy razem.

Nie wiem, dlaczego, ale wtedy wyjazd był mniej przerażający niż pozostanie w kraju.

Nie bałaś się, że będzie ci brakować Warszawy?

- Nie. Wtedy jej nie lubiłam. Wydawała mi się taka znajoma, swojska, szara i nudna. Gdziekolwiek wyjeżdżałam, czy to do Krakowa czy to do Pragi, to ulegałam fascynacji tymi miejscami. Dwa dni po obronie już siedziałam w samolocie do Anglii.

Przez 10 lat dojrzewałam do tego, żeby chcieć wrócić do Warszawy. To niewiarygodne, że można zakochać się w swoim mieście dopiero, gdy się z niego wyjedzie.

Pamiętasz Warszawę sprzed wyjazdu? Pracowałaś w hostelu, więc pewnie musiałaś wiedzieć, co doradzić przyjezdnym.

- Do Warszawy przyjeżdżało dużo Anglików, więc miałam szansę poćwiczyć język. Gdzie ich wysyłaliśmy? Do Łazienek, na Starówkę, czasem do Wilanowa, jeśli ktoś miał odwagę wsiąść do autobusu i jechać taki kawał.

A na jedzenie?

- Był wtedy rok 2003-2004, nie było zbyt wiele dobrych restauracji. Zawsze wysyłaliśmy ich do lokalu Orange przy Kruczej, który oczywiście już nie istnieje. Tam można było zjeść już takie bardziej „europejskie jedzenie” - jakieś pesto czy inne makarony. A na polskie – to obok, do Szwejka.

Na imprezy?

- Był taki klub przy Świętokrzyskiej...

Underground.

- Dokładnie! To tam. A tych bardziej wymagających już się wysyłało na Mazowiecką.

Od tamtej pory sporo się zmieniło. Kiedy zaczęłaś czuć, że brakuje ci Warszawy.

- Dokładnie nie pamiętam, kiedy to przyszło, ale nie jakoś bardzo późno, po trzech, czterech latach. Kiedy pracujesz w Anglii, to wcześniej rezerwujesz sobie urlop i to zazwyczaj już taki dłuższy, na dwa tygodnie. I na którymś z tych urlopów pamiętam, że szłam Nowym Światem i tak mnie uderzyła ta atmosfera, ilość knajpek, restauracji, ogródki. Poczułam się onieśmielona, że przyjeżdżam z tego niewielkiego, niezbyt urokliwego angielskiego miasteczka, w którym niewiele, co jest i nagle trafiam do tej Warszawy, która jest taka piękna, młoda, prężna, zupełnie inna niż ją pamiętałam. A jednocześnie taka sama.

Mówisz, że to przyszło po 3, 4 latach. Ale nie wróciłaś od razu?

- Nie, mój pragmatyzm mi na to nie pozwalał. Wiedziałam, że jak wrócę, to nie będę mogła tak po prostu zacząć wszystkiego od nowa, zwalić się mamie na głowę. W Anglii dobrze mi szło. Po kilku latach pracy w sklepach znalazłam pracę biurową w banku. Jak się okazało, szybko się wdrożyłam, awansowałam.

Dobrze ci się pracowało z Anglikami?

- Tak, to sympatyczni ludzie, choć zdarzało im się rzucić w moją stronę taki nieszkodliwy żart na temat Polski. Wbić szpileczkę typu „a wy tam macie elektryczność?”, „a ja myślałem, że w Polsce to białe niedźwiedzie chodzą po ulicach”. „Nie, w tym roku ich nie było...”

Poza tym, dobrze ich wspominam. Mam też kilku bliskich przyjaciół Anglików, z którymi cały czas jesteśmy w kontakcie, mimo upływu lat.

Kiedy na poważnie zaczęłaś myśleć o powrocie?

- Kiedy awansowałam na menedżerskie stanowisko i poczułam – okej, coś już mam. Zaczęłam się zastanawiać nad tym, jak to przekuć na powrót do domu. Chciałam też wrócić, bo po prostu czułam się trochę samotna, tęskniłam za rodziną, dawnym życiem, po prostu domem.

Poznałaś przez ten czas kogoś, z kim mogłabyś się związać?

- Nie. W tej sferze nie ułożyłam sobie w Anglii życia. Gdy tak wracałam do tej Warszawy nabierałam poczucia, że to miasto to była już Europa. Pamiętam dobrze, jak szłam ulicą i nagle patrzę – tu jakaś hinduska restauracja z prawdziwego zdarzenia, tu nagle wystrzeliły wieżowce – nie wiadomo, skąd. Klimat się zmienił, nagle poczułam, że jestem na Zachodzie.

Nie od razu wróciłaś do stolicy.

- Nie, zrobiłam sobie „krótki”, czteroletni transfer przez Kraków. To tam otworzyła się filia naszego banku w Anglii i miałam możliwość przeniesienia się. Wiesz, jak to jest, zaczynasz pracę, dostajesz projekt, potem kolejny, potem pojawia się możliwość awansu, więc mówisz sobie, no dobra, to jeszcze poczekam na ten awans i potem kolejny ciekawy projekt. Paradoksalnie ta praca w Polsce dała mi więcej ciekawych doświadczeń niż ta w Anglii – dużo jeździłam służbowo, często do Anglii, do Londynu. Czas leciał szybko. Cieszyłam się, że jestem już jednym krokiem bliżej celu.

Od kiedy jesteś w Warszawie?

- Od października 2016 roku. W końcu się zawzięłam, znalazłam pracę. Nie był to dla mnie duży szok „kulturowy”, bo trafiłam do podobnego miejsca.

Jest lipiec. Jak się czujesz?

- Chyba jest tak, że jak już coś osiągniesz, to do końca nie wiesz, jak się z tym czujesz. Jestem szczęśliwa, to pewne, taki był mój cel, ale teraz, co dalej? Wszystko odkrywam na nowo. Powoli to idzie.

Co odkrywasz?

- Chociażby Ursynów, gdzie obecnie mieszkam. Zakochałam się w tym miejscu. Mimo że jestem jednak mocno śródmiejska, to zaczyna mi się włączać taki lokalny, ursynowski patriotyzm.

Dlaczego ci się podoba?

- Jest taki normalny. Jak wracam z pracy, to widzę, jak dzieciaki, niemalże z kluczami na szyi biegają po osiedlach, psy latają, są i młodsi, i starsi. Ludzie siedzą sobie w swoich ogródkach przy blokach. Bloki są co prawda stare, ale nie są aż tak blisko położone od siebie jak te nowe budynki. Nikt ci nie zagląda do okien. Wszystko jest na miejscu – masz ochotę na hinduskie jedzenie, o jest restauracja, chcesz iść na kawę – nie ma problemu. Na basen – 300 metrów. Rzut beretem Las Kabacki, zaraz obok Powsin, a tam polanki, na których ludzie robią sobie grilla, gdzie psy latają, starsze osoby grają w szachy. Akurat Powsin to miejsce, które w ogóle się nie zmieniło. I to też jest fajne.

Coś ci się nie podoba w Warszawie?

- Tak. Bezkarność "bucowatych" warszawskich kierowców.

Co masz na myśli?

- Panów w drogich samochodach, którzy rozpędzają się bez względu na to, czy jadą małą uliczką czy dużą aleją, bo muszą w ciągu 3 sekund osiągnąć 70 km/h.

Poza tym – ciągle coś odkrywam, np. demonstracje. Cieszę się, że budzi się w nas społeczeństwo obywatelskie. Jeszcze jak byłam w Krakowie, to przyjechałam do Warszawy na jeden z marszów. Nagrywałam filmiki, które potem pokazywałam znajomym z Krakowa. Regularnie chodzę na kobiece demonstracje. Czarny protest – to dopiero była siła. Byłam tam ze znajomymi i w pewnym momencie schowaliśmy się w kawiarni, bo strasznie padało. Była długa kolejka i nagle marsz ruszył. Patrzyliśmy przez okno i obserwowaliśmy ludzi, jak idą i idą, i idą. Patrzymy na zegarek, mijają minuty, a oni ciągle idą. Niesamowita moc.

Ludzie się zmienili w ciągu tych 10 lat?

- To jest ciekawe i do końca tego nie rozumiem. Jak jeszcze mieszkałam w Anglii i przyjeżdżałam tutaj, to wydawało mi się, że wszyscy są tacy ponurzy i niemili – zwłaszcza obsługa. Strasznie mnie to denerwowało i dołowało. Drobne sytuacje doprowadzały mnie do szału. Nie rozumiałam, dlaczego ci ludzie nie potrafią się uśmiechnąć. A teraz, gdy wróciłam, to to wrażenie zniknęło. Nie wiem, czy to kwestia tego, że ludzie się zmienili czy może ja znów wsiąkłam w ten nasz polski, narzekający klimat. Też lubię sobie ponarzekać.

Czy myślisz, że w Warszawie jest więcej cudzoziemców?

- Mam wrażenie, że tak. Nie czuję tego jakoś tak intensywnie, ale myślę, że tak jak kiedyś, zanim wyjechałam, to większa część cudzoziemców to byli turyści, tak teraz wydaje mi się, że widzę na ulicach osoby, które tu po prostu mieszkają.

A Wisła?

- Wisła jest super. Ostatnio odkryłam, że jak się przejedzie z Ronda ONZ drugą linią metra nad Wisłę, to wychodzisz i ta Wisła już tam jest! Jedynie, co mi się średnio podoba, to toi toie – opcja dla odważnych. Woda nigdy nie działa... Ale da się przeżyć. I są fajne knajpki z jedzeniem, Thaisty chociażby.

To jest tak, że wiele muszę jeszcze zobaczyć, zrobiłam sobie listę z rzeczami do odwiedzenia – jeszcze nie byłam w Muzeum Powstania Warszawskiego, w POLIN. Wstyd się przyznać, ale miałam taką listę w Krakowie i jej nie zrealizowałam. Ale myślę, że tu się uda. W ubiegłym tygodniu byliśmy ze znajomymi na kajakach. Wszystko powoli do mnie dociera.

Masz jakiś nowy cel?

- Obudziły się we mnie ostatnio geny polskiego działkowicza i wymarzyłam sobie działkę za miastem. Na razie nie znalazłam jeszcze swojego miejsca na sadzenie marchewek. Może w przyszłym sezonie.