"Życie w Londynie nigdy nie było moim marzeniem. W Warszawie czuję się jak w domu"

26-letni Maciej przebył długą drogę z Warszawy do Londynu. Podobnie jak jego znajomi, wyjechał za pracą. Pół roku temu wrócił do domu. Widzi pozytywne zmiany w naszym mieście. Ale przyznaje też: brakuje nam luzu.

Sylwia Arlak, Metrowarszawa.pl: Trzy i pół roku temu zdecydowałeś się opuścić Warszawę i wyjechać do Londynu. Dlaczego?

Maciej: W Warszawie studiowałem socjologię. Jak się okazało w naszym kraju nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem. Imałem się różnych zawodów. Byłem kelnerem, pracowałem w sklepie z ubraniami, roznosiłem ulotki. W pewnym momencie dostałem pracę, która - jak mi się wówczas wydawało - będzie startem do mojej kariery zawodowej. Zatrudniłem się w call center i dla Instytutu Badań Opinii Publicznej dzwoniłem do ludzi z różnymi pytaniami. Niestety okazało się, że ta praca również nie jest zbyt perspektywiczna. Podjąłem więc decyzję i wyjechałem do Londynu.

Dlaczego akurat Wyspy Brytyjskie?

- Angielski znam na poziomie komunikatywnym, więc Wielka Brytania wydawała mi się najrozsądniejszym wyborem. Poza tym wszyscy mówili, że nie ma tam problemu z pracą.

Czym się tam zajmowałeś?

- Miałem sporo szczęścia, bo duża część moich znajomych, których poznałem w Polsce na studiach, już wcześniej wyjechała do Wielkiej Brytanii. Można powiedzieć, że miałem łatwiejszy start. Przetarli mi szlaki. Dzięki tym znajomościom znalazłem pracę w restauracji.

Ale nie był to pewnie twój szczyt marzeń.

- Nie był, to prawda. Minimalna stawka godzinowa, którą byłem w stanie tam zarobić, starczała mi na przeżycie, ale nie na życie. W związku z tym po pewnym czasie zacząłem szukać innego zajęcia. Po dwóch latach od mojego przyjazdu zostałem recepcjonistą w hotelu robotniczym. Chociaż może to jednak za duże słowo. Raczej było to miejsce, w którym mieszkali robotnicy pracujący w Londynie na budowie. Spotykałem Rumunów, Bułgarów, Polaków. Znajomość języka polskiego była tam atutem.

Dużo zarabiałeś?

- Pracując w call center w Warszawie zarabiałem 2,5 tys. zł netto. Pod warunkiem, że wyrobiłem dzienną normę ankiet. No i nie pracowałem od 8 do 16, tylko znacznie dłużej. Miałem problemy z samodzielnym utrzymaniem. W Londynie zarabiałem niemal dwa razy tyle. Wreszcie mogłem sobie pozwolić na więcej.

Szybko przyzwyczaiłeś się do nowego życia?

- Tak. Naprawdę nie mogłem narzekać. Po pracy miałem jeszcze czas i siłę. Gdy zapraszałem dziewczynę do pubu, nie musiałem martwić się, że nie starczy mi na kolejnego drinka. Nie zrozum mnie źle – nie opływałem w luksusach, ale mogłem sobie żyć spokojnie i komfortowo. Tego mi brakowało w naszym kraju.

Za bardzo dobre pieniądze wynajmowałem jeden z pokoi w tym hotelu, w którym pracowałem na obrzeżach miasta. Standard nie był zbyt wysoki, ale nigdy nie narzekałem. Dzięki temu resztę pieniędzy mogłem inwestować w siebie. I wydawać na przyjemności.

Nigdy nie tęskniłeś za rodziną, przyjaciółmi, którzy zostali w Warszawie?

- Bardzo często miałem kontakt z Polakami, więc nie odczuwałem wielkiej tęsknoty. No i miałem przyjaciół na miejscu. Nie byłem samotny. A rodzina? Wiadomo, że chcesz mieć ich jak najbliżej. Ale loty nie są teraz drogie, więc raz na jakiś czas przyjeżdżałem do domu.

Rodzina nie przekonywała cię żebyś wrócił na stałe?

- Doskonale wiedzieli, jakie mam perspektywy w Polsce i jak się tutaj męczyłem, więc nie. Cieszyli się, że znalazłem swoje miejsce.

A nie myślałeś o tym, żeby doszkolić się w Polsce, pójść na jakiś kurs, może na inne studia i poszukać jakieś ciekawszej oferty bliżej domu?

- Przyznam, że w Londynie cały czas przeglądałem oferty pracy w Warszawie. Powiem jednak szczerze – rozleniwiłem się na wyspach. Kiedyś sobie obliczyłem na jakim stanowisku musiałbym pracować żeby zarobić tyle samo w Polsce, co tam. Stwierdziłem, że to nie ma najmniejszego sensu.

Ale ostatecznie, pół rok temu wróciłeś do Warszawy

- Po raz kolejny stwierdziłem, że muszę coś zmienić w swoim życiu. W Wielkiej Brytanii wiodło mi się materialnie, miałem przyjaciół, ale czegoś jednak brakowało. Związki mi nie wychodziły. To był główny powód. Chwilowo mieszkam z rodzicami i utrzymuję się z zarobionych na Wyspach pieniędzy. Zobaczymy, co będzie dalej.

Coś cię zaskoczyło, kiedy wróciłeś do swojego miasta?

- Trzeba przyznać, że miasto się rozwija. Jest dużo więcej dróg, powstała obwodnica. W końcu mamy Ubera. Wciąż budowane są nowe, ciekawe inwestycje. Warszawa wyrasta na prawdziwą europejską metropolię.  

A brakowało ci czegoś z londyńskiego życia?

- Na pewno luzu. My, Polacy faktycznie jesteśmy bardzo spięci. Ale tutaj, w Warszawie, czuję się bezpieczniej. Mam też wrażenie, że jesteśmy coraz bardziej tolerancyjni. Wbrew temu, co się o nas mówi. Na ulicy można spotkać coraz więcej „kolorowych ludzi” i nikt nie zwraca na nich uwagi.

Gdybyś mógł zarabiać w Warszawie te same pieniądze, co w Londynie, wkładając w pracę tyle samo wysiłku - nie wyjechałbyś?

- Naturalnie. Życie na uchodźstwie nigdy nie było moim marzeniem. Tylko w Warszawie czuję się jak w domu.

Niewinna zabawa wymknęła się spod kontroli. 19-letnia youtuberka zastrzeliła chłopaka