Dostał drzewo, posadził je w centrum Warszawy. Miasto je wycięło, więc - posadził cztery

Mówi o sobie nasadzacz-partyzant. 36-latek samozwańczo sadzi drzewa w Warszawie. Sześć lat temu posadził pierwsze - dąb, które miasto mu wycięło. Żeby dopiec urzędnikom, posadził kolejne cztery.

Na swoje 30-ste urodziny dostał od znajomych... drzewo - dąb czerwony. Jak na mężczyznę przystało, postanowił posadzić je od razu, nie czekając aż wybuduje dom. Zrobił to tuż obok swojego miejsca zamieszkania - w samym centrum Warszawy, pod słynną "palmą", naprzeciwko Muzeum Wojska Polskiego. O zgodę miasta - nie poprosił.

Zrobił to dokładnie sześć lat temu. Swoje drzewko podlewał, dbał o nie. I nagle po pięciu latach, któregoś dnia, gdy przechodził obok Muzeum Wojska, zauważył, że drzewko zniknęło. Co więcej - zostało wycięte.

Obłuda miasta

Piotr postanowił dopiec miastu. Na odpowiedni moment nie musiał długo czekać. Gdy w styczniu wprowadzone zostało prawo zezwalające na wycinkę drzew bez dodatkowego zezwolenia (tzw. lex Szyszko), zareagował błyskawicznie.

Gdy wiceprezydent Michał Olszewski napisał na Facebooku, że nowe prawo jest złe, że ludzie na potęgę wycinają drzewa, to przypomniałem mu, co zrobił z moim - opowiada Piotr. 

Wycięty dąb czerwonyWycięty dąb czerwony Facebook.com

Nie wiedzieli, czyje to drzewo

Wiceprezydent Olszewski zaprosił Piotra do rozmowy. - Od razu napisałem z pytaniem - dlaczego wycięto moje drzewo. W odpowiedzi otrzymałem bardzo lakoniczną odpowiedź, że dąb czerwony jest gatunkiem ekspansywnym i nie może rosnąć na drodze gazociągu - wyjaśnia.

Zdziwiłem się, dlaczego po prostu nie przesadzili tego drzewa, tylko od razu musieli je wycinać. Problemem okazał się brak danych na temat właściciela drzewa, którego można byłoby zapytać, co z drzewem zrobić... - wyjaśnia.

Ucieszył się jednak z reakcji wiceprezydenta, który poinformował Piotra, że miasto pomoże mu posadzić drzewo w sposób zgodny z zasadami wynikającymi ze standardów.

- I pokierował mnie do pani Renaty Kuryłowicz z Zarządu Zieleni, która wysłała co jeden mail, a następnie przestała się odzywać. Poinformowałem miasto, że wobec tego zasadzę kolejne drzewa w sposób partyzancki - opowiada.

"Wycięli jedno, to posadzę cztery"

Dokładnie 28 marca zasadził nie jedno, ale na przekór miastu, cztery drzewka w okolicy swojego domu i wysłał do pani Renaty Kuryłowicz oraz wiceprezydenta Olszewskiego wiadomość z dokładną dokumentacją, gdzie i jakie drzewa zostały posadzone. Zapewnił również, że sam będzie ponosił koszty pielęgnacji drzew.

Piotr sadzi drzewaPiotr sadzi drzewa materiały archiwalne

- Tym razem wcześniej zapytałem na Facebooku, jakie drzewa warto umieścić w takim miejscu, jak ruchliwa ulica, centrum miasta. Zebrałem informacje na temat tego, gdzie można dane drzewo sadzić, a gdzie nie. Kupiłem jabłoń, która prześlicznie kwitnie, platan, wiśnię oraz lipę. 28 marca w godzinach popołudniowych poszedłem z łopatką i zasadziłem drzewa w czterech miejscach. Wydałem na to łącznie 390 zł - wyjaśnia. 

Jak mówi, nikt nie próbował go powstrzymywać. - Ludzie przyglądali się, co robię, ale chyba wzięli mnie za pracownika miasta, który po prostu - sadzi drzewa. Ani straż miejska, ani policja nie interweniowały. Posadziłem, podlałem i poszedłem - mówi.

Dwa drzewka zostały posadzone przy ulicy Smolnej, dwa pod Muzeum Wojska Polskiego. - Lipę umieściłem, jak się później okazało, na terenie należącym do firmy Orlen - kiedyś przy ulicy Smolnej 8 stała stacja benzynowa, teraz jest tam trawnik. Postanowiłem poinformować Orlen o tym fakcie na Facebooku - dostałem błogosławieństwo, by drzewko mogło cieszyć oczy ludzi w okolicy - dodaje.

Nie spełniają parametrów

Piotr cały czas czeka na odpowiedź miasta na jego mail. Chciałby jeszcze kilka drzew w swoim życiu posadzić - zakazu jako takiego - nie ma. Postanowiliśmy przyspieszyć ten proces i dowiedzieć się, co na temat partyzantki Piotra ma do powiedzenia miasto. 

Po naszej interwencji Renata Kuryłowicz od razu skontaktowała się z Piotrem.

Pański wkład w zazielenianie Warszawy jest imponujący. Inicjatywa mieszkańców to właśnie działanie, o jakie nam chodzi w Milionie Drzew Dla Warszawy - napisała.

Oświadczyła jednak, że posadzone przez niego sadzonki nie spełniają stosowanych przez miasto parametrów materiału szkółkarskiego. Zapewniła jednocześnie, że sprawdzi możliwości nasadzenia drzew w wytypowanych miejscach.

Jeśli możliwości techniczne (uzbrojenie podziemne) pozwolą zakupimy materiał zgodny z układem kompozycyjnym o właściwych parametrach oraz wykonanym nasadzenia równocześnie zapewniając pielęgnację - dodaje.

Piotr nie ma zamiaru odpuścić. Jego zdaniem jego drzewa spełniają normy. Już przygotowuje dokumentację w tej sprawie. Jednocześnie zastanawia się, co by było, gdyby mieszkańcy, zamiast wycinać, zaczęli sadzić drzewa na terenie Warszawy...

Proces sadzenia nie może być chaotyczny

W oświadczeniu przesłanym Metrowarszawa.pl napisała, że wycięty przez miasto dąb był podczas standardowych prac pielęgnacyjnych najprawdopodobniej potraktowany jako samosiew i usunięty. - Sadzonka umieszczona została w żywopłocie naprzeciw Muzeum Narodowego bez porozumienia z opiekunem terenu - Zarządem Oczyszczania Miasta - informuje i dodaje, że miasto nie chce, aby proces sadzenia odbywał się w sposób chaotyczny, nieuporządkowany - zwłaszcza w miejscach reprezentacyjnych bezpośrednio sąsiadujących z Traktem królewskim.

Wbrew temu, co powiedział nam Piotr, Kuryłowicz jest zdania, że Zarząd Zieleni m.st. Warszawy zapraszał Piotra do rozmowy na temat sadzenia drzew. - Jest nam przykro, że nie wyraził chęci skorzystania z tej propozycji i poinformował Nas, że sam będzie decydował o tym gdzie będzie sadził drzewa - czytamy w oświadczeniu.