Wymienione zamki, rzekoma awaria. Właściciele kultowej kawiarni nie mogą odzyskać swoich rzeczy

W listopadzie właściciele kultowej warszawskiej księgarni-kawiarni Tarabuk próbowali dostać się do swojego lokalu przy Marszałkowskiej 7. Nie dostali się do środka, bo - ktoś wymienił zamki w drzwiach. Do tej pory nie mogą odzyskać swoich rzeczy.

- 9 listopada zastaliśmy lokal przy Marszałkowskiej 7 zamknięty bez zapowiedzi, z wymienionymi zamkami i informacją o rzekomej awarii. Zostaliśmy odcięci od naszych książek, mebli i innych sprzętów, nawet kas fiskalnych - mówi Jakub Bułat, właściciel słynnej kawiarnio-księgarni. Słynnej i, można również powiedzieć - pechowej.

Z Browarnej na Marszałkowską

Po konflikcie ze spółdzielnią w Śródmieściu, w wyniku którego Tarabuk musiał wyprowadzić się z Browarnej na Powiślu, kawiarnia znów wpadła w tarapaty. Tym razem nie może dojść do porozumienia z Fundacją Polska Obywatelska, z którą miała podpisaną umowę na prowadzenie lokalu przy Marszałkowskiej 7 od końca listopada 2015 r.

Kilka dni temu przechodziliśmy koło kawiarni, chcieliśmy dostać się do środka. Przywitały nas zamknięte drzwi i kartka z napisem "Awaria". Awarii już nie ma, co zostało - nieporozumienie i mnóstwo książek, sprzęty, meble oraz kasy fiskalne, których, jak twierdzi Jakub Bułat, fundacja nie chce mu zwrócić. O co poszło - oczywiście o pieniądze. 

Nie wywiązywał się ze zobowiązań

Prezes fundacji Jacek Juzwa twierdzi, że właściciel Tarabuka nie wywiązywał się ze swoich zobowiązań finansowych. Bułat przekonuje, że opłacał wszystkie faktury wystawiane mu przez fundację. - Od czasu wypowiedzenia umowy fundacji, wykorzystując brak dostępu Tarabuka do rzeczy niezbędnych do prowadzenia działalności księgarni, wysuwa żądania finansowe, o coraz to zmienionej wysokości - twierdzi Bułat. 

Fundacja ma swoją wersję. Uważa, że Jakub Bułat nie tylko nie wywiązywał się ze zobowiązań finansowych i nie płacił za utrzymanie lokalu, ale również posługiwał się nieprawdziwą nazwą kawiarni w swoich komunikatach. - Przez pana Bułata nie tylko wpadliśmy w ogromne długi. Mieliśmy z nim podpisaną umowę agencyjną, jedyną firmą, która mogła prowadzić działalność przy Marszałkowskiej 7 to fundacja. Przez to, że pan Bułat wykorzystywał nazwę Tarabuk bez określenia, że jest to Zakład Fundacji, mieliśmy problemy z miastem (lokal przy Marszałkowskiej 7 jest własnością Zarządu Gospodarowania Nieruchomościami, przyp. red.) - mówi Juzwa.

Z racji zaległości, jak mówi Juzwa, wyłączono w lokalu internet. - A następnie pan Bułat zabrał komputer, który umożliwiał prowadzenie działalności i pomimo próśb, żeby go zwrócił, nie zrobił tego. Chcieliśmy załatwić sprawę polubownie, byliśmy nawet w stanie wydać mu jego rzeczy, ale wyłącznie za okazaniem dokumentów stwierdzających, że te rzeczy należą do niego. Takich dokumentów nie okazał - kontynuuje prezes fundacji i podsumowuje: - Pan Bułat nas wykorzystał, potraktował instrumentalnie. Jest to tym bardziej przykre, że mieliśmy poczucie, że po usunięciu Tarabuka z poprzedniego lokalu, Jakub Bułat właśnie u nas znalazł pomoc.

Górę wzięły emocje

Sprawa prawdopodobnie trafi do sądu. Jakub Bułat już złożył do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa. Skontaktowaliśmy się z prawnikiem Jakuba Bułata, Danielem Klementewiczem z kancelarii Magnusson. Ten twierdzi, że górę wzięły emocje. Kiedyś, jak mówi, panowie się przyjaźnili, wręcz działali razem w opozycji, dziś nie są w stanie dojść do porozumienia. 

Jest przekonany jednak, że Jakub Bułat nie ma wobec fundacji żadnych zobowiązań finansowych. Twierdzi, że fundacja ma długi, ale nie z winy jego klienta. - Jakub Bułat terminowo regulował wszystkie faktury wystawiane przez fundację z tytułu umowy agencyjnej. Co więcej, pomimo braku dostępu do kas fiskalnych i wynikającej stąd niemożliwości dokładnego wyliczenia należności przez kilka dni listopada – oszacował wpływy stanowiące podstawę do wyliczenia wynagrodzenia fundacji i wpłacił to wynagrodzenie - tłumaczy Klementewicz i podkreśla, że rzekome roszczenia
fundacji wywodzą się z porozumienia, którego Jakub Bułat nie jest stroną.

Fundacja, zdaniem prawnika, przetrzymuje również własność Jakuba Bułata bezprawnie. - Jest nam ciężko - mówi Bułat. - Tam są nasze książki, nasze kasy fiskalne. Bez nich nie możemy prowadzić działalności - dodaje.

Biznes na książkach

Mieszkańcy Warszawy mają do Tarabuka ogromny sentyment. Każdy, w tym sami właściciele kawiarni-księgarni, zdają sobie jednak sprawę, że taka działalność nie jest bardzo dochodowa. Z Browarnej Tarabuk musiał się wyprowadzić ze względu na decyzję Spółdzielni o podniesieniu czynszu - właścicieli nie było stać na prowadzenie lokalu na coraz bardziej prestiżowym Powiślu. Wśród stałych bywalców kawiarni pojawiają się również opinie, że właściciele Tarabuka nie to końca wiedzą, jak prowadzić tego typu biznes. 

Kawiarnia-księgarnia Tarabuk już przeniosła się do Teatru Lalka, lecz funkcjonuje tylko w godzinach spektakli, z kolei księgarnia Tarabuk działa w nowej lokalizacji przy Nowym Świecie. Czy te lokale przetrwają?

Zobacz też: Hala Koszyki to także bazar. Jak wygląda i co na nim kupimy? Są też pytanie o ceny i snobizm

Czy lubisz Tarabuka?
Więcej o: