"Młodzi po latach walki o swój biznes rzucają wszystko, bo lepsza okazuje się korporacja" [LIST]

- Jestem drobnym przedsiębiorcą i od 20 lat prowadzę sklep sportowy w Warszawie. Dzięki wieloletniemu doświadczeniu wciąż dzielnie trzymam się na rynku, ale moja młoda konkurencja nie daje już rady - pisze do nas pan Ryszard.

W 2017 zbankrutowały dwa znaczące sklepy: Ergo i Sklep Biegacza. Niby normalka, tak się w handlu czasem zdarza. Tylko dlaczego to się zdarza najlepszym? Młodzi, wykształceni ludzie, biorą za wzór najlepsze zachodnie standardy, stają się liderami sprzedaży, jeden z nich otrzymuje nawet przyznawany przez branżę tytuł "Najlepszy Sklep Biegowy Roku". I co? I okazuje się, że po siedmiu latach walki o swój biznes, o swoją niezależność, rzucają wszystko w cholerę, bo lepsza okazuje się posada w
korporacji.

"Rzeczpospolita" donosiła w lutowym wydaniu, że rok 2017 był rekordowy pod względem upadłości małych i średnich przedsiębiorstw (ponad połowa to firmy handlowe). A wszystko to w chwili, gdy gospodarka rozgrzana jest do czerwoności, a dane wskazują na rekordową sprzedaż. Niestety nikt tam nie wie, skąd ten paradoks. Jakie mechanizmy rynkowe doprowadziły do tej sytuacji? Dlaczego w młodych ludziach wykastrowano przedsiębiorczość?

Dlaczego pojedynczy człowiek, a nawet cała rodzina nie są w stanie nawiązać dziś walki z sieciówkami? Dlaczego bezduszne, jednakowo sformatowane klony, gdzie łatwiej jest porozmawiać z regałem niż z kompetentnym sprzedawcą, wygrywają rynkową batalię z dużo ciekawszymi choć mniejszymi pomysłami?

Nie ma oczywiście jednej przyczyny, nie chciałbym nikogo zanudzać i
skupiłbym się na trzech filarach.

Kapitalizm

Niepostrzeżenie, nie wiadomo kiedy, zatoczyliśmy koło i wracamy do epoki feudalnej. W dzisiejszej rzeczywistości nie ma już miejsca na małe rodzinne biznesy. Dzisiaj liczy się wyłącznie skala. Globalizacja we współpracy z informatyką pozwoliły na klonowanie dawno temu zbudowanych biznesów na skalę całego świata.

Pojedynczy sklep nie musi wyżywić właściciela. Wystarczy, że wypracuje miesięczny zysk na poziomie np. 1000 zł. Przeżyć się za to nie da, ale jeśli sklepów jest 1000, to do właściciela całej sieci trafia niezła sumka. Milioner staje się miliarderem, a przy okazji blokuje dostęp do handlu innym. Postępuje stopniowa monopolizacja rynku. Znowu rośnie kasta panów i pracowników najemnych. Już mniej niż 1 proc. społeczeństwa jest w posiadaniu połowy majątku całego świata.

Pomoc państwa

Gdy w okresie przemian ustrojowych wykluwała się z niczego nasza klasa średnia, gdy małe biznesy pomału rosły w siłę, ktoś wpadł na pomysł, aby pomóc... bogatemu i obcemu kapitałowi.

Wszystkie zagraniczne koncerny, w zamian za wejście na nasz rynek zwolnione zostały z podatku dochodowego na 5 lat. Do dzisiaj nie muszą go płacić, bo choć okres zwolnienia dawno się już skończył, to mają przecież "optymalizację podatkową", czyli płacą tyle podatku, ile chcą zapłacić. Na forum austriackiego parlamentu jeden z polityków grzmiał ostatnio, że "jedna wiedeńska kawiarnia wypracowuje większy zysk, niż cały europejski Amazon razem wzięty".

Władze lokalne hojnie wydają pozwolenia na budowę centrów handlowych wewnątrz miast. W ścisłym centrum Paryża działają dwa takie centra. W Warszawie działa ich 12 (nie licząc tych w pozostałych dzielnicach). Nic zatem dziwnego, że tam ulice są żywe. Każdego dnia trwa harmider tysięcy małych lokali, a u nas na Marszałkowskiej pustka. Banki, second handy i kilka kebabów. Cała reszta została wyssana. Jedynie plac Zbawiciela jeszcze się broni. Zysk, zamiast do społeczności lokalnych, trafia do
właścicieli centrów, czyli funduszy emerytalnych z innych stron świata.

Klienci

Przeciętny klient nie wnika. Nie zastanawia się nad tym, komu daje zarobić i gdzie ten zarobek później trafia. Czy pozostaje w kraju, czy jest transferowany za granicę. Nie to się liczy. Najważniejsza jest łatwość dostępu do produktu. Efekt tzw. "opcji domyślnej". Nawet cena nie jest tu kluczowa. Znam małe sklepy, w których ceny są niższe niż w
"sieciówkach", a mimo to kolejek tam nie ma. Poza tym, nie słychać u nas 
o bojkocie sklepów zachowujących się nieetycznie. Wykorzystywanie pracowników, zmuszanie ich do pracy w niedzielę, unikanie płacenia podatków, to wszystko uchodzi u nas na sucho.

Ciężko oceniać te procesy, bo nie mamy na nie żadnego wpływu. Tak się po prostu dzieje. Z drugiej jednak strony, gdyby się nad tym zastanowić, to przyszłość nie nastraja optymizmem. Nie są to zmiany społecznie zdrowe. Świat ma mnóstwo pomysłów na gospodarkę, ale żadnego pomysłu na człowieka. Gdzieś niepostrzeżenie przestaliśmy być ludźmi, a staliśmy się konsumentami.

- Ryszard Bonikowski

List jest odpowiedzią na tekst: Był tam ponad 30 lat. Właściciel musiał zamknąć sklepik, ale zostawił wzruszającą wiadomość dla klientów

Co sądzisz o tej opinii? Jesteś drobnym przedsiębiorcą i ciężko Ci utrzymać biznes? Napisz do nas: listy_do_metrowarszawa@agora.pl.