"Poczułem, że w oczach dzielnej załogi pogotowia ratunkowego jestem pasożytem" [LIST]

"Od zespołu ratunkowego posypały się kalumnie. Jak śmieliśmy, oni się spieszyli, mogli spowodować wypadek" - pisze do nas pan Marek, bezdomny, który trafił na szpitalny oddział ratunkowy.

Jestem bezdomnym ze schroniska Polskiego Komitetu Pomocy Społecznej przy ul. Polskiej 33 w Warszawie. Mam spore problemy ze zdrowiem - cukrzyca z powikłaniami i serce. Trzy dni temu tąpnęła mi świadomość i serce. Koledzy wezwali pogotowie ratunkowe. Nie wiem, co mówili do dyspozytora, ale karetka jechała na sygnale.

Ponieważ złapałem kontakt z otoczeniem, od zespołu ratunkowego posypały się kalumnie. Jak śmieliśmy, oni się spieszyli, mogli spowodować wypadek. Zbadano mnie, wyniki nie były tragiczne. Poprosiłem o jakiś specyfik od gorączki - pogotowie nie ma. Poprosiłem o receptę - pogotowie nie wystawia. Mam się udać do lekarza rodzinnego. Odmówiłem jazdy na Szpitalny Oddział Ratunkowy. Nocą miałem małe szanse na zostanie w szpitalu - bezdomnego nie stać na taksówkę. Nie czułem się źle i wyszedłem z założenia, że na SOR powinni trafiać ludzie poważnie chorzy. Poza tym nie wyobrażałem sobie nocy na krześle na szpitalnym korytarzu.

Zemściło się to po trzech dniach - nagły ból lewej ręki i w okolicach serca. Zadzwoniłem pod 999. Wytłumaczyłem sytuację. Pani operatorce musiałem tłumaczyć, dlaczego dzwonię po kilku godzinach od wystąpienia. Ano, ja bezdomny nie znam się na chorobach. Przyjechał zespół pogotowia. Sanitariusz zaprosił mnie na hol (do sal nie wchodzą). I złość, że chodzę, więc powinienem był jako gigant pojechać do lekarza rodzinnego autobusem. Poczułem, że w oczach dzielnej załogi pogotowia ratunkowego jestem pasożytem. Nie mam wyrzutów sumienia. Mam ubezpieczenie, pomimo poważnych schorzeń i 63 lat życia, w ciągu minionej dekady z pomocy pogotowia ratunkowego do wczoraj korzystałem dwa razy, w tym raz w zagrożeniu życia. Po słownych przepychankach z zespołem ratowniczym zdecydowano odwieźć mnie na SOR Szpitala Czerniakowskiego.       

To inny świat innych lekarzy i personelu. Wywiad wstępny prowadziła dwójka młodych lekarzy - stażystów. Precyzyjni, kompetentni i po ludzku ciepli. Wypytali dokładnie, zbadali. Ich szef to lekarz z doświadczeniem. Nikt nie dał mi odczuć, że jestem innym. Na korytarzu, gdy oczekiwałem na badania, młoda pani stażystka pytała o moje samopoczucie. Kultura, fachowość. Chociaż praca wybitnie ciężka przy zalewie chorych i brakach kadrowych. Nic dziwnego, że personelowi trudno jest o cierpliwość i życzliwość. Dlatego wszystkim tym ludziom z SOR i lekarzom dochodzącym za pośrednictwem redakcji chcę serdecznie podziękować!

Co kilkanaście minut karetki przywoziły pacjentów. Niektórzy wymagali pilnej reanimacji. Reanimacji wymaga SOR na Stępińskiej. Ciasno w gabinetach, w holu przeciągi, łóżka z pacjentami czekającymi na badanie, siedzącymi w kurtkach po kilkanaście godzin (wczorajszy rekord dwóch pań to 22 godziny). Przed jednym z gabinetów (poza SOR) próbowano przeprowadzić z pacjentką wywiad o chorobach. Odmówiła opowieści wśród innych oczekujących o swoich sprawach intymnych.

Dramatyczne są sytuacje osób samotnych lub przywiezionych bez pieniędzy. To występuje we wszystkich takich instytucjach szpitalnych. Pacjenci głodują nawet kilkanaście godzin. Nie ma nawet automatu z wodą i jakichś plastikowych kubków. Pacjenci czekający na wezwanie na badanie nie pójdą na zakupy. Pozostaje woda w kranie w toalecie. Pamiętajmy, że piszę o szpitalu stołecznym, a wiadoma rzecz - stolica. To dlatego, jak się dowidziałem, że brakuje na SOR 2/3 potrzebnych specjalistów. Taki polski, cywilizacyjny trzeci świat!