Z urwaną nogą albo głową też kazaliby mi jechać dalej. Rozmowa z kurierem rowerowym

Kurier rowerowy to nie jest praca marzeń, czyli taka, w której nie narobisz się, a zarobisz. Tu jest dokładnie odwrotnie.

Ale może jesteś studentem i chciałbyś dorobić właśnie jako kurier? Może marzysz o pracy, w której nie jesteś przykuty do biurka, lecz śmigasz na rowerze? Paweł - 30-letni warszawiak, obecnie pracownik biurowy, który jako kurier pracował rok temu - zdradza nam kulisy tego zawodu.

Ile czasu pracowałeś jako kurier rowerowy?

Paweł, były kurier: Dwa lata. Sytuacja była wtedy taka, że straciłem dom, pomieszkiwałem na działkach, musiałem na szybko znaleźć pracę. I akurat ta wyszła.

Jak się zostaje kurierem?

- Trzeba albo bardzo chcieć to robić, albo być zdesperowanym. Trzeba też bardzo lubić jeździć na rowerze. Chodziłem do liceum na Hożej, po szkole przesiadywaliśmy w okolicy gdzie, nie ukrywam, popijaliśmy piwko. I tam akurat była zbiórka kurierów. Byli ekstrawaganccy jak na tamte czasy, kolorowi, mocno punkowi. A ja jako małolat oglądałem film „Quicksilver” i w pamięci utkwiła mi słynna scena, w której Kevin Bacon ściga się z Laurencem Fishburnem. To typowy film o tematyce rowerowej, dość stary. Marzyłem o czymś podobnym. Kiedy akurat przyszpiliła mnie sytuacja życiowa, zgłosiłem się do dwóch firm. W jednej się nie dogadaliśmy.

Jak wyglądają początki?

- Dobierają ci jedną osobę, która już dłużej pracuje, i jeździ z tobą, w zależności od tego jak szybko wszystko ogarniesz, zwykle przez jeden dzień. I nie za darmo. Za to szkolenie płacisz. Rower musisz mieć własny. W środowisku ma się zwykle ostre koło, czyli na stałe zmontowaną zębatkę z łańcuchem, co powoduje, że rower jest cały czas napędzany. Ja miałem taką zwykłą retroszosę, ze sprzętem Shimano, który się ciągle psuł. To normalne, jak się jeździ około 60 km dziennie, mniej więcej 300 tygodniowo - ma się prawo psuć. Dlatego im prostszy rower, tym lepiej.

Z czego składa się wyposażenie kuriera?

- Z wyposażenia dostaje się ubiór, takie obcisłe getry z pieluchą, czyli kolarskie spodnie, bardzo niemęskie, to nie wygląda zbyt atrakcyjnie, więc na to nakładałem różnej maści spodenki. To nie zawsze pasowało kierownictwu. Kazali nam ubierać się na czarno, łącznie z butami, podkreślali, że ubiór musi być jednolity. A kurierzy są z natury raczej punkami.

Orientujesz się, czy tak jest we wszystkich firmach?

- W różnych firmach różnie to bywa. Znam firmę, w której nie życzyli sobie żadnego konkretnego ubioru, więc chłopaki jeździły w moro, mieli tylko firmowe góry. Ale są też takie malutkie firemki, jak inicjatywy kurierskie, tworzone przez samych kurierów: oni jeżdżą jak chcą. Najczęściej po cywilnemu, bo nie muszą być rozpoznawalni, nie są nośnikiem żadnej reklamy, sami jeżdżą po biurach, żeby się ogłaszać, rozdają wizytówki. Można o nich powiedzieć: warszawska elita kurierska.

Ty czułeś się taką elitą?

- My byliśmy takimi po prostu popierdółkami. Ja za krótko pracowałem, żeby dołączyć do elity. Nie chciałem wiązać się na dłużej z tą pracą i tym środowiskiem, więc godziłem się wyglądać jak pajac. Chociaż regularnie dostawałem kary za nieprzestrzeganie regulaminu ubioru.

Jak to kontrolowano?

- Były kontrole podczas porannej zbiórki. Często, kiedy kurierzy przyjeżdżali na spotkanie z kierownictwem, byli ubrani wedle wymagań. Po czym wychodząc, przebierali się. Oprócz typowo kolarskiego ubioru na wyposażeniu był plecak, telefon służbowy i terminal z zamontowanym GPS-em. Dzięki temu dyspozytor wiedział, gdzie względem mapy się znajdujemy. Przy czym ja miałem ten terminal permanentnie popsuty.

I co wtedy?

- Bardzo często dzwoniono do mnie z opierdolem, że gdzie ja jestem. Na co ja zgodnie z prawdą mówiłem: Stary, ale ja jestem zupełnie gdzie indziej. I przez to zresztą nie łapałem się na lepsze fuchy.

Kurier rowerowyKurier rowerowy Grafika: Marta Kondrusik

 Czyli?

- Robota nie jest jednolita. Są różne taryfy. Express, gdzie dostaje się za odebranie i dostarczenie przesyłki 10 złotych. Były rzeczy po piątaku, i najgorsze, po 2,80. My rzecz jasna dostawaliśmy tylko niewielką część kwoty, bo przesyłka kosztowała dużo, dużo więcej. Większość kasy zgarniała firma.

Ile udało ci się miesięcznie wyciągać, ile da się w tym zawodzie zarobić?

- Od samego początku nie obiecywali dużo. Zresztą ceny kurierki poleciały na łeb na szyję, ze względu na konkurencję. Mówiono mi więc, że jak wyciągnę 2 tysiące na miesiąc, to będzie dobrze. Ja nigdy takiej kwoty nie zobaczyłem. Nie zobaczyłem nawet powyżej tysiąca.

Pracując w pełnym wymiarze godzin?

- Tak, pracując, oczywiście standardowe 5 dni w tygodniu, po 8-10 godzin. Na pierwsze zlecenie wyjeżdżałem około 9.00, kończyłem w okolicach 18.00. Nie płacą ci za czas, tylko za to, ile faktycznie wyrobisz. Jeśli było tak, że rower mi się psuł, łapałem gumę, a nie byłem w stanie tego naprawić, bo nie miałem narzędzi, a u mechanika była kolejka, to byłem wyłączony i nie zarabiałem. Jeśli jesteś chory, też nie zarabiasz. Wiadomo: umowa zlecenie.

Skoro jesteśmy już przy kwestiach zdrowotnych, to jak wygląda sprawa chorób i kontuzji?

- Zakwasy to standard, ciągle jest się totalnie zmęczonym. Przynajmniej na początku, potem się przyzwyczajasz. Kiedyś jechałem po Woli i mocno skręciłem w ulicę Twardą. Na pasach uskoczyło mi przednie koło i niefortunnie upadłem. Mam odruchy z judo, więc nie przywaliłem głową w chodnik, bo upadek zamortyzowałem barkiem. Ale odczułem to intensywnie, było mi niedobrze.

Zgłosiłeś to szefostwu?

- Zadzwoniłem do dyspozytora, kierownika, powiedziałam, że miałem wypadek i kiepsko się czuję, nie mogę dalej jeździć. A oni tylko spytali, jak dużo mam w plecaku, czyli „na sobie” – tak się mówi. I czy jestem w stanie to rozwieźć. Więc zero empatii, zero zrozumienia, wiecznie za mało. Tylko jeździć, jeździć, jeździć. Pewnie z urwaną nogą albo głową też kazaliby mi jechać dalej.

Czy chociaż między kurierami istnieje solidarność?

- Często, kiedy na mieście okazywało się, że rower nie jest sprawny technicznie, łapaliśmy się z innymi kurierami i przekazywaliśmy sobie przesyłki. Więc niby była pomoc, ale była też ostra rywalizacja o lepsze fuchy. Odchodziły koterie. Jeśli ktoś dobrze żył z dyspozytorem, to nawet jak był dalej, wzywano go po lepszą przesyłkę. Takie osoby były w stanie wyciągnąć i po dwie stówy dziennie. To była kwestia zżycia się, dogadania, ja za krótko na to jeździłem.

Jak wygląda dieta kuriera rowerowego?

- Na pewno musi dużo jeść, bo spala bardzo dużo kalorii. Rano koniecznie węglowodany, jakaś owsianka, jaglanka. Plus jest taki, że można jeść bez przerwy i nie ma to odbicia w wyglądzie. Możesz jeść dwa chińczyki dziennie, jakieś banany, batony, i jesteś nadal megachudy. Można wpierdzielać bez umiaru.

Co wynika z twoich obserwacji: czy negatywne nastawienie kierowców do rowerzystów jest mitem czy prawdą?

- Przede wszystkim powiem tak: teraz, nie będąc już kurierem, wciąż jeżdżę dużo na rowerze. I jeżdżenie chodnikiem się nie opłaca, ze względów czasowych nie ma sensu, więc musisz jeździć po ulicy. Kurierzy ze względu na czas często przejeżdżają wręcz na czerwonym świetle, patrząc po prostu, czy nic nie jedzie. Może to nie jest taki hardkor jak w Nowym Jorku, pod prąd między samochodami. Ale bardzo często w korkach mija się te stojące samochody, z lewej, z prawej. No i kierowcy się wściekają. Ale to jest ich problem. Jestem w takiej sytuacji może mniejszy i słabszy, ale mogę więcej. Mogę się zmieścić w różne dziury.

I łapać taksówek?

- Nigdy nie łapałem się autobusów albo taksówek, żeby mnie za sobą ciągnęły, tak bywa raczej na filmach. Ale były sytuacje ryzykowne. Np. często jest tak, że kiedy jedziesz, kierowca wyprzedza cię przed samymi światłami i hamuje, chociaż mógłby cię przecież przepuścić. Jest to po prostu czysta złośliwość. Przodują  w tym taksówkarze. Pozostaje też kwestia plecaka, który jest dość szeroki, więc może się zahaczyć o jakieś lusterko czy samochód. No i jak ktoś cię dogoni, to potrafi cię postraszyć. Ale zwykle człowiek nie zawraca tym sobie głowy i śmiga dalej.

Są jakieś standardy pod względem wagi plecaka?

- Jest po prostu duży, z kominem i ładujesz do niego, ile wlezie. Chociaż czasem fizycznie nie jesteś w stanie czegoś zabrać i dzwonisz do dyspozytora, żeby przyjechał kurier zmotoryzowany. Czasem musisz do plecaka dokleić jeszcze wielką torbę z przesyłkami zbiorczymi. Wtedy jedziesz i wyglądasz jak ślimak albo żółw. Zapierdziel fizyczny jest.

I zdarza się pewnie, że pogoda nie ułatwia wam życia?

- Osobiście nie robiłem w zimie, ale właśnie wtedy, kiedy są korki, szaruga, dużo firm dzwoni po kurierów, bo są najszybsi. Ja trafiłem na pory deszczowe. Padało cały dzień, a kurtki, mimo obietnic, nie dostałem. Teoretycznie musi być w wyposażeniu, ale ja przez 3 miesiące się nie doprosiłem. Jednocześnie dostawałem kary za własne zaniedbania.

Kurier rowerowyKurier rowerowy Grafika: Marta Kondrusik

 Jakiego rzędu były to kary?

- Odciągali mi pieniądze od pensji. To były kwoty rzędu 50-100 złotych, miesięcznie potrafiło się uzbierać 200-250 złotych. Oczywiście negocjowałem, więc czasem dało się wykpić. Ale często byłem karany dla przykładu, za krnąbrność.

A zdarzyły ci się jakieś przypały z policją?

- Nie, nigdy nie udało im się mnie złapać. Nigdy też nie jeździłem po alkoholu, żadnego jeżdżenia po substancjach psychoaktywnych. Alkohol pijemy po godzinach pracy. Raz jeden jedyny jeździłem na kacu, nie polecam. To się nie opłaca tak samo, jak jeżdżenie po chodniku. Siada wydolność organizmu, percepcja. A na zmęczenie nie ma czasu.

Jak traktowali cię ludzie, których obsługiwałeś?

- Paradoksalnie pozytywnie, w przeciwieństwie do szefostwa. Klienci wysyłający czy odbierający przesyłki nigdy nie wykłócali się o 10 minut spóźnienia. Jeśli padało i byłem przemoczony do suchej nitki, to wypytywali mnie, dlaczego nie mam kurtki, ubolewali nad tym, że ciężko pracuję, żartowali: O, jaka świetna pogoda. Ale nigdy nie awanturowali się chociażby o to, że zostawiam mokre ślady.

Zdarzały się napiwki?

- Napiwków nie było. Ale często częstowali jedzeniem, dawali mi na drogę jabłka czy banany. Jak widziałem, że piją gorącą kawę, a mnie było zimno, to na pytanie, czy mogę się poczęstować, odpowiadali, że naturalnie, biegli do ekspresu. Reakcje ludzi były serdeczne, naprawdę spoko. 

Miałeś do czynienia z nietypowymi przesyłkami?

- Większość to były wiadomo, dokumenty. Bardzo często mieliśmy przesyłki między sklepami, woziliśmy na przykład biżuterię. Jedną z najdziwniejszych rzeczy, które wiozłem, była przesyłka medyczna: wycinek histopatologiczny do jakiegoś badania, część kancerogenna, wiozłem to z jednej przychodni do szpitala, na początku myśląc, że to mocz. Takich rzeczy chyba w ogóle kurierowi nie wolno przewozić, nie miałem prawa tego robić, ale wiozłem.

Wady i zalety zawodu?

- Zalety są takie, że dużo się człowiek rusza, nie siedzi przy komputerze. Ale, jak to się mówi, wszystko w nadmiarze szkodzi. Wady: praca jest stresująca. Wiecznie myślisz o czasie, o tym, gdzie powinieneś być, a przeważnie cię tam nie ma, bo się nie wyrabiasz. Człowiek bardzo musi uważać na ulicy. Pomyłka może się skończyć tragicznie. Ktoś może zrobić krzywdę nam, my możemy ją zrobić komuś, np. powodując zderzenie dwóch samochodów. Zwykle nie myśli się o tym - chcesz przede wszystkim zdążyć. Ciągle jesteś zmęczony. Ale po całym dniu jednak ma się satysfakcję, że wszystko się dopięło.

Czy korzystając z okazji chciałbyś wystosować jakiś przekaz do ludzkości, do czytelników?

- To, co dostają odbiorcy przesyłek, jest okupione ciężką fizyczną pracą, stresem. Ale to jest trochę tak jak w szpitalu: musi być pewna znieczulica, bo byśmy zwariowali, dlatego nie zawsze zajmujemy się każdą przesyłką pieczołowicie, może tak jak powinniśmy. Po prostu nie jesteśmy w stanie. I mówię nie tylko o kurierach, ale ogólnie o osobach pracujących w paczkach, logistyce. Więc ludzie: więcej cierpliwości, życzliwości - i przede wszystkim tyczy się to kierowców.