Przyłapałem syna, jak bił inne dziecko. Pomyślałem - lepiej, że bije, a nie jego biją [TATA W MIEŚCIE]

Kinderbal, urodziny córeczki naszych przyjaciół. Znajomi, dzieciaki, tańce, szampan Piccolo, tort i...agresja. I to nie czyjaś, tylko w wykonaniu mojego półtorarocznego synka. Skąd się wzięła? Jak ją zatrzymać? I w końcu, skąd u mnie ten nieświadomy uśmieszek zadowolenia?

Spodobało ci się? Polub nas

Niedzielne popołudnie, my po świetnym dniu, długim spacerze i pysznym obiedzie. Punktualnie o 16 zjawiamy się na urodzinach czteroletniej Lilki, córki naszych znajomych, Adriana i Marysi.

Są pierwsi goście, w głośnikach buja Bob Marley, leje się szampan Piccolo, są słodycze, ciastolina, maski, czapeczki, konfetti, słowem kinderbal pełną gębą.

Prócz nas jeszcze kilku rodziców, bliżsi i dalsi znajomi ze swoimi pociechami. Większość maluchów to przedszkolaki, prócz naszego Kosmy, który jest w towarzystwie najmłodszy, jest tylko jeden maluch, dwulatek, drobny blondynek.

No i zabawa trwa w najlepsze, dzieciaki śmigają między pokojami, dziewczynki bawią się oddzielnie, ewentualnie wykorzystując chłopców do pomocy - "podaj nam lalkę, ale nie możesz wchodzić na nasz statek". Normalnie, w tym wieku to dziewczyny rządzą światem. Chłopcy coś tam kombinują, spiskują i knują jakąś intrygę, jak to chłopcy.

I w tym wszystkim mój syn, ze względu na wiek jeszcze trochę odklejony, albo raczej zatopiony w swoim własnym świecie. Coś tam próbuje po swojemu zagadywać, kogoś dogonić i coś mu ważnego przekazać, typu "nie ma kwa kwa", co w wolnym tłumaczeniu oznacza - szkoda, że kaczek nie ma. Jest wesoły, lubi dzieciaki, ja też się cieszę, w końcu mam chwilkę dla siebie, niech biega, niech się bawi.

No i na chwilę znika mi z pola widzenia. Znajduję go w pokoju Lilki, stoi otoczony innymi dzieciakami. Obok Kosmy na dywanie siedzi starszy o pół roku chłopiec, ze skuloną głową i wyraźnie smutną, a może i przestraszoną miną.

Podchodzę bliżej, staję w drzwiach po cichu, żeby nie wystraszyć maluchów, ale też nie przerwać tego, co właśnie się dzieje.

I oczom nie wierzę.

Mój mały synek, mój ukochany Kosma okłada starszego od siebie chłopca, na odlew, kilka razy wali go w ramię, później mały dostaje jeszcze w głowę. Oczywiście nie są to ciosy, które robią chłopcu krzywdę. Kosma jest silnym chłopcem, ale to wciąż jeszcze maluszek.

Podchodzę do grupki dzieciaków, spokojnie, ale stanowczo biorę syna na bok i tłumaczę, że tak nie wolno, że nie można bić innych, że to chłopca boli i trzeba go przeprosić.

Kosma jest wyraźnie poruszony tym, co się przed chwilką wydarzyło. Co się dokładnie wydarzyło? Nie udało mi się niestety ustalić. Ostatecznie Kosma podchodzi do smutnego chłopca i się do niego przytula. Jakoś tam po swojemu się godzą i po chwili wszystko jest już w porządku. Pewnie już nawet nie pamiętają, co się w ogóle stało.

AgresjaAgresja Waldek Sosnowski / AG Waldek Sosnowski / AG

I tu muszę się do czegoś przyznać

W pierwszym momencie, poczułem przyjemne ukłucie w sercu. Może nie dumę, nie radość, ale jakąś satysfakcję. Pomyślałem, że to dobrze, że on bije, a nie jego biją, że to w sumie lepiej, że nie będzie "pierdołą", "lamusem" i "popychadłem", że potrafi się postawić i walczyć o swoje.

Oczywiście kiedy tylko uświadomiłem sobie swoje myśli, wygoniłem je z głowy i na powrót stałem się praworządnym i sprawiedliwym tatą, który nigdy nie pochwala agresji. Bo w gruncie rzeczy tak właśnie jest. Sam jej nie używam i nie zamierzam jej pochwalać u moich dzieci. Agresji w domu nie ma, ani fizycznej, ani psychicznej. Żyjemy sobie spokojnie, bez nerwów, przekleństw i krzyków, zwyczajnie - cieszymy się z życia.

Telewizji nie oglądamy, bajeczki przechodzą ostrą selekcję, zanim zdecydujemy się je pokazać naszemu synowi. Nie ma więc skąd czerpać takich wzorców.

Więc skąd się wzięła? I jak ją zatrzymać?

- Zawsze w sytuacji, kiedy przyłapujemy dziecko na jakimś niedobrym zachowaniu, powinniśmy głośno i wyraźnie, oznajmiając "nie", "nie wolno" to zachowanie przerywać - tłumaczy dr Aleksandra Piotrowska, psycholog dziecięcy.

- W przypadku takiego malucha, jak pański syn, należałoby go podnieść do góry i stanowczo zatrzymać.

A skąd agresja?

Sama możliwość zrealizowania zachowania agresywnego jest jednym z najprostszych, danych nam przez biologię sposobów rozładowywania własnej złości. My się w zasadzie musimy uczyć nie bicia, nie posługiwania się agresją. Tego, żeby wrzeszczeć, tupać i bić, naprawdę się nie musimy uczyć. Mamy to w sobie.

Powinniśmy się uczyć znajdowania innych sposobów na gniew. I nie trzeba we Freuda wierzyć, żeby wiedzieć, że tak właśnie jest. Tak jak nam matka natura dała najprostsze emocje, a złość, gniew należą do tych kilku wrodzonych i podstawowych, tak dała nam sposoby na reagowanie na nie - tłumaczy Aleksandra Piotrowska.

No dobrze, ale dlaczego poczułem to, co poczułem? Dlaczego ucieszyłem się, że to on bije, a nie jego biją?

- Ciekawa jestem, czym tak naprawdę ta radość była wywołana - odpowiada Aleksandra Piotrowska. I dodaje:

- Czy tym, że nie chciał z siebie zrobić ofiary? Czy może tym, że rośnie mały macho? Ale skąd my to mamy tak naprawdę wiedzieć? Tym bardziej, że ciężko jest odrzucić tysiącletnie dziedzictwo kulturowe. Ten ogon wciąż ciągniemy za sobą.

Tylko warto sobie uświadomić, o co tak naprawdę nam chodzi. Bo będą za chwilę takie sytuacje, kiedy trzeba będzie naprawdę wybrać, jakie zachowania dziecku podpowiadać. Na przykład, kiedy będzie atakowane w piaskownicy, to czy będziemy uczyć go, żeby biegło po pomoc do dorosłego? Czy żeby wstało i odeszło w inne miejsce? Czy żeby się broniło i używało agresji. Tego nie śmiem rozstrzygać. Każdy rodzic musi sam sobie odpowiedzieć, ale warto się do tego już wcześniej przygotować.

Ja bardzo silnie przekazywałam memu synowi, że bić nie wolno, że tylko głąby tak robią. I było parę takich sytuacji, kiedy się mogłam zastanawiać, czy dobrze robiłam. Ale nie zmieniłabym zdania i wychowywałabym tak samo.

Warto więc sobie racjonalnie tłumaczyć, że uśmieszek zadowolenia na widok agresywnych zachowań własnego dziecka, to porażka człowieczeństwa w nas - kończy swoją wypowiedź Aleksandra Piotrowska.

Mnie pozostaje tylko dodać - komu się taki uśmieszek po twarzy nie błąkał, niech pierwszy rzuci kamieniem.

Więcej o: