Tasteaway. Chciałbyś żyć, jak oni. Bez szefa, w podróży i poznając nowe restauracje

Natalia Sitarska i Łukasz Smoliński prowadzą blog Tasteaway.pl, najpopularniejszy blog podróżniczo-kulinarny w Polsce. Na blogu piszą o podróżach, podróżowaniu kulinarnym, recenzują restauracje i hotele, doradzają, jak podróżować z małym dzieckiem. W styczniu 2015 r. znaleźli się w srebrnej dziesiątce najbardziej wpływowych blogerów w Polsce wg Kominka (vel Jasona Hunta), najbardziej znaczącym rankingu polskiej blogosfery. Pytamy ich o restauracje warszawskie i nie tylko.

Spodobało ci się? Polub nas

Kim jesteście?

Łukasz: Blog jest odzwierciedleniem naszego życia, które zdecydowaliśmy się zapisywać, kiedy urodziło się nam dziecko. Stwierdziliśmy, że poświęcamy mnóstwo czasu na podróże oraz jedzenie i mamy mnóstwo wspomnień, doświadczeń, które z biegiem czasu umykają, więc warto byłoby je zapisywać. Z czasem zauważyliśmy, że nasze zapiski interesują coraz więcej osób i uznaliśmy, że może warto byłoby zająć się tym w bardziej profesjonalny sposób. I tak, już ponad 3 lata prowadzimy bloga TASTEAWAY .

Natalia: Zaczęliśmy prowadzić bloga jesienią 2011 roku - wtedy wyjechaliśmy na miesięczną podróż wokół Europy z naszym 2,5 miesięcznym wówczas synkiem. Stwierdziliśmy wtedy, ze tyle różnych miejsc odwiedzamy, tyle ciekawych potraw jemy, że warto to spisywać. Na początku pisaliśmy bloga pod inną nazwą - "Widelcem przez świat". Założyliśmy go na Wordpressie, nie był szczególnie wymuskany graficznie, po prostu wybraliśmy jeden z dostępnych szablonów, nie pisaliśmy też tak systematycznie jak teraz. Po ponad roku zauważyliśmy jednak, że poza rodziną i znajomymi, bloga czytają inne osoby i doszliśmy do wniosku, że naszą pasję do podróży i jedzenia warto przekuć w bloga prowadzonego profesjonalnie. Zbiegło się to również ze znaczącym wzrostem popularności blogów jako takich. W styczniu 2013 zaczęliśmy poważnie pracować nad stworzeniem Tasteaway z fajnym laoutem, przejrzystym podziałem na kategorie przyjazne dla czytelnika. Od kwietnia 2013 r. działamy już jako Tasteaway.

Wasz blog w miarę szybko stał się popularny, jak tego dokonaliście?

Ł: Zagospodarowaliśmy niszę, ponieważ istniało wiele blogów podróżniczych oraz wiele blogów recenzujących restauracje, ale żaden nie łączył w taki sposób jak my jedzenia i podróży. Blogi podróżnicze nie zajmowały się kompletnie jedzeniem, tylko podróżowaniem, zwykle tanim, jeśli nie najtańszym. Autorzy kierowali swoje wpisy do czytelników, którzy szukają porad, jak najtaniej podróżować. Nasze podróżowanie nie jest podróżowaniem tanim, jest mocno powiązane z jedzeniem, odwiedzaniem restauracji, kuchniami świata, którego to tematu nie zagospodarowały z kolei blogi recenzujące restauracje. Zauważyliśmy, że coraz więcej osób wyjeżdżając chce próbować kuchni świata i o tym chcieliśmy pisać.

N: Zwłaszcza, że idea, by połączyć podróże i jedzenie przyświecała nam od początku. Gdy w 2011 zaczęliśmy pisać naszego bloga, napisaliśmy krótki wstępniak właśnie o smakowaniu życia, które można smakować w podróży, ale również w Warszawie, bo jeśli nie podróżujemy, tu szukamy kuchni indyjskiej, meksykańskiej, japońskiej, itd. Smakowanie życia jest parasolem, który wszystko łączy.

Inspirowaliście się blogami, które istniały?

Ł: My na blogu jesteśmy od początku totalnie i bezkompromisowo szczerzy. Blog jest odzwierciedleniem tego, w jaki sposób my podróżujemy, żyjemy, jest odzwierciedleniem naszych zainteresowań. Ten pierwszy artykuł, wstępniak, który był zapowiedzią tego, o czym będziemy pisali, dalej jest aktualny. W Polsce trudno było wzorować się na kimkolwiek, bo nikt tej tematyki w taki sposób nie ujmował.

N: Do bloga podeszliśmy jak do projektu biznesowego, bo jesteśmy oboje osobami mocno stąpającymi po ziemi. Mamy też doświadczenie - Łukasz w reklamie, a ja w badaniach marketingowych, wiec przeprowadziliśmy dogłębny research tego, co się dzieje w blogosferze, zarówno jeśli chodzi i o blogi podróżnicze, jak i o blogi, zajmujące się recenzowaniem restauracji, a nawet o blogi parentingowe, bo zahaczamy trochę o temat dziecka, podróżowania z dzieckiem.

Ł: Blog to też trochę odpowiedź na potrzeby wielu osób, które podróżują, a które jeszcze jakiś czas temu nie mogły znaleźć informacji praktycznych w języku polskim, np. jak podróżować wynajętym samochodem w Tajlandii, a mogli tylko, jak podróżować autostopem / transportem publicznym. Znajdowali informacje, gdzie przespać się za darmo, ale już nie znajdowali, gdzie przespać się w przyjemnych warunkach z ładnym widokiem, w ładnej okolicy. Brakowało informacji o tym innym, droższym podróżowaniu, również o podróżowaniu z dzieckiem, hotelach przyjaznych dzieciom.

N: I tak jest bardzo znany blog "The Family without borders" - ich podróżowanie jest super i są mega inspirującą rodziną, ale nie każdy odważy się podróżować z dziećmi i spać np. przez dwa tygodnie w samochodzie. Spójrzmy prawdzie w oczy - 90 proc. społeczeństwa się nie odważy. Trzeba mieć określone podejście do życia. Dla 90 proc. społeczeństwa już to, że my jedziemy z dzieckiem do Birmy jest odważne. My pokazujemy, że podróże to nie tylko podróż dookoła świata, przez kilka lat na rowerze i spanie pod namiotem. Można podróżować, a zarazem spać w dobrym hotelu i jeść w dobrej restauracji. Bloga o tym wcześniej nie było i często słyszymy opinie: "Fajnie, że jest wasz blog, bo ja mam dość czytania o tym, jak spędzić gdzieś dwa dni za 5 złotych i jeść pasztet z puszki". To jest jakaś droga i dobrze, że istnieją takie blogi, pokazujące, że nie trzeba mieć wielkich środków, by wyruszyć w podróż, ale jest też grupa docelowa, która szuka innej drogi.

Ł: W tym czasie staliśmy się inspiracją dla wielu osób. Pomimo, że wiele podróżujemy, jesteśmy cały czas aktywni zawodowo. Praca zawodowa jest dla nas niezwykle istotna. Jesteśmy ludźmi ambitnymi, którzy o rozwój zawodowy od początku swoich małych karier dbają. Pokazujemy, że pomimo funkcjonowania w takich realiach zawodowych, gdzie ma się obowiązki, gdzie ma się na głowie firmy, które zatrudniają po kilkadziesiąt osób, można też dbać równolegle o jakość życia. A jakość życia definiujemy przez czas, który poświęcamy na swoją drugą pasję - poza pracą - czyli podróżowanie, czy też podróżowanie kulinarne, które realizujemy w Warszawie, Polsce i na świecie.

Pracujecie oboje, macie czas na pasję i jeszcze na dbanie o bloga...

Ł: Na pewno istotna jest świetna organizacja. Prym w tym wiedzie Natalia. Nie znam drugiej osoby tak świetnie zorganizowanej. Na wyjazdach sporo czasu poświęcamy na pracę. Nawet jak jedziemy na koniec świata, szukamy miejsc, gdzie jest Internet, żeby nie odcinać się w 100 proc. od maila. Odcinanie się od kwestii zawodowych na wyjazdach praktycznie nie istnieje.

N: Ogromnym plusem jest to, że pracujemy w swoich firmach. Mamy wspólników, ale nie mamy szefa, który nam ogranicza dni urlopu lub wyznacza, kiedy możemy wyjechać. To pozwala nam na tak częste podróże.

Ł: A gdy wracamy z podróży, zwykle czeka nas intensywny czas pracy po kilkanaście godzin, bo są zaległości do nadrobienia.

Macie piękne zdjęcia na blogu, kończyliście profesjonalne kursy?

Ł: Ja dbam o stronę wizualną bloga i jestem samoukiem. Nigdy nie przeszedłem żadnego kursu fotografii...

N: kiedyś go zapisałam na urodziny na kurs fotografii, ale to była porażka...

Ł: niestety uciekłem. Od dawna interesowałem się fotografią, podglądałem inne blogi, które poziom fotografii mają wyższy od nas, podglądałem ich technikę, technikę kompozycji, szukałem wiedzy na temat fotografowania w Internecie, w książkach, a reszta to praktyka. Metodą prób i błędów człowiek bardzo dużo się uczy. Na każdym takim wyjeździe liczba zdjęć, jaka powstaje, idzie w dziesiątki tysięcy. To świetny sposób, żeby się uczyć fotografii.

Jak wybieracie restauracje, które recenzujecie. Wszystkie nowe miejsca?

N: Na pewno lubimy nowe miejsca i często idziemy tam, gdzie otworzyło się coś nowego, aczkolwiek też nie wszędzie. Jest to związane z tym, co lubimy i nas interesuje. Np. kochamy kuchnię azjatycką, więc jak otwiera się coś azjatyckiego, to zwykle biegniemy tam bardzo szybko. Ja kocham Hiszpanię i kuchnię hiszpańską, więc jak otwiera się nowy bar tapas, to również jestem tam bardzo szybko. Ale nie jest tak, że chcemy być w każdej nowej restauracji i każdą chcemy opisać. Ważniejsze jest to, że dla nas będzie to smaczne i fajne miejsce (przynajmniej na to liczymy!), a zarazem interesujące i nowe dla naszych czytelników.

Ł: Po pierwszych informacjach w Internecie na temat otwarcia nowej restauracji, staramy się je również zweryfikować. Jeżeli otwiera się restauracja z kuchnią włoską, to argumentem przekonującym nas do odwiedzenia takiej restauracji jest szef kuchni Włoch. Kwestia nazwisk w kuchni jest dla nas istotna, aczkolwiek nie aż tak jak dla niektórych blogów.

N: Lubimy różnorodność. Chodzimy zarówno do tych restauracji, gdzie są wielkie, znane nazwiska, jest fine dining, jak i do barów wietnamskich i to również opisujemy na blogu. Te miejsca są dla nas tak samo interesujące.

Jesteśmy zapraszani do nowych miejsc, gdy się otwierają?

Ł: Do wielu jesteśmy, ale rzadko korzystamy. Kilka miesięcy temu wprowadziliśmy też zasadę, że przy każdej recenzji przedstawiamy zdjęcie rachunku, żeby udowodnić czytelnikom, że zapłaciliśmy za nasz obiad, kolację czy śniadanie, aby wyzbyć się podejrzeń, które często padają pod adresem blogerów.

N: Sporo się mówi, że blogerzy to pewnie są inaczej traktowani, pewnie nie płacą, pewnie coś dostali za napisanie takiej, a nie innej recenzji. Jak publikujemy na blogu jakiś ranking, a wszystkie nasze rankingi wychodzą od nas, z naszego serca, z naszego podniebienia, zdarza się, że pojawiają się komentarze: "tu jest coś dziwnego, pewnie to jest jakiś płatny ranking!". Wiadomo, ludzie są podejrzliwi. Dlatego wprowadziliśmy tę zasadę. Jeżeli idziemy rzeczywiście na czyjeś zaproszenie, to komunikujemy to, że była to np. kolacja degustacyjna lub odwiedziliśmy dane miejsce na zaproszenie.

Ł: Projekt blogowy jest też jakby nie było projektem komercyjnym, który zakłada pozyskiwanie funduszy od sponsorów, ale tej "odnogi" restauracyjnej jako jedynej nie komercjalizujemy, bo wpłynęłoby to negatywnie na naszą rzetelność i wiarygodność.

N: Choć zdarzają się też restauratorzy, którzy pytają nas, jakie są zasady współpracy. Co sugeruje: zapłacimy, a Wy opiszcie. Nie robimy tego. Możemy współpracować komercyjnie z markami, które sponsorują nasze podróże, jeździmy do hoteli, do których jesteśmy zapraszani, przy czym też zawsze zastrzegamy, że jeżeli trafimy w miejsce, które finalnie nie spełni naszych standardów, nam się nie spodoba, to nigdy się nie zdarzy, że je opiszemy pozytywnie.

A zdarzyło się, że ktoś miał pretensje, że został niepochlebnie opisany?

Ł: Taka sytuacja miała miejsce dwa razy. Raz to było w restauracji Warszawa Wschodnia Mateusza Gesslera, a raz w restauracji greckiej w Augustowie, która przeszła kulinarną rewolucję Magdy Gessler.

N: Byliśmy akurat w podróży w Armenii, gdy do Łukasza zadzwoniła właścicielka restauracji, że cały Augustów mówi o tej recenzji.

Ł: Zakończyło się w końcu przeprosinami dla nas, bo była to rzetelna recenzja tego miejsca. Staramy się nie wchodzić w bliższe relacje z szefami kuchni, czy właścicielami restauracji, które by powodowały, że trudno nam będzie w 100 proc. obiektywnym.

A jak oceniacie mapę kulinarną Warszawy?

Ł: Od kilku lat zdecydowanie obserwujemy ogromny boom na kulinaria. Jest coraz więcej osób, które jedzą poza miejscem zamieszkania. Pojawiają się badania, które wskazują coraz częściej nawet śniadania jemy poza domem. Coraz więcej szefów kuchni ze świata pracuje w Polsce. Postrzegają Polskę jako interesujące miejsce na otwarcie restauracji, bądź bycie chefem. Mapa kulinarna Warszawy jest bardzo interesująca, nie ma tygodnia, żeby nie otwierały się ciekawe miejsca.

N: Dla nas jest problemem, że nie mamy kiedy wrócić do miejsc, które lubimy lub się nam spodobały podczas pierwszej wizyty! Otwiera się tyle nowych miejsc. To, co jest świetne, to ogromna różnorodność. Półtora roku temu tęskniliśmy w Warszawie za pierożkami chińskimi dim sum, a teraz jest kilka miejsc, które się w nich specjalizują. Tak samo kuchnia tajska - jeszcze 2 lata temu nie było aż takiego wyboru, a teraz jest wszędzie. Ostatnio chętnie wracaliśmy z podróży do Azji do tej różnorodności, którą mamy w Warszawie. Zresztą turyści z zagranicy też uważają Warszawę za jedną z najdynamiczniej rozwijających się stolic europejskich, jeśli chodzi o kulinaria.

Macie jakąś ulubioną dzielnicę, jeśli chodzi o restauracje?

Ł: Nie mamy. Jesteśmy takimi wariatami, że do swojej restauracji albo za swoim ulubionym daniem jesteśmy w stanie przejechać całą Warszawę. Jeśli odwiedzamy inne miasta, np. ostatnio Kraków, w celach poznania szerzej oferty gastronomicznej, nie mamy problemu z tym, żeby pojechać ponad 100 km za Kraków, żeby odwiedzić włoską restaurację Le Chalet w Murzasichle, prowadzoną polsko-włoską parę od 20 lat. Niewiele restauracji włoskich w Warszawie im dorasta do pięt

N: Z Warszawą mamy jedynie taki problem, że my mieszkamy na kulinarnej pustyni, nasza dzielnica jest pod tym względem w tyle w porównaniu do innych dzielnic. To Ochota-Okęcie. Tam nie ma knajp, jedyna restauracja, która się mogła obić o uszy, to tureckie Maho.

Zawsze opowiadam anegdotę: jak z małym dzieckiem w wózku, czyli ponad trzy lata temu, umawiałam się z koleżanką na spacer, to żeby przysiąść na jakąś kawę, musiałyśmy iść do McDonalda, bo naprawdę nic innego w okolicy nie było. I pod tym względem prawie nic się nie zmieniło przez ostatnie lata. Zazdrościmy znajomym choćby na Żoliborzu czy w Miasteczku Wilanów, gdzie po prostu jest masa interesujących miejsc: kawiarni, winiarni, restauracji.

Ł: Można powiedzieć, że jesteśmy już przedstawicielami europejskich foodies. Potrafimy pojechać choćby do Howth, małego portu rybackiego na przedmieściach Dublina tylko po to, by spędzić tam 3-4 dni i dzień w dzień na śniadanie, obiad i kolację jeść ryby, które są tam wyśmienite! Spotykając ludzi, którzy mają podobne zainteresowania do nas, podczas międzynarodowych spotkań blogerów, na które jesteśmy zapraszani, zorientowaliśmy się, że w Europie takie zainteresowania są coraz bardziej popularne. Znamy Norwegów, którzy potrafią 3 na 4 weekendy w miesiącu spędzać w Londynie, tylko po to, żeby poznawać nowe restauracje lub odwiedzać swoje ulubione.

Nie myśleliście, żeby otwierać własną restaurację?

Ł: Ja mam swój biznes gastronomiczny, ale nie jest to restauracja. To Bubbleology, czyli bubble tea, napój bardzo podróżniczy, bo pochodzący z Tajwanu. Natomiast jest to trochę inny biznes niż restauracyjny, nie wymaga przywiązania mnie jako właściciela sieci do miejsca sprzedaży. Wydaje mi się, że restauracja jest takim modelem biznesu, który jednak przywiązuje właściciela i zobowiązuje, żeby w tym miejscu spędzać po kilkanaście godzin na dobę, jeżeli myśli on poważnie o rozwoju restauracji. Z racji naszych zainteresowań podróżniczych jest to po prostu niemożliwe. Na pewno jest tak, że podróżując po świecie, bardzo mocno obserwuję koncepty gastronomiczne, które spotykam. I chociażby marzę, żeby ktoś otworzył coś takiego w Polsce.

Jak wygląda wychodzenie do restauracji z dzieckiem?

N: W Warszawie podejście do wychodzenia z dzieckiem zmienia się na lepsze. Restauratorzy i goście już przyzwyczaili się, że odchodzimy od modelu, który jeszcze jakiś czas temu był popularny, że jak się ma dziecko, to już najlepiej siedzieć z nim w domu, ewentualnie wyjść do piaskownicy lub na plac zabaw, a restauracje nie są miejscem dla ludzi z dziećmi. My od początku chodzimy z naszym dzieckiem do restauracji. Pierwszą odwiedził, jak miał tydzień. Chodzimy z nim wszędzie. Teraz jest starszy, chce się pobawić, coś ciekawego porobić, więc wybieramy raczej miejsca przyjazne dzieciom. Jakiś czas temu opublikowaliśmy na blogu ranking restauracji przyjaznych dzieciom i to jest jeden z najbardziej popularnych u nas artykułów. Świadczy to o tym, że ludzie szukają takich miejsc. Chcą zjeść coś dobrego, a dziecko nie siedzi przy stole i się nie męczy, nie nudzi, tylko może się pobawić.

Oczywiście są takie miejsca, do których z dzieckiem trochę nie wypada pójść, jak choćby Atelier Amaro. Zresztą ja bym nie miała pomysłu, żeby iść tam z dzieckiem. Choćby dlatego, że jest to kulinarny spektakl, który miło przeżyć w spokoju i delektować się, a nie z dzieckiem, które w to piękne danie zaraz wyleje swój soczek. Nie mówiąc już o tym, że przeciętny trzylatek nie bardzo znajdzie tam coś dla siebie.

Ł: Nie oznacza to, że Maks gwiazdkowych restauracji nie odwiedzał, bo zagranicą byliśmy w takich restauracjach i nie było z tym problemu. Trzeba jednak uszanować, że są miejsca, do których z dzieckiem się nie chodzi, jak choćby jedna z najlepszych restauracji na świecie, na Bali, do której nas nie wpuszczono, bo takie mają zasady.

* TasteAway - o smakowaniu życia przeczytasz TUTAJ

O podróżowaniu z dzieckiem przeczytaj też w książkach z serii "Mali Podróżnicy w Wielkim Świecie" >>

Więcej o: