"Mężczyźni nosili w tylnej kieszeni spodni rulon papieru toaletowego". Spowiedź osiemdziesięcioletniej warszawskiej praczki [WYWIAD]

"Tylko nie można było w pracy alkoholu pić. Ten rozpuszczalnik do prania działał, jak esperal. Po małym kieliszku zaraz się było w plamach. Z perspektywy czasu myślę, że wyszło nam to na dobre, bo mało piliśmy w pracy. Później, drogą eliminacji doszliśmy, że jedyne co nam nie szkodzi, to radziecki szampan." - mówi nam Wanda Kemilew.

Spodobało ci się? Polub nas

Pani Wanda Kemilew ma prawie osiemdziesiąt lat i dowcip ostry, jak brzytwa. Pamięta np. kto został pierwszą powojenną Miss Polonia w 1957 roku i jakiego koloru poszetkę nosił w butonierce Jerzy Wasowski. O klientach pralni przy ul. Wilczej i ul. Gotarda opowiada, jakby się z nimi widziała wczoraj, a nie 40 lat temu. Pamięta wydarzenia i szczegóły, z których składała się ówczesna Warszawa.

Pani Wanda jest kobietą z klasą. Poprosiła więc, żebym o niektórych ludziach i wydarzeniach nie pisał. Jeszcze żyją ci co je pamiętają. A z prania, jak ze śmieci, można się wiele o ludziach dowiedzieć

Wanda KemilewWanda Kemilew fot. archiwum rodzinne fot. archiwum rodzinne

Jak pani trafiła do pralni?

Przypadkiem.

Jak to przypadkiem?

Absolutnie nie chciałam pracować w żadnym państwowym urzędzie czy biurze. Byłam wrogiem ustroju komunistycznego pod każdym względem, więc praca na państwowej posadzie odpadała. Wydarzenia z 68 roku to był dla nas wielki szok. Władysław Gomułka przemawiał w Sali Kongresowej i zwymyślał pisarzom, na ulicach demonstracje, bili tych studentów, przeganiali, to był dramat. Chodziliśmy pod Uniwersytet, wspieraliśmy ich, nie godziliśmy się z tą nagonką na Żydów. Wśród moich znajomych też byli Żydzi, którzy byli zmuszeni do wyjazdu. Niektórzy przychodzili do pralni, żeby się pożegnać, mówili, że już nigdy do Polski nie wrócą. To straszne było, coś obrzydliwego. Później chodziliśmy na Dworzec Gdański żegnać tych ludzi. To były rozdzierające sceny.

Ze względów ideologicznych została pani praczką?

Mój ojciec Jerzy Cezary Antoszewicz ps. "Iwo" po wojnie siedział 9 lat w więzieniu we Wronkach za działalność w AK. Dostał karę śmierci, dzięki mojej mamie zamienioną na dożywotnie więzienie. Po śmierci Stalina w 1954 roku wypuścili go na urlop zdrowotny. Chorował na gruźlicę i kiedy roczny urlop się skończył zmarł w nocy poprzedzającą powrót do więzienie. Miał zawał serca. Chichot losu. Tego dnia przyszedł list z uniewinnieniem. Na rogu Hożej i Marszałkowskiej jest tablica poświęcona memu ojcu.

Gdzie by pan na moim miejscu poszedł do pracy? Do urzędu? Dla komunistów pracować?

Proszę coś więcej o ojcu opowiedzieć.

O czym pan chce rozmawiać? O pralni, czy o historii ojca? Niech pan poczyta, trzeba czytać, inaczej będzie pan zagubiony w tym świecie.

Chciałbym poznać kontekst. Skoro mówi pani, że pracę zaczęła przypadkiem a jednocześnie pracowała pani jako praczka przez kolejne 40 lat, to chyba nie ma przypadku.

Jak nie ma? Ja miałam takie pojęcie o pralnictwie, jak pan o chińskiej gramatyce.

Czy określenie praczka jest obraźliwe?

Dla mnie nie, ale nie ma takiego stanowiska w pralni chemicznej i niektórzy mogliby się poczuć urażeni.

Miejskie Pralnie i Farbiarnie w Warszawie Miejskie Pralnie i Farbiarnie w Warszawie  fot. NAC fot. NAC

To była pani pierwsza praca?

Nie, wcześniej pracowałam w Centrali Usługowo - Handlowej "Veritas", tylko dzięki temu, że ojciec na tym urlopie pracował w stowarzyszeniu PAX. Pracowałam też w spółdzielni Mazowia, gdzie do pracy przyjmował mnie książę Adam Woroniecki. Potem wyjechałam na kilka lat do Bułgarii. Wróciłam i urodziłam syna. Kiedy skończył 4 lata, zaczęłam szukać pracy. Dowiedziałam się, że w pralni "Małgosia" na ul. Wilczej, u pani Aliny Wołockiej jest praca. Pani Wołocka była prawdziwą damą, madame Sans - Gene, kobietą z dwoma fakultetami, artystką plastyczka. Zaproponowała mi dobre warunki pracy. Wbrew woli mojego męża, który uważał, że jest to absolutny upadek, zatrudniłam się. Nie miałam absolutnie żadnego pojęcia o praniu. Okazało się, że w tej pralni też nie mieli pojęcia, na widok klienta obsługa uciekała na zaplecze.

Jak to uciekali? To w jakim celu ta pralnia powstała?

W celu zarabiania dużych pieniędzy, ale to z czasem, bo czas robi swoje. Człowiek się uczy na błędach, zdobywa nowe doświadczenia. Z początku mieliśmy mgliste pojęcie o pralni chemicznej, później byliśmy najlepsi w Warszawie.

Jaki mieliście sprzęt?

Pierwszy w Polsce agregat do prania chemicznego firmy Bewe. To był Rolls-Royce pralnictwa. Na tej maszynie przepracowaliśmy ponad 40 lat.

Z ulicy weszła pani do pralni i została następne 40 lat?

Weszłam a tam tłum klientów, sama warszawska inteligencja. Na mieście mówili o naszej pralni "salon pralniczy". Ta ilość artystów, pisarzy, dziennikarzy, gwiazd estrady, których tam poznałam, była nieprawdopodobna. Gdybym nawet pracowała w ZAiKS-ie, to bym ich tylu nie poznała.

pracownica pralni opisuje paczki z praniem, lata 60 pracownica pralni opisuje paczki z praniem, lata 60  fot. NAC fot. NAC

Jak wyglądała pralnia?

Mieściła się w kamienicy przy ul. Wilczej 26, naprzeciwko komendy milicji. Pomieszczenie było niewielkie, składało się z sali sprzedażowej, gdzie przyjmowało się i wydawało pranie. Stała lada. Pomieszczenie z maszyną pralniczą było oddzielone ścianką. Maszyna była nowoczesna, wyeksponowana na wystawie, bo wyglądała super. Reklamowano ją hasłem: "Ta maszyna pierze bez przerwy 25 lat". Zaczynaliśmy o godz. 8 rano, o godz. 18 w drzwiach stawała sprzątaczka i nikogo już nie wpuszczała. A tłum napierał.

Jak się prało?

Jak w domowej pralce, tylko że zamiast wody używało się rozpuszczalnika, trójchloroetanu - TRI. Cykl był podobny: moczenie, odsączanie, wirowanie, suszenie. Płyn w którym się prało był wybitnie toksyczny. Ciągle kontrolował nas Sanepid, musieliśmy udowadniać, że nie ma toksycznych oparów, co było oczywiście kłamstwem.

Pracowaliście w maskach?

Gdzie tam! Tylko nie można było w pralni alkoholu pić. TRI działał, jak esperal, po małym kieliszku zaraz się było w plamach. Z perspektywy czasu myślę, że wyszło nam to na dobre, bo mało piliśmy w pracy. Później, drogą eliminacji doszliśmy, że jedyne co nam nie szkodzi w pracy to radziecki szampan.

Miejskie Pralnie i Farbiarnie w Warszawie Miejskie Pralnie i Farbiarnie w Warszawie  fot. NAC fot. NAC

Kim była pani szefowa?

To była postać bardzo barwna, kobieta, która czego się tknęła, zaraz robiła pieniądze. Kiedy dołączyłam do pralni pani Alina Wołocka miała 47 lat. Była pół-Żydówką od strony mamy, która zmarła podczas porodu jej młodszej siostry. Pani Wołocka repatriowała się z Holandii, gdzie mieszkała po wojnie i stamtąd przywiozła tę maszynę do prania. Podobno dostała wielkie odszkodowanie, bo jej mąż zmarł w trakcie pełnienia obowiązków służbowych. Po wojnie ukończyła ekonomię i historię sztuki. Miała jednak ciągle kompleksy, że ją nazywają "praczką". Z tych kompleksów zaczęła się zajmować szkłem artystycznych. Projektowała, jeździła do hut szkła, sprowadzała barwniki, najlepsze produkty. Jej szkło można zobaczyć np. w "Potopie". Później wystawiała się w galeriach i została członkiem Związku Plastyków.

Jak za późnego Gomułki udawało jej się utrzymać prywatny biznes?

Rzemieślników aż tak bardzo wtedy nie gnębiono. Były małe zakłady z torebkami, kapeluszami, paskami, pasmanterią. Pralnie prywatne również funkcjonowały. Były oczywiście wielka pralnie państwowe m.in. Zjednoczenie Miejskie Pralnie i Farbiarnie, Alba. U nich czekało się długo a wykonanie było marne.

punkt przyjmowanie odzieży do prania punkt przyjmowanie odzieży do prania  fot. NAC fot. NAC

Czym się pani zajmowała w pralni na początku?

Przyjmowałam i wydawałam pranie. Robiło się też inne rzeczy, np. detaż czyli odplamianie. Pierwszego dnia dostałam kartkę, do odbioru było ubranie z filafilu szare. Wie pan co to jest filafil?

Skąd mam wiedzieć?

Ja też nie wiedziałam. (To wełniana tkanina z przędzy czesankowej, częsty materiał na garnitury - przyp. red.) Na szczęście prasowaczka mówi: Wandziu czytaj, a ja ci wszystko pokażę . I tak się wszystkiego od niej nauczyłam. Uprane ubrania składało się na ladzie i pakowało w papier, spinało dwoma szpilkami i robiło zgrabne paczuszki. Ale z tym papierem też były problemy. Od złodziei się kupowało.

Papier do pakowania od złodziei?

Wszystko się od złodziei brało. Przecież niczego wtedy nie było. Na przykład, jak się dostawało z przydziału jedną beczkę płynu TRI na kwartał, a zużywało się trzy. To skąd mieliśmy go brać?

Na Różycu nie można było kupić?

Gdzie tam. Ten środek był stosowany do odtłuszczania broni, czołgów itd. Trzeba się było pokręcić koło wojska.

Kto takimi rzeczami w pralni się zajmował?

Tego to ja już nie wiem, szefowa miała swoich ludzi od wszystkiego. To była prawdziwa kobieta interesu. Miała jakąś frytkarnię w Zakopanem, zarabiała też na tym szkle artystycznym. Umarła w wieku siedemdziesięciu paru lat. Piękną miała śmierć, umarła pływając nago w Morzu Egejskim. Była magnetyczna, stąd do naszej pralni przychodzili absolutnie wszyscy wielcy tego świata.

Kto?

Pierwszego dnia w pracy poznałam aktorkę Ryszardę Hanin. Przychodzili m.in.: Jerzy Wasowski z żoną, Jeremi Przybora, Jacek Fedorowicz, Tadeusz Ross, Piotr Fronczewski, który mieszkał na ul. Wilczej, Tadeusz Janczar z żoną, Katarzyna Łaniewska itd.

punkt przyjmowania odzieży do prania punkt przyjmowania odzieży do prania  fot. NAC fot. NAC

Co przynosili do prania?

Prało się wełnę, bawełnę, len i jedwab, który był najtrudniejszy do prania. Elana pojawiła się dopiero za Gierka, w latach 70. Prało się więc garnitury, suknie, kamizelki, swetry shetlandy, które były wtedy bardzo modne. I 300 takich shetlandów wisiało na zapleczu, wszystkie były szare, beżowe, zielone albo melanżowe. Łatwo się było pomylić. Ale wesoło było. Pracował z nami taki Witold, chłopak z szalonym poczuciem humoru i dwoma metrami wzrostu. Tłum falujący w pralni przez który przedziera się dziewczyna: Proszę pana, jaki u was są terminy? Witold się ukłonił i odpowiedział - D ogodne. - A jakie ceny? - pyta dziewczyna. Witold znów się ukłonił i odpowiedział - Pr zystępne. Pełna kultura.

Ze wszystkimi klientami trzeba było słówko zamienić?

Wspominam zwłaszcza przeuroczego pana Jerzego Wasowskiego, zawsze w eleganckim granatowym ubraniu, z białą poszetką w butonierce. Jego żona taka malutka, że jak ktoś pukał do pralni i nie było go widać w wizjerze, znaczyło, że to pani Wasowska.

Czy Jerzy Wasowski sypał dowcipami z rękawa?

Był szalenie dowcipny, za to Jeremi Przybora był smutas, ale bardzo go lubiłam. Jak odchodziłam z pralni w 1984 roku, szefowa napuściła go, żeby mnie przekonał, żebym została. Przyszedł i prosił. Mówił, że beze mnie artyści nie będą odpowiednio zaopiekowani. Ale ja już miałam dosyć, bo nie dobrze jest w jednym miejscu za długo pracować. Kiedy pracownik jest bardzo dobry, to przestaje się go zauważać i doceniać. Wtedy trzeba zmienić pracę. Osiem lat w jednym miejscu to jest maksimum. A ja pracowałam lat 16.

pranie pranie  fot. NAC fot. NAC

Czy pralnia chemiczna rzeczywiście była takim dobrym interesem?

Absolutnie tak. Ubrań nie było, więc ludzie bardziej o nie dbali. Pranie u nas nie było też drogie, za spodnie 12 zł, za garnitur 27 zł. Zarabiałam na początku 4,5 tys. zł. Dla porównania moje rówieśnice miały po 1,5 - 2 tys. zł.

Nieprawdopodobne.

Ale ja byłam zaufaną osobą. Szefowa zostawiała mi wszystko wyjeżdżając w wielomiesięczne podróże zagraniczne, np. do Japonii, Ameryki. Poza tym pracowaliśmy z sąsiadami z Wilczej na zasadzie barteru, wymiany bez pieniędzy. Czyli np. praliśmy pracownikom cukierni "Stańczyków" z naprzeciwka a oni przynosili nam ciastka i pieczywo. Prało się pani, która prowadziła sklep rybny i zawsze dobre ryby można było u niej wyhaczyć. Na rogu były delikatesy, prało się im za darmo i tylko składało zamówienie na produkty z ich sklepu. Później, jak wódka była na kartki, przychodziło się i mówiło, że potrzebuje pół litra. Koleżanka z tych delikatesów brała pół litra nad durszlak, uderzała w szyjkę, przelewała nad durszlakiem do miski i następnie do innej butelki. Nie wolno tylko było butelki odkręcić, jak była zakręcona, ale z odbitą szyjką uznawało się ją za stłuczkę i problem znikał.

Milicjanci z Wilczej też przychodzili prać?

Oczywiście. Przychodzili na przykład prać sukienki komunijne swoich córek. Nie wchodzili z przodu, tylko od zaplecza i stukali. I kiedyś wsiadłam do taksówki, kobieta była kierowcą, zawiozła mnie gdzie chciałam i mówi: Nic pani nie płaci za kurs, bo pani nie wzięła za upranie sukienki komunijnej mojej córki i tego nigdy pani nie zapomnę. Mieliśmy też jednego milicjanta idiotę. Dzielnicowy przychodził ciągle i opowiadał, jak ścigają opozycjonistów. Wybuchł stan wojenny, znów przyszedł więc mu mówimy: Panie dzielnicowy, czemu pan nam nie wyjaśni, przecież my nic nie wiemy. Ludzie tu uczciwie pracuję, ale nie rozumieją, o co z tym stanem wojennym chodzi. I przyszedł następnego dnia pod krawatem, przyniósł 5 deko kawy. To był wtedy rarytas. Będę miał prelekcję - mówi. Wszyscy pracownicy uciekli na zaplecze, zostałam sama. I opowiadał mi jakie są przyczyny wybuchu stanu wojennego. To był humor i satyra. Z taką powagą opowiadał, a ja musiałam uważać, żeby ze śmiechu nie umrzeć.

I jakie według niego były przyczyny?

Twierdził, że opozycjoniści oznaczyli już wszystkie mieszkania w których mieszkają komuniści i mają ich teraz wyrżnąć. Kiedyś go spotkałam na Grochowie. Miałam pełną torbę opozycyjnych gazet, chyba "Tygodnika Mazowsze", który wtedy kolportowałam po Warszawie. I ten milicjant oferma uparł się, że torbę mi będzie niósł. Myślałam, że umrę ze strachu, a on twardo i torbę mi zaniósł do tramwaju.

punkt wydawania czystej odzieży punkt wydawania czystej odzieży  fot. NAC fot. NAC

Bidula, nawet nie wiedział, że system obala. Czyli prócz salonu towarzyskiego w pralni zajmowaliście się też działalnością polityczną?

Tylko ja i jedna pracownica w opozycję się angażowałyśmy.

Jak? Pomogliście komuś?

Tak, na przykład udało mi się z komendy milicji wyciągnąć fałszywy dowód osobisty Czesława Bieleckiego. Czesław miał wtedy wydawnictwo CDN, pomagaliśmy mu ściągać z NRD farbę drukarską. Przyjeżdżał do nas przyjaciel mojego męża, Bułgar i w wekach farbę przywoził. A z tym dowodem to było tak. Milicja zatrzymała Bieleckiego na demonstracji, on oczywiście miał fałszywe papiery. Jego puścili, ale dowód zabrali. Udało mi się dokumenty odzyskać dzięki koleżance z pasmanterii na Wilczej, która miała kogoś na komendzie. Dostałam od niego bukiet róż i się obraziłam, bo tego się nie robiło dla nagrody. On tym, którzy z nim współpracowali zawsze na święta robił wziątki, np. słoik miodu od Jana Krzysztofa Kelusa. Wie pan, kto to jest Kelus?

Niestety nie.

Rośnie pokolenie, które już nic nie wie. Kelus był działaczem opozycji, bardem. Śpiewał w tzw. drugim obiegu. Według mnie był nawet lepszy niż Przemysław Gintrowski. Prócz tego Kelus był pszczelarzem, Bielecki brał od niego miód, drukował etykiety "słodkiego knucia życzy pszczółka Maja". Innym razem dostaliśmy od Bieleckiego kiełbasę suchą. Fajne to było. Stan wojenny to był dla mnie znakomity okres.

Jak to?

Gdyby nie stan wojenny nigdy w życiu nie byłabym tak patriotyczna, tak religijna, tak wzniosła, nie miałabym takich przyjaciół i przeżyć, jak wtedy. Przeżyłabym konsumpcyjnie życie i byłoby mniej ciekawe.

pralnia pralnia  fot. NAC fot. NAC

A Bohdan Łazuka przychodził prać?

Przychodził, ale jak zaczął w stanie wojennym występować w telewizji powiedziałam, że już go nie obsłużę. Bardzo się obraził. A zaczęło się od tego, że przyniósł do prania zakrwawiony płaszcz, coś koszmarnego, gdzieś się lał, albo go pobili, nie wiem, nie pytałam. I potem był bardzo miły, ale tych występów w telewizji nie mogłam mu wybaczyć, prosiłam dziewczyny, żeby go obsługiwały. Przychodził też Stanisław Zaczyk, jego żoną była Alicja Bobrowska, pierwsza powojenna Miss Polonia z 1957 roku. Ona go później rzuciła i wyjechała.

Wyniośli byli ci artyści? Gwiazdorzyli?

Nie. Jeszcze wtedy celebrytów nie było. Przychodził np. Jan Tomasz Zamoyski, ostatni ordynat Ordynacji Zamojskiej. To był piękny mężczyzna, jak wchodził do pralni, to tłum się sam rozstępował. Nie wiem, na czym to polegało. Szedł środkiem, kładł spodnie na ladzie, mówił: Madame, będę jutro . Nikt mu nigdy uwagi nie zwrócił, że się bez kolejki wepchnął. Przychodziła też Beata Tyszkiewicz, z którą jako dziecko byłam w internacie u sióstr Urszulanek. Beata jest młodsza ode mnie o 2 lata. Kiedyś przyniosła piękną czerwoną, rozpinaną sukienkę, jak dziś pamiętam. Na drugi dzień przyszła po odbiór i okazało się, że nie ma tej sukienki. Wszystko przeszukaliśmy i nic. Zginęła. Beata stoi, kamienna twarz i mówi: Ja jutro jadę do Cannes i to jest moja jedyna sukienka. Ja się stąd bez niej nie ruszę. Poprosiłam, żeby dała nam godzinę, będziemy szukać dalej. Nie wzięliśmy od niej ani adresu, ani numeru telefonu. Wyszła strasznie wściekła, powiedziała, że za 2 godziny wróci. Okazało się, że sukienka przez przypadek została wydana cukierniczce z naprzeciwka. Pobiegliśmy do niej a ona sukienkę już gdzieś wcześniej zawiozła. Trzeba było taksówką po nią jechać i w końcu po kilku godzinach ją odzyskaliśmy. Minęła godzina 18, pralnie już zamykamy a właścicielki czerwonej sukienki nie ma. Dzwonię do informację po numer jej telefonu. Oczywiście nie dali, numer zastrzeżony. Dzwonię jeszcze raz i błagam, żeby ktoś z centrali zadzwonił, że zaraz ktoś przyjedzie z sukienką, niech tylko Tyszkiewicz poda dokładny adres, gdzie mamy ją dostarczyć. I rzeczywiście zadzwonili. Dostarczyliśmy sukienkę, nie wzięliśmy pieniędzy za pranie. To była i ciągle jest zjawiskowo piękna kobieta z niespotykaną klasą. Prawdziwą damą była też jej mama. Jak wchodziła, to wszyscy się rozglądali. Sposób w jaki mówiła, wyciągała pieniądze z torebki, jak chodziła i wyglądała był niespotykany. Tego dziś już nie ma, nie widzi się. Przychodziła też Monika Żeromska, córka Stefana Żeromskiego z matką, starszą panią Żeromską, malutką, zasuszoną, jak jabłuszko. Monika to była ognista kobieta, z bujnymi włosami. Przepiękna była.

prasowanie prasowanie  fot. NAC fot. NAC

Zdarzało się, że ludzie zostawiali jakieś wartościowe rzeczy w kieszeniach? Biżuterię, pieniądze?

Oczywiście. Pamiętam zwłaszcza jedną sytuację. W wózku z praniem pracownik znalazła plastikową oprawkę kalendarzyka Orbisu, który wtedy prawie wszystkim służył za portfel. W praniu w tym rozpuszczalniku plastik się powyłamywał, posklejał. Machnęłam oprawkę pod ladę. Za jakąś godzinę wchodzi facet, na oko 70-letni. W wypiekach na twarzy i nie może mówić, tylko coś duka pod nosem. Pytam, czy coś zostawił? On, że tak, że kalendarzyk orbisowski. Rozdzieramy ten kalendarzyk, a tam 1000 bonów PKO. 1050 bonów kosztował duży fiat. To tak, jak na dzisiejsze pieniądze 50 tys. złotych. W podzięce podarował mi kryształową karafkę i ogromne czekoladki z Pewexu. W tym czasie prawie wszyscy mężczyźni nosili w tylnej kieszeni spodni rulon papieru toaletowego. To był towar deficytowy. I trzeba było ten papier przed praniem wyjmować, bo się rozpuszczał i pylił brudząc całe pranie. No i wyciągam ten rulon, a tam 10 tys. zł, dużo pieniędzy, dwie moje pensje. Wyciągam to przy chłopaczku, który pranie przyniósł. Mówię mu, żeby poszedł po rodziców, bo nikomu innemu pieniędzy nie oddam. On zadzwonił, podał słuchawkę, a ojciec mówi: Niech pani mu da, jechałem po kartofle i zapomniałem wyjąć z kieszeni. Odpowiedziałam, że absolutnie, że musi przyjechać i osobiście pokwitować odbiór w książce skarg i zażaleń. Dopiero wtedy raczył przyjechać. Ale pamiętam też pewną nieprzyjemną sytuację, nie wiem czy powinnam mówić.

Proszę opowiedzieć

Pod koniec socjalizmu, pranie pewnego wysokiego urzędnika państwowego przywiózł jego ochroniarz. Jego nazwiska podać nie mogę, bo on jeszcze żyje, pochodzi z rodziny, w której wszyscy się pięknie za komuny ustawili i do dziś robią kariery. Ochroniarz mówi: Szef wyjeżdża dziś, pranie musi być szybko gotowe. Tak też się stało, szybko upraliśmy i prasowacz zabrał się za prasowanie. Słyszę z zaplecza: O k...! Patrzę a prasowacz rozprasowuje 100 dolarów, to były wtedy 3 pensje. Pytam skąd ma, on, że były w bocznej kieszeni garnituru. Dzwonię więc, ale nie do właściciela garnituru ale do jego brata, którego znałam. Mówię mu, że coś znalazłam w kieszeni, ale przez telefon nie powiem co i niech przyjeżdża pokwitować odbiór. Przyjechał i zzieleniał, bo nikt takich pieniędzy w kieszeni nie nosił. To było oczywiste, typowa łapówka, którą ktoś ministrowi do kieszeni wsunął. Brat po trzech dniach wraca. Mówi, że przykra sprawa, ale brat do tych dolarów się nie przyznaje. Ja mu tłumaczę, żeby już go nie kompromitował, bo nie mam takiego hobby, żeby urzędnikom po 100 dolarów do kieszeni wkładać. Przywiózł nadpitą butelkę Pliski dla tego prasowacza, ale on nie chciał wziąć, honorowy był.

Jak się skończyła ta historia?

Skończył się socjalizm i ten urzędnik, już nie był urzędnikiem. Przyszedł do mnie, żeby coś tam uprać. Mówię mu, że mamy nie załatwioną sprawę. Trzeba pokwitować, że pan odebrał pieniądze. On pyta: A mogę wpisać, że nie dolary, tylko większa suma pieniędzy?

Zgodziła się pani?

Tak. Był też taki partyjny działacz, Stefan Olszowski, ale ja wtedy nie wiedziałam, kim on jest. I wchodzi taki wielki, w sztruksowych niechlujnych butach i się przedstawia: Olszowski jestem . Więc ja wstaję i też mu się przedstawiam. On: Ale Olszowski jestem! Ja, że już mu się przedstawiłam. I mówi, że kierowca zostawił spodnie, a on musi pilnie jechać do Zakopanego i nie ma kwitu do odbioru tych spodni. Mówię, że jeśli chce to niech wejdzie na zaplecze i poszuka tych spodni. On: Olszowski jestem! A mi nic to nie mówiło, nie znałam człowieka. I poszedł w te gacie, a tam same szare, każde z mankietem, podobne do siebie jak dwie krople wody. W końcu znalazł. W takich przypadkach trzeba było wpisać do książki, że spodnie takie a takie zostały wydane osobie, w tym przypadku Olszowskiemu. Proszę go więc o dowód osobisty, żeby spisać dane, a on: Olszowski jestem! Więc ja znów mu się przedstawiam. I w końcu dał mi ten dowód, a tam napisane: Stefan Olszowski, Podsekretarz Stanu. W końcu się podpisał na całą stronę i mówi: Kiedyś się to pani przyda i wyszedł. Ja za telefon i pytam moją koleżankę, która w biurze paszportowym pracowała: Co to za idiota ten Olszowski? Ona: Jezus Maria, to minister spraw zagranicznych. Zbladłam.

pracownicy pralni pracownicy pralni  fot. NAC fot. NAC

W 1984 roku założyła pani własną pralnię na Służewcu?

Od Alby podnajęłam pralnie na zasadzie modnej wtedy ajencji. Zaczęła się inflacja, ale później, już za Balcerowicza i tak podnosiłam pracownikom pensje, niektórzy doszli do miliona złotych (przed denominacją). Kiedy skończyłam 77 lat odstąpiłam pralnie przedstawicielowi nowego pokolenia.

Na Służewcu też prali znani ludzie?

Tak, moją stałą klientką była np. Pani Jolanta Kwaśniewska. Najpierw sama przyjeżdżała, później już kierowcę wysyłała. Mój ówczesny wspólnik był znajomym Kwaśniewskich, z nazywanej często brzydko - Zatoki Czerwonych Świń, czyli osiedla zbudowanego na zlecenie Urzędu Rady Ministrów w Wilanowie. Pamiętam, że Pani Kwaśniewska prała u mnie taki wściekle pomarańczowy płaszcz. Wielką sympatią darzyłam również Marszałka Marka Borowskiego, mojego stałego klienta. To człowiek z niezwykłą klasą polityczną. Ten naród jest tak głupi, że nie wykorzystuje ludzi z taką wiedzą! Przegadałam z nim wiele godzin, kiedy został Marszałkiem Sejmu pranie przywozili ochroniarze, ale na Święta Bożego Narodzenia i na Wielkanoc przyjeżdżał osobiście z prezentami dla całego personelu. Przyjeżdżała też żona Tomasza Nałęcza, wesoła, miła, kulturalna kobieta.

Marek Borowski, Wanda Kemilew i pracownicy pralni na ul. Gotarda Marek Borowski, Wanda Kemilew i pracownicy pralni na ul. Gotarda  archiwum rodzinne archiwum rodzinne

Kiedy pralnia chemiczna przestała być biznesem?

Kiedy rzucili tę ogromną ilość taniej garderoby z Chin i kiedy powstały pierwsze lumpeksy. No i kiedy bogaci zaczęli zatrudniać Ukrainki, które im same pranie robiły. Koniec biznesu pralniczego to lata 90. Żeby się ratować kupiłam magiel, miałam umowę z Polskim Radiem, praliśmy im wszystkie firany, zasłony, obrusy i ręczniki dla pana prezesa Jerzego Targalskiego. Lubił mieć takie bielusieńkie puchate ręczniki, więc trzeba mu było oddzielnie je przygotowywać. Ale to była już końcówka, nikt już nie prał garniturów, swetrów, kamizelek. Dziś pralnia utrzymuje się tylko jeśli robi masówki, inaczej pada. "Małgosia" też już upadła. Szefowa w testamencie zostawiła ją pracownikom, ale nie inwestowali, oszukiwali się nawzajem i zbankrutowali. Na Wilczej została tylko jedna pralnia.

Całe życie pani w pralni przepracowała?

Niczego nie żałuję. Lubię ludzi, lubię z nimi spędzać czas i pracować. Dzięki nim i tej pracy miałam ciekawe życie.

Więcej o: