Od dziecka marzyłeś, żeby to zobaczyć - rodzinna produkcja czekolady od kulis, czyli nczekolada

W małej pracowni czekolady na przedmieściach Warszawy emocje sięgają zenitu. To tutaj, od prawie trzech lat powstaje jedna ze smaczniejszych czekolad, jakie w życiu jadłam - Nczekolada. 61-letnia Maria Narojek wraz z mężem i córką, a czasem i synem radiowcem, udowadniają, że w jednej tabliczce czekolady można zamknąć nie tylko niezwykły smak, ale i ogromną pasję. O rodzinie, trudach prowadzenia małego biznesu i najpiękniejszym prezencie, jaki można podarować na święta.

15 grudnia, godzina 16:30. 10 dni do świąt. W małej pracowni czekolady na przedmieściach Warszawy praca wre. Napięcie wisi w powietrzu. Jedna z pracownic zachorowała. Kilka chwil temu przyszło zamówienie na 200 dodatkowych florentynek, a wciąż trzeba zrobić 1000 dla innego klienta. Należy jeszcze złożyć zamówienie do drukarni na naklejki, bo poprzednie zostały wydrukowane z błędem. I przygotować dwie wysyłki, zanim przyjdzie kurier. Czy są jeszcze srebrne wstążki?

NczekoladaNczekolada MetroWarszawa MetroWarszawa

Elegancka kobieta w granatowym swetrze, stylowych fioletowych okularach i perłach na szyi nerwowo krząta się po niewielkim, lecz gustownym lokalu i co chwilę rzuca spojrzeniem - "to nie jest dobry moment". Jej 23-letnia córka zabiera się za przygotowywanie kolejnej porcji florentynek. Z pracowni dobiega głośna muzyka. - Ścisz trochę! - krzyczy matka. Dziewczyna w odpowiedzi trzaska drzwiami (lepiej pracuje jej się przy muzyce). Mąż stara się pomagać, ale żona nazywa to inaczej. Wszystko podsumowuje ze stoickim spokojem naczelny cukiernik firmy, Robert Główka: - No cóż, najgorętszy okres.

NczekoladaNczekolada MetroWarszawa MetroWarszawa

Nczekolada to biznes prawdziwie rodzinny i, jak mówi pani Maria Narojek, żona Roberta, mama Ani i Piotrka Kędzierskiego, znanego polskiego radiowca - złożony z artystycznych i całkowicie sprzecznych osobowości. A przed świętami wszystko się kumuluje.

- Nagle ktoś przypomni sobie, że do świąt tylko tydzień i trzeba kupić ładny, elegancki prezent dla klienta - bo ile razy można dawać długopisy i pendrive'y. Więc do kogo się zgłasza? Do nas - małej firmy, która zrobi wszystko, żeby zrealizować zamówienie. W wielkim koncernie przemysłowym odprawili by go z kwitkiem - mówi Robert Narojek, współwłaściciel Nczekolada, który w branży czekoladowej działa już od ponad 20 lat (pracował m.in. w międzynarodowej firmie Callebout, jednym z największych producentów czekolady na świecie oraz jako dyrektor komercyjny w firmie Lotte Wedel). - Ale z tego trzeba się tylko cieszyć, zagryźć zęby i dalej pracować - dodaje z uśmiechem.

NczekoladaNczekolada MetroWarszawa MetroWarszawa

Pani Maria Narojek rzuca mężowi srogie spojrzenie i zagryza zęby - dokładnie od dwóch miesięcy. Odkąd zaczął się "gorący okres" dla branży cukierniczej, pracuje bez wytchnienia - po siedem dni w tygodniu. - W taki dzień, jak ten, kiedy wszystko wymyka się spod kontroli, najchętniej bym stąd uciekła! - mówi, ale za chwilę dodaje czule: - Ale lubię tutaj przychodzić...

Pracowania na "zadupiu"

Siedziba Nczekolady wraz z niewielką czekoladziarnią znajduje się w Warszawie-Kobiałce, nad samym Kanałem Żerańskim, niedaleko miejsca, w którym Państwo N. wybudowali dom. Mało kto spodziewałby się tutaj eleganckiego lokalu z tak wykwintną ofertą. - Ludzie różnie mówią na tę okolicę - mówi pan Robert. Jak? - pytam. - Na przykład - zadupie. Nie oznacza to, że lokal świeci pustkami. Po drugiej stronie ulicy Płochocińskiej jest stajnia, gdzie dzieci uczą się jeździć konno, a niedaleko szkoła. - Gdy mamy odprowadzą dzieciaki na zajęcia, wpadają tutaj na kawę, kawałek swojego ulubionego tortu i pogaduchy - opowiada pan Robert.

NczekoladaNczekolada Pani Maria i córka Ania pakują tabliczki czekolady do opakowań firmowych/ MetroWarszawa Pani Maria i córka Ania pakują tabliczki czekolady do opakowań firmowych/ MetroWarszawa

Na pomysł, żeby otworzyć pracownię wpadł on, ale jak podkreśla pani Maria - od samego początku, czyli od kwietnia 2012 roku, wszystko było na jej głowie. - Tak naprawdę to moje dziecko - mówi z dumą. - Całą pracownię zaprojektowałam sama. Nadzorowałam budowę, wybrałam profesjonalny sprzęt - dodaje. We wszystkim pomaga jej córka - Ania. Bo, jak wyznaje pani Maria, tak naprawdę to wszystko dla niej. - A co - dla mnie? - pyta wzburzona. - Ja kończę 61 lat w marcu i powinnam odpoczywać albo podróżować. Mam nadzieję, że Ania doceni to, co dla niej robimy - patrzy z nadzieją na córkę, którą krząta się po pracowni w swoich całych brązowych od czekolady "białych" tenisówkach.

NczekoladaNczekolada Ania przygotowuje ekstra porcję florentynek. Buty - w czekoladzie/ MetroWarszawa Ania przygotowuje ekstra porcję florentynek. Buty - w czekoladzie/ MetroWarszawa

Abażury od Kaliny Jędrusik

Pani Maria z nostalgią wspomina czasy, kiedy jej mąż pracował w firmie Callebaut i razem podróżowali po świecie. Pana Roberta zmęczyły jednak długie loty na drugi koniec świata. - Mnie nie! To był wspaniały okres, jadałam w najlepszych restauracjach - rozmarza się pani Maria. Ale daleko jej do osoby, która najchętniej całe dnie leżałaby na kanapie, zajadając się pralinkami. W młodości studiowała biologię, prawie doszła na pierwsze zajęcia ze stomatologii, ale ukończyła studium Stenotypii, Stenografii i Języków Obcych.

NczekoladaNczekolada Urządzenie do produkcji białej czekolady/ MetroWarszawa Urządzenie do produkcji białej czekolady/ MetroWarszawa

Gdy ogłoszono stan wojenny, wraz ze znajomymi postanowiła otworzyć butik z materiałami wykończeniowymi. Jednocześnie zajmowała się domem i wychowywała syna - Piotrka. - Pod naszym sklepem na Wilczej ustawiały się długie kolejki. Mieliśmy rzeczy, których nigdzie nie można było dostać - drewniane komody, wieszaki, kufry, a nawet abażury od Kaliny Jędrusik - opowiada pani Maria. - Ktoś zrobił dla nas lustro, ktoś inny karnisze, a ktoś jeszcze firanki do tych karniszy. 10 lat tam przepracowałam - dodaje.

NczekoladaNczekolada Florentynki gotowe do wysyłki/ MetroWarszawa Florentynki gotowe do wysyłki/ MetroWarszawa

Pod koniec lat 80. z Kanady do Polski przyjechał o 9 lat młodszy od pani Marii - Robert. - To była miłość od pierwszego wejrzenia - wspomni Piotrek Kędzierski. Ania przyszła na świat już w nowej Polsce. Pani Maria przestała pracować i zajęła się domem. Gdy już odchowała dzieci, z przyjaciółką zapisała się na studia teologiczne. - Bałam się, że nie dorównam młodym. A ukończyłam studia z wyróżnieniem - mówi z dumą. Po studiach wybrała się jeszcze na kurs mediatora rodzinnego. A potem pan Robert wrócił z kolejnej męczącej podróży po świecie i rzucił hasło - pracownia czekolady.

NczekoladaNczekolada Wnętrze pracowni/ MetroWarszawa Wnętrze pracowni/ MetroWarszawa

Mały, ale elastyczny

- Gdy raz wejdzie się w tę branżę, to już na całe życie. Dlaczego? Bo na hasło czekolada na każdej twarzy od razu pojawia się uśmiech - twierdzi pan Robert (pani Maria spogląda na męża spode łba). - Marzy mi się, aby w Polsce powstawało coraz więcej małych zakładów produkujących czekoladę. W Belgii jest ich aż 4000 - mówi głosem profesjonalisty. Mały zakład daje zdaniem pana Roberta wiele możliwości. - Jest dużo bardziej elastyczny niż wielka korporacja. Można eksperymentować, szybko reagować na zmiany, personalizować produkt - dodaje. Na życzenie klienta państwo Narojek, a dokładnie mistrz cukiernictwa - Robert Główka (który między innymi wyroby czekoladowe wprowadzał do Bliklego) wymyślił całkiem nowy smak czekolady. - Teraz co roku wykonujemy dla niego specjalne zamówienie z jego własną czekoladą - mówi z dumą pan Robert.

Ale ryzyko takiego biznesu jest ogromne. - Ci, którzy otwierają zakład wyłącznie dla pieniędzy, na pewno nie odniosą sukcesu. I nie mówimy tutaj o wypromowaniu międzynarodowej marki, ale o zarabianiu na tym, co się robi. To naprawdę trzeba kochać, a satysfakcję czerpać przede wszystkim z tego, że komuś smakowało to, co my przyrządziliśmy - przekonuje pan Robert, który zainwestował naprawdę duże pieniądze w pracownię przy ulicy Płochocińskiej.

MetroWarszawaMetroWarszawa Musy czekoladowe - z czekoladą białą, mleczną, gorzką i mieszane/ MetroWarszawa Musy czekoladowe - z czekoladą białą, mleczną, gorzką i mieszane/ MetroWarszawa

- Jeszcze nie zbankrutowaliśmy - ironizuje pani Maria. - Minęły trzy lata od otwarcia i powoli zaczynamy na siebie zarabiać. To pocieszające - wzdycha. Tym bardziej, że klienci sami zgłaszają się po ich czekoladę. Żadnej innej nie chcą. - Najwyraźniej im smakuje - mówi z uśmiechem pani Maria. Jedna z paczek - piękny biały kaseton wypełniony różnymi słodkościami - poleciała aż do San Francisco. - Klient zażyczył sobie piękny prezent. Najwyraźniej chciał komuś bardzo podziękować - mówi pan Robert. Piękny prezent wraz z transportem kosztował go 1200 zł.

Gorzka

W swoim małym zakładzie na przedmieściach państwo Narojek robią torty (w bajkowych kształtach), deserki w postaci (pysznych) musów czekoladowych (6 zł za porcję), gorącą czekoladę, którą można wypić na miejscu (nie zawiera dodatkowych zagęszczaczy, stąd jest bardziej płynna) oraz czekoladę, którą później sprzedają w różnej formie, np. w pastylkach, w postaci figurek lub tradycyjnie w tabliczkach - mleczną, białą i przede wszystkim - gorzką, którą mieszają z najróżniejszymi składnikami - miodem, pomarańczą, suszonymi pomidorami czy imbirem (ok. 15 zł za tabliczkę).

- Czekolada deserowa jest o wiele ciekawszym produktem. W przeciwieństwie do mlecznej, której słodycz zabija smak innych składników, o wiele lepiej komponuje się z różnymi dodatkami, jak na przykład z pomarańczą - tłumaczy pan Robert. - Naszym celem jest robienie czekolady, którą się degustuje, a nie zjada w tabliczkach. To kierunek, w którym zmierza cały świat - dodaje.

NczekoladaNczekolada Wkładanie tabliczek czekolady do spersonalizowanych opakowań i obwiązywanie ich wstążką w odpowiednim kolorze/ MetroWarszawa Wkładanie tabliczek czekolady do spersonalizowanych opakowań i obwiązywanie ich wstążką w odpowiednim kolorze/ MetroWarszawa

Ale to, czy Polacy polubią bardziej wysublimowane smaki i zaczną szukać czegoś więcej niż tylko produktów przemysłowych, zależy zdaniem pana Roberta, wyłącznie od młodych. - Cała nadzieja w Ani i Piotrku - ludziach otwartych na różnorodność, znających języki, lubiących eksperymentować, poznawać świat, nowe smaki, którzy chcą doświadczać czegoś więcej niż tylko tego, co na ich własnym podwórku - opowiada.

Dzieci

Ania w rodzinny biznes wkręciła się od razu. - Uwielbiam cukiernictwo i w ogóle gotowanie. Oprócz tego, mogłabym robić jeszcze ewentualnie muzykę albo filmy - śmieje się. Ania jest wdzięczna rodzicom, że dali jej możliwość rozwoju w tym kierunku. Jeździ na warsztaty z najlepszymi cukiernikami, w styczniu prawdopodobnie weźmie udział w międzynarodowym konkursie cukierniczym. W pracowni jest prawie codziennie. Ale nie mogła dłużej mieszkać na zadupiu. - Wystarczy, że codziennie widuję rodziców w pracy - śmieje się. Później wraca tam, gdzie jej żywioł - do centrum Warszawy.

NczekoladaNczekolada Pani Maria i Ania/ MetroWarszawa Pani Maria i Ania/ MetroWarszawa

Mimo że Piotrek oficjalnie również jest pracownikiem Nczekolada, zawodowo poszedł własną drogą. Tylko czasami, gdy przychodzi pora, by stworzyć program rozwoju rodzinnej firmy, chętnie wciela się w rolę doradcy. - Piotrek to wizjoner, ma świetne pomysły, jest otwarty i posiada dużą wiedzę socjologiczną - mówi z dumą pani Maria. Marzy mu się czekoladziarnia w centrum Warszawy. - Ale nic jeszcze nie zaplanowaliśmy - dodaje naprędce. Po minie Ani widać, że ma całkiem inny pomysł na Nczekoladę. - Mnie lepiej nie pytać - odpowiada zdawkowo. - Dlatego zatrudniliśmy osobę, która zbierze wszystkie nasze wizje i wyciągnie z nich wspólne elementy. Wtedy może jakoś dojdziemy w tej rodzinie do ładu - wzdycha pani Maria.

Nczekoladę można dostać w sklepach sieci Alma. Więcej informacji na stronie: www.nczekolada.pl

Więcej o: