"Kocham to miasto. Przyjechałem tu zdobyć świat". Znani opowiadają o stolicy

Anna Maria Jopek, Radzimir Dębski, Stanisław Soyka, Urszula Dudziak, Sławomir Idziak. Co ich łączy? Miłość do Warszawy. Opowiedzieli o niej Marzenie Mróz-Bajon w książce "The Cosmopolitans". Wybraliśmy najciekawsze fragmenty.
Anna Maria Jopek podczas koncertu Anna Maria Jopek podczas koncertu Fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Wyborcza.pl

"Kocham to miasto. Przyjechałem tu zdobyć świat". Znani opowiadają o stolicy

Anna Maria Jopek, Radzimir Dębski, Stanisław Soyka, Urszula Dudziak, Sławomir Idziak. Co ich łączy? Miłość do Warszawy. Opowiedzieli o niej Marzenie Mróz-Bajon w książce "The Cosmopolitans". Wybraliśmy najciekawsze fragmenty.

Anna Maria Jopek: Jestem stąd

Marzena Mróz: Jaka jest Pani Warszawa?

Anna Maria Jopek: Piękna. Jestem stąd. Urodziłam się na Pańskiej i mieszkałam w bloku przy Emilii Plater, którego dziś już nie ma. Z mojego apartamentu w Cosmopolitanie na 9. piętrze mam dziś dokładnie taki sam widok jak wtedy, kiedy byłam małą dziewczynką. Mam ten widok, który był kiedyś pierwszym świadomym widokiem z okna w moim życiu. Z tym miejscem wiążą się moje najodleglejsze, najgłębsze wspomnienia. Moi rodzice pracowali w zespole Mazowsze i kolejką WKD codziennie stąd dojeżdżali do swojej pracy. Ponieważ często podróżowali po świecie, ja na nich tu czekałam. Chodziłam do przedszkola przy Dworcu Centralnym i byłam tu bardzo szczęśliwa. Uważam, że jest to rejon wysokiej, dobrej energii. Moje miejsce.

M.M.: Co bywa Pani natchnieniem? Co bywa wytchnieniem?

- (...) Uwielbiam targi staroci. Ten w Wiedniu na Ringu czy w Soho w Nowym Jorku i warszawskie Koło są miejscami moich częstych wycieczek i ucieczek w świat miniony. Udaje mi się znajdować przedmioty nadzwyczajnego piękna, które kiedyś od artysty rzemieślnika, który je tworzył, wymagały wielkiej dedykacji talentu i wkładu pracy. Wzruszają mnie. Czasem kupuję za 10 zł starą filiżankę tak misternie wypracowaną przez twórcę, że nie mogę się pozbierać ze wzruszenia. Ktoś tchnął życie wieczne w ten przedmiot siłą swojego talentu. Piję potem z niej poranną kawę i myślę o tym, kim był i jak musiał kochać życie, powołując z nicości coś tak ślicznego.

Anna Maria Jopek - wokalistka, kompozytorka, autorka tekstów.

Radzimir Dębski Radzimir Dębski Fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja Wyborcza.pl

Radzimir Dębski: Zawsze powiem, że jestem z Warszawy

Marzena Mróz: Jaką muzykę słychać dziś w centrum Warszawy? Jakie to są rytmy?

Radzimir Dębski: (...) Na pewno jest to coś bardzo dynamicznego, coś, co się szybko rozwija. Słychać w tych dźwiękach przeszłość, ale jest w nich też bardzo dużo przyszłości.

Jaka jest Twoja Warszawa? Z którymi miejscami identyfikujesz się, które miejsca lubisz?

- Nagrywaliśmy filmik dla pewnej międzynarodowej firmy, bo chcieli mnie  bliżej poznać. Zastanawialiśmy się nad miejscem, które w jednym ujęciu pokazywałoby całą tożsamość Warszawy. Pierwszym pomysłem była ulica Próżna. Oddaje wszystko - od pamięci wojny, przez piękno historii przedwojennej. A nad tym wszystkim wyrosły drapacze chmur i Cosmopolitan, który jest w czołówce najnowocześniejszych inwestycji w Polsce obok m.in. przewspaniałych filharmonii i sal koncertowych. To sprawia, że jestem dumny z tego, skąd jestem, Polska, o którą ciągle walczymy, którą wskrzeszamy - i historyczna - i ta najbardziej nowoczesna.

Kursujesz między Warszawą a Los Angeles. Bardziej jednak Warszawa?

- To dlatego, że studiowałem i tu, i tam, ale nigdy nie wyprowadzę się z Warszawy. Choćbym miał mieszkać w LA dwadzieścia lat, to nigdy nie przyznam się, że tam mieszkam, że tam jest mój dom. Zawsze powiem, że jestem z Warszawy, z Polski. Identyfikuję się z Warszawą i jej dynamicznością, różnorodnością, przedziwną historią, która jest charakterystyczna dla wszystkich Polaków. Moja rodzina mieszkała we Lwowie, urodziłem się w Szczecinie, a odkąd pamiętam - mieszkam w Warszawie. To co jest dziwne, dla mnie jest normalne. I ta tułaczka jest polską tożsamością. To jest dla mnie ważne, wyjątkowe i lubię to w sobie pielęgnować.

Radzimir Dębski - kompozytor muzyki filmowej i rozrywkowej, dyrygent, producent muzyczny. Laureat konkursu na remiks piosenki "End of time" Beyonce.

Stanisław Sojka Stanisław Sojka Fot. Kuba Atys / Agencja Wyborcza.pl

Stanisław Sojka: Warszawę kocham coraz bardziej

Marzena Mróz: Jaka jest Pana Warszawa?

Stanisław Sojka: Kocham to miasto. Przyjechałem tu zdobyć świat. Od początku wiedziałem, że będę mieszkał na Saskiej Kępie i tak się stało. Pierwszy mój angaż był do zespołu Extra Ball - zespół jazzowy, prominentny, bardzo interesujący i progresywny. Podczas Jazz Jamboree w 1978 roku braliśmy udział w imprezie towarzyszącej. Byłem wtedy gościem mojego przyjaciela, świętej pamięci Zbyszka Wegehaupta, który mieszkał ma Walecznych 45. Od tamtej pory tak naprawdę nigdy Saskiej Kępy nie opuściłem.

Warszawę kocham coraz bardziej i coraz bardziej mi się podoba. Trzydzieści lat temu to, co uderzało chłopaka wychowanego wśród XIX-wiecznej śląskiej architektury, to dużo pustych przestrzeni i hulający wśród nich wiatr. Teraz zmieniło się to radykalnie. Metamorfozę przeżywa zwłaszcza centrum. Warszawa jest jak feniks! Wiele miast, które zostały zrównane z ziemią ludzie opuścili, poszli sobie. Wola i wysiłek tych pokoleń, które miasto odbudowały, budzi dziś we mnie ogromny szacunek. Odtworzenie warszawskiej Starówki uważam za niesamowity wyczyn. W centrum powstają nowoczesne domy, widać, że jest to europejskie miasto.

Pan śpiewał o Warszawie?

- Nagrałem miniaturę na płycie "Soyka 17" pod tytułem "Ulica Paryska". Opowiada ono o miejscu, w którym mieszkałem przez 4 lata: "Ulica Paryska nie daleka, nie bliska, nie wysoka, nie niska - dobrosąsiedzka ulica Paryska". Poszperałem też kiedyś - za zgodą Agaty Passent - w nieznanych tekstach Agnieszki Osieckiej i znalazłem wiesz "Tango Warszawo". Tak powstała piosenka o trudnej, cudnej miłości.

Stanisław Soyka - wokalista jazzowy i popowy, pianista, gitarzysta, skrzypek, kompozytor.

Urszula Dudziak Urszula Dudziak Fot. Franciszek Mazur / Agencja Wyborcza.pl

Urszula Dudziak: Do Warszawy przyjechałam dla Komedy

Marzena Mróz: Podobno odkrył Cię sam Krzysztof Komeda?

Urszula Dudziak: Krzysio Komeda ma niezwykłe miejsce w moim sercu. Wyróżniał się instynktem, uchem, poczuciem piękna. Niezwykły kompozytor. Poznałam go, kiedy miałam 17 lat. Przyjechał do Zielonej Góry ze swoim teatrzykiem kabaretowym Tingel Tango i jeden ze znajomych muzyków namówił go, żeby posłuchał jak śpiewam. Byłam przed maturą, uciekłam z lekcji, bo brat przyszedł do szkoły i powiedział: "Komeda chce się posłuchać". Zaśpiewałam dwa standardy, a on zapytał: "Jakie masz plany na wakacje?". Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że nie mam żadnych. Zaproponował, żebym przyjechała do Warszawy i śpiewała z nimi w Hybrydach.

To była propozycja!

- Wow! O mało nie przewróciłam się z wrażenia. Następnie Zosia Komedowa postanowiła zmienić mi fryzurę. Stwierdziła, że mam burzę włosów jak Beethoven i zaprowadziła do fryzjera, który obciął mnie na modną wtedy "zapałkę". Doszła również do wniosku, że zarówno moje imię, jak i nazwisko absolutnie nie nadają się dla artystki, która ma zrobić międzynarodową karierę. "Urszula to niemieckie imię, a Dudziak - kto to wymówi?!" - narzekała. Tak więc na plakacie zespołu pojawił się napis: "Odkrycie na jazzowej scenie wokalnej - wspaniała Dorota Cedro". To miałam być ja... Na szczęście ktoś powiedział Zosi, że tak własnie nazywa się znana pływaczka, więc odstąpiła od tego pomysłu, i tak zostałam już na zawsze Urszulą Dudziak.

Jesteś bardziej z Nowego Jorku czy z Warszawy?

- Jestem kombinacją tych dwóch miast i uważam, że to najlepszy mix, jaki może być. Gdybym była tylko z Nowego Jorku, to nie byłabym tak spontaniczna i romantyczna jaka jestem. Byłabym też bardziej nastawiona na karierę, a tam za utrzymanie się na topie ludzie płacą wysoką cenę. Tymczasem ja się nigdzie nigdy nie pchałam, a kiedy stanęłam na scenie i posmakowałam tego błogosławieństwa, tej muzycznej ekstazy - to już zawsze za tym tęskniłam.

Jaka jest Twoja Warszawa?

- Urodziłam się w małej wiosce o nazwie Straconka, która dziś jest jedną z dzielnic Bielska-Białej. Wychowałam się w Zielonej Górze, ale Warszawę, do której przyjechałam dla Komedy - po prostu kocham. W ostatnich latach zrobiła się niezwykle kosmopolityczna. Ma wszystko, czego do szczęścia potrzeba. Kiedy patrzę na wysokościowce w warszawskim city, przypomina mi się utwór Michała Urbaniaka pod tytułem "New York baca", który oboje bardzo lubiliśmy. Wysokie domy przypominały nam góry - Tatry czy Beskidy i czuliśmy się z tą myślą w Nowym Jorku bardzo dobrze. Dziś mieszkam przy Marszałkowskiej. Uwielbiam Trakt Królewski, Łazienki, a swoich gości zapraszam zwykle do restauracji Qchnia Artystyczna w Zamku Ujazdowskim, skąd roztacza się wspaniały widok.

Urszula Dudziak - wokalistka jazzowa, kompozytorka.

Sławomir Idziak Sławomir Idziak fot. Jakub Ociepa / Agencja Wyborcza.pl

Sławomir Idziak: Przez myśl mi nie przeszło, żeby się z Warszawą rozstać

Marzena Mróz: Od wielu lat mieszkasz w Warszawie. Dlaczego nie w Nowym Jorku czy Londynie?

Sławomir Idziak: Warszawa w moim życiu to na początku nie był wybór wynikający z miłości. Ale tak funkcjonuje świat: chcesz robić filmy w Ameryce - musisz mieszkać w Hollywood, chcesz zaistnieć w Polsce - musisz się przeprowadzić do Warszawy. Dziś, po latach, traktuję ją już jako swoje miasto i mogę powiedzieć, że kocham Warszawę. Choć większą część życia spędziłem za granicą, przez myśl mi nie przeszło, żeby się z Warszawą rozstać. Przechodziłem w tym mieście różne fazy - od mieszkania w blokach, potem dom na Żoliborzu, a teraz osiadłem niejako na skraju - bo na Młocinach.

Masz ulubione miejsca w stolicy? Swoje zaklęte rewiry?

- Jest kilka miejsc, do których wracam z wyjątkowym sentymentem. Jednym z nich jest hotel MDM przy placu Konstytucji. Mieszkałem w nim w czasach młodości, po studiach. To było miejsce, w którym zatrzymywali się artyści, taki elitarny "akademik". Tu odbywały się najlepsze bankiety w mieście i w ogóle różne szalone imprezy. Do dziś, kiedy przechodzę obok - żywiej mi serce bije, bo ten "rewir" kojarzy mi się z moimi dzikimi latami w Warszawie. Kolejne miejsce, to Pałac Kultury - chodziło się tam do kina i do teatru. Miałem też taki zwyczaj, że kiedy jeździłem w nocy na rowerze lub biegałem - moim punktem był kościół ks. Jerzego Popiełuszki. Jego śmierć jest bardzo mocno osadzona w polskiej historii. Pamiętam odprawiane przez niego msze, jego kazania. Żoliborz, okolice placu Wilsona. To też było dla mnie przez lata bardzo ważne miejsce.

Czy Warszawa jest fotogeniczna?

- Tracimy wrażliwość na miasta, w których mieszkamy. Na pewno ocena Paryża jest ciekawsza z punktu widzenia człowieka, który po raz pierwszy się w nim znalazł. Mieszkańcy znają szczegóły, ale trudno im mówić o odkryciach. To pierwsze, ogólne wrażenie, z którym spotyka się turysta - już się nie powtórzy. To tak, jak z miłością od pierwszego wejrzenia. Owszem, widzę niezwykłą transformację Warszawy, którą doceniam i z której jestem dumny. To europejska, światowa stolica. Wspaniałe miasto!

Które miejsca w Warszawie zagrały w Twoich filmach?

- Kręciliśmy tu z Krzysztofem Kieślowskim "Krótki film o zabijaniu". Krzysztofowi zależało, żeby cała trasa, którą przemierza główny bohater - młodociany przestępca - była topograficznie rozpoznawalna dla każdego warszawiaka. Film rozpoczynał się na Starym Mieście, potem Trakt Królewski, pasażer wsiada do taksówki, przejeżdża autostradą w kierunku Wisły. Tam, gdzie auto skręca, w filmie Kieślowskiego jest puste pole. Tymczasem dziś stoją w tym miejscu budynku TVN. Bardzo często, kiedy jadę Wisłostradą, nanoszę sobie kadry z tego filmu na obecny obraz. To jest dowód na to, jak bardzo się to miasto zmieniło w ciągu tych kilkunastu, kilkudziesięciu lat. Pod każdym względem.

Robiłeś też w Warszawie zdjęcia do filmu Krzysztofa Kieślowskiego "Przejście podziemne".

- Tak, pamiętam, że kręciliśmy w przejściu pomiędzy Marszałkowską i Alejami Jerozolimskimi. Ten film rozgrywał się w czasie jednej nocy, ale oczywiście my w tym przejściu spędziliśmy dwa tygodnie. Obserwowaliśmy życie w centrum miasta w tamtych czasach. I znowu - to przejście podziemne wtedy a teraz - to są dwa różne światy.

Przy pomocy którego ze swoich słynnych filtrów fotografowałbyś współczesną Warszawę?

- To nie jest tak, żebym chciał narzucić formę jakiemuś obrazowi z góry. Trzeba najpierw sobie uświadomić, jakie znaczenie ma ten widok, ten fragment miasta. Dopiero wtedy możemy mówić o kolorach i filtrach. Na pewno Warszawa współczesna i ta sprzed lat, to są różne miasta. Współczesna jest czysta i nowoczesna. A w latach mojej młodości była zakurzona, pokryta patyną, szara i brudna. Kolorystyka na moich filmach sprzed lat jest szczególna. Pamiętam, że nawet próbowaliśmy zrobić coś atrakcyjnego, wydobyć pięknego Warszawy, tak żeby przypominała normalny świat, ale szalenie trudno było to wtedy osiągnąć. Ostatni film Jerzego Skolimowskiego, "11" minut został nakręcony w Warszawie. I gdyby nie to, że pojawia się w nim Pałac Kultury, można by pomyśleć, że to Nowy Jork. Nie widzimy różnicy. A to jest Polska!

Jaki kolor ma Warszawa dziś?

- To jest pytanie, nad którym muszę się zastanowić. Przystępując do zdjęć, zawsze zaczynam od dokumentacji. Fotografuję, a następnie wszystkie zdjęcia rozrzucam po podłodze, przyglądam się im i dopiero wtedy mogę wyciągnąć jakieś wnioski. Na pewno Warszawa nie jest jednorodnym kolorystycznie miastem, tak jak można powiedzieć na przykład o Jerozolimie, że jest żółta. Warszawa nie ma wspólnego mianownika, bo ciągle jest to melanż supernowoczesności, szkła i obrzeży komunistycznych bloków. Jeśli chodzi o kolorystykę, to myślę, że jest dość bałaganiarska. Nie jest za bardzo zielona. Nie jest też miastem, które miałoby wspólny mianownik. Za to jest to stolica, w której widać poszczególne fazy, okresy dziejów, całe bogactwo historii. One się tu dosłownie na siebie nakładają.

Sławomir Idziak - operator, reżyser i scenarzysta filmowy. Nominowany do Oscara za zdjęcia do filmu "Helikopter w ogniu" Ridleya Scotta

 

Wszystkie cytowane wypowiedzi pochodzą z książki "The Cosmopolitans" Marzeny Mróz-Bajon.


Więcej o: