Niesprawny staruszek potrzebował pomocy. "Jesteśmy zdegustowani, roztrzęsieni i przerażeni postawą policji"

Pani Magda i jej narzeczony chcieli pomóc niesprawnemu staruszkowi, który zgubił drogę do domu. Po próbach odnalezienia domu mężczyzny, bezradni zadzwonili na policję. Żałowali, że to uczynili. - Jesteśmy zdegustowani, roztrzęsieni i przerażeni postawą policji - mówią. Policja: - Czynności w powyższej sprawie zostały podjęte przez Wydział Kontroli Komendy Stołecznej Policji.

W piątek, ok. godz. 20:00 na ul. Kłopotowskiego na Pradze Północ panią Magdę Janczewską i jej narzeczonego Bartka Mioduszewskiego zaczepia starszy, na oko osiemdziesięcioletni mężczyzna. Z opisu pani Magdy wynika, że mężczyzna jest schludnie ubrany, ale jedynie w sweterku. Staruszek mówi, że ma problemy z poruszaniem się, że sam nie dojdzie do domu i prosi o podwiezienie. Para zgadza się, bo widzi, że mężczyzna rzeczywiście porusza się z dużym trudem. Pan Bartek pomaga mu wejść do auta.

Spodobało ci się? Polub nas

Starszy mężczyzna jest zdezorientowany, wyraźnie zgubiony. Mówi, że mieszka na ul. Kijowskiej (dokładny adres znany redakcji). Nazywa się Leszek P. (nazwisko znane redakcji), ma 85 lat. Twierdzi, że był z żoną na zakupach, wyszedł jak było jeszcze ciepło, dlatego nie ma ze sobą ciepłych ubrań. Niestety, nie ma też przy sobie ani dokumentów, ani kluczy do mieszkania.

- Jest miły, kulturalny, czysty, bardzo przeprasza, że nas fatyguje i co chwile dziękuje, że trafił na takich porządnych ludzi - relacjonuje pani Magda. - Mnie rozczuliło szczególnie zdanie, że tak długo był sprawny i tak to się nagle porobiło, że musi prosić o pomoc, że tak mu przykro, że tak się mu w głowie mąci i tak mało pamięta - opowiada.

Para odwozi staruszka pod podany adres. Klatka i numer mieszkania się zgadzają. Pan podaje też numer telefonu stacjonarnego do domu. Niestety nikt nie odbiera, włącza się poczta głosowa. Domofon też milczy. Nikogo nie ma w domu.

- Zadzwoniliśmy do sąsiadów, aby potwierdzić, czy ktoś taki rzeczywiście mieszka pod tym adresem. Wszystko się zgadzało. Sąsiadka poinformowała nas, że żona Pana Leszka jest całkiem sprawna i pewnie jest u córki - opowiada pani Magda.

Niestety, Pan Leszek w ogóle nie może sobie przypomnieć, że ma córkę. Za chwilę opowiada o jakiś wnukach na Okęciu. Proponuje, że może posiedzi pod drzwiami i poczeka na żonę. Pani Magda i pan Bartek stanowczo się sprzeciwiają, nie chcą zostawić starszego człowieka w takiej kondycji psychofizycznej w samym swetrze i odjechać. Para postanawia prosić o pomoc policję. Dzwonią na 112, oni przecież mają procedury i wiedzą jak działać w podobnych sytuacjach. W międzyczasie pan Leszek przypomina sobie jeszcze jeden adres na ul. Szanajcy. Cieszę się jak dziecko, że jest drugi trop i może tam mieszka jego córka.

I tak zaczyna się groteska...

O 21:04 do pana Bartka dzwoni oburzony policjant.

- Powiedział, że nie może nas znaleźć i krąży i co to w ogóle jest, że mu czas marnujemy - opowiada pani Magda. - Kiedy już nas „odnalazł” znowu zrobił nam awanturę, że marnujemy jego czas. Opowiedzieliśmy mu całą sytuację. Policjant zbył nas i odpowiedział, że pan Leszek to dorosła osoba i sama za siebie odpowiada, że mamy go zostawić na klatce. Byliśmy zaszokowani, tłumaczyliśmy mu, że to osoba starsza, że jest tylko w swetrze (jest zimno) i być może ma demencję. Policjant stwierdził, że w takim razie trzeba jego opiekuna pociągnąć do odpowiedzialności. Nie poddaliśmy się i powiedzieliśmy, że chcemy wiedzieć, jak policjanci zamierzają rozwiązać sprawę pana Leszka, bo my go nie zamierzamy zostawić. Wspomnieliśmy też, że udało nam się uzyskać od pana Leszka inny adres i może warto to sprawdzić. Policjant powiedział, że oni nie są od tego i nie będą wozić radiowozem staruszka po całej Warszawie przez 12 godzin. I są dwie opcje: albo go tu zostawią, albo zawożą do schroniska do bezdomnych - opowiada pani Magda.

Kobieta dodaje też, że policjant mówi podniesionym głosem i jest bezczelny.

- Do tego stopnia, że go wylegitymowałam i ostrzegłam, że złożę na niego skargę. Policjant nazywa się Michał B (nazwisko znane redakcji). To aspirant sztabowy KRP Warszawa 6. Drugi policjant stał jakby z boku i wydawał się zażenowany tą sytuacją - mówi pani Magda.

Po pewnym czasie policjanci uznają, że „przejmują” pana Leszka. Aspirant B. podniesionym głosem nakazuje mu wyjść z auta.

- Mówiliśmy mu, że Pan Leszek jest niesprawny ruchowo, ale policjant jakby tego nie słyszał i nadal wrzeszczał do staruszka  "Wychodzić!" Nie ukrywam, że się rozpłakałam i powiedziałam, że życzę policjantowi zaawansowanej demencji na starość i aby go ktoś zostawił w takim stanie w samym swetrze na zimnie - relacjonuje pani Magda.

Para protestuje, nie zgadza się na przewiezienie staruszka  do schroniska, żąda, aby policjanci sprawdzili drugi adres na ul. Szanajcy. Panu Bartkowi puszczają nerwy i mówi, że "to się k**wa w głowie nie mieści". Policjant reaguje błyskawicznie i zapowiada, że wystawi mu mandat za używanie słów wulgarnych. Następnie policjanci zaczynają spisywać, co Pan Leszek ma przy sobie i w co jest ubrany.

- Dali nam do zrozumienia, że nasz dobry uczynek wyjdzie nam jeszcze bokiem, bo pan Leszek następnego dnia powie, że go okradliśmy i nas jeszcze oskarży - opowiada pani Magda. - Byliśmy zaszokowani takim cynizmem. Policjanci powiedzieli, że skoro ich wezwaliśmy to go "przejmują" i nie mamy już nic do gadania w tej sprawie - dodaje.

Jak relacjonuje pani Magda, mimo, że policjanci zostali poinformowani, że w domu pana Leszka nie ma nikogo, prowadzą słaniającego się staruszka po schodach i dzwonią do pustego mieszkania. Następnie prowadzą go do sąsiadki, żeby potwierdzić jego tożsamość.

- W tym czasie zadzwoniłam do wydziału prasowego Komendy Stołecznej Policji i zreferowałam całą sytuację - relacjonuje pani Magda. - Zapytałam też jak można złożyć skargę, podałam dane funkcjonariusza. Po kwadransie, z bloku wyszedł ten mniej mówiący policjant. Powiedział nam, że jedzie na ul. Szanajcy, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście mieszka tam córka. Czyli nasze groźby i interwencja pomogły. Spytaliśmy, czy mógłby do nas zadzwonić i dać znać o rozwoju wypadków. Kazał nam czekać. Poczekaliśmy. Gdy wrócił okazało się, że policjant dowiedział się, że pan Leszek jest pacjentem w Szpitalu Praskim, jest chory na cukrzycę i jest poszukiwany - opowiada pani Magda.

Około godz. 22 po pana Leszka podjeżdża karetka. Na szczęście starszy pan nie musi już chodzić po schodach. Ratownicy medyczni podjeżdżają pod samą klatkę z noszami i odwożą go do szpitala.

- Jesteśmy zdegustowani, roztrzęsieni i przerażeni postawą policji - mówi pani Magda. Twierdzi, że na samą myśl o piątkowej historii w oczach stają jej łzy. - Każdy z nas kiedyś będzie stary. Czy nas też będą tak traktować?

O komentarz poprosiliśmy rzecznika stołecznej policji:

"Została przesłana przez zainteresowaną skarga na sposób realizacji zadań przez funkcjonariuszy policji uczestniczących w przedmiotowej interwencji. Zastępca Komendanta Stołecznego Policji polecił podjęcie czynności w powyższej sprawie przez Wydział Kontroli Komendy Stołecznej Policji. Po ich zakończeniu będę mógł udzielić bardziej szczegółowych informacji" - poinformował nas rzecznik prasowy KSP Mariusz Mrozek.

Więcej o: