Jarosław Jóźwiak postanowił ubrać się w umowny dres i wybrać do sklepu z dopalaczami. Co się potem stało? [WYWIAD]

Tańczy na stole na miejskiej imprezie, informuje o znalezionych syrenach, jest wyśmiewany przez aktywistów za zieleń w donicach, ale się tym nie przejmuje; chodzi na demonstracje, choć spływa na niego za to fala hejtu. Jarosław Jóźwiak, wiceprezydent Warszawy odpowiada na pytania metrowarszawa.pl.

Spodobało ci się? Polub nas

Daria Dziewięcka: Zacznę od Pana roli jako św. Mikołaja. Jak długo Pan się przygotowywał? Spory wkład pracy chyba w to był?

Jarosław Jóźwiak: To było wyzwanie, chociażby ze względu na czas, jaki mieliśmy na przygotowanie się do akcji. Ćwiczenia alpinistyczne trwały jeden wieczór, a dwie godziny trening na ściance wspinaczkowej. Na szczęście asekurowali mnie profesjonaliści, którzy pracują jako kaskaderzy, m.in. w filmach. Pierwszy zjazd był trochę straszny, ale ten ze szpitala poszedł już naturalnie. Nawet mi się spodobało (śmiech). Radość dzieci i wszystkie żółwiki wynagrodziły mi cały stres związany ze zjazdami z dachu.

Jarosław JóźwiakUM Warszawa

DD: Po co Pan robi takie akcje? Żeby ocieplić wizerunek ratusza?

Jarosław Jóźwiak: Nie. To akurat była spontaniczna akcja moich znajomych. Do wzięcia w niej udziału zaprosili mnie pewnie dlatego, że mam idealne parametry na św. Mikołaja: wzrost i słuszną posturę (śmiech). Mówiąc poważnie, jeżeli mogę pomóc w tego typu akcjach społecznych, zawsze pomagam. Sam, zanim trafiłem do samorządu, pracowałem w organizacjach pozarządowych, także z dzieciakami niepełnosprawnymi.

DD: Często angażuje się Pan w niestandardowe akcje. tak było z komunikatem o znalezionych w Wiśle syrenkach. Czy jest jakiś urzędnik lub polityk, którym Pan się inspiruje?

Jarosław Jóźwiak:  Uważa się, że funkcje zmieniają człowieka, - "że coś nam bardziej lub mniej wypada". Postawiłem sobie za cel zmienić tego typu myślenie o urzędnikach. Przeciętne postrzeganie prezydenta czy wiceprezydenta jest takie, że porusza się po mieście limuzyną, patrzy na to, co się dzieje przez szybę, a obraz świata ma z relacji osób trzecich lub notatek dyrektorów. Uważam, że pełnienie tej funkcji powinno wyglądać inaczej. Często jeżdżę metrem, tramwajami, rowerem, słucham tego, co mówią ludzie. Robię to, żeby lepiej zrozumieć miasto, w którym żyję.

Natalia Bet: Pamiętamy Pana tańce na stole na placu Defilad...

Jarosław Jóźwiak:  To była szalona impreza, wiele osób wtedy tańczyło...

Jarosław JóźwiakUM Warszawa/ Ewelina Lach

NB: Rzadko się zdarza, by w mediach pokazywano polityka przebranego za św. Mikołaja czy opowiadającego, że w stolicy wyłowiono z Wisły syreny. Można Pana spotkać nie tylko na imprezie w Barze Studio czy Radia Kampus, ale i nad Wisłą.

Jarosław Jóźwiak: Jak również w Biurze Bezpieczeństwa nadzorując bezpieczeństwo w czasie Sylwestra oraz w swoim gabinecie, kiedy analizujemy sprawy roszczeń. A wracając do pytania, nad Wisłą incognito przeprowadzaliśmy patrole strukturalne. Na przykład ostatnio mieliśmy też spacer po Siekierkach oraz Sielcach, po to, aby zobaczyć, co w danej przestrzeni się dzieje, czego mieszkańcom brakuje, jakie są jej potencjały. Po prostu w sobotę przebieram się w mniej oficjalny strój i wybieram w różne miejsca.

Jarosław JóźwiakUM Warszawa

NB: W mniej oficjalny strój, to znaczy w dres?

Jarosław Jóźwiak: Też (śmiech). Ostatnio miałem okazję przebrać się w sportowe spodnie. Akcja dotyczyła dopalaczy. Dostaliśmy od służb raport mówiący o tym, że w Warszawie nie ma problemu z dopalaczami, ale jest wynajmowany i jednocześnie zamknięty sklep z używkami. Trochę się zdziwiłem.

NB: Jak to?

Sklep, z którego nikt nie korzysta, po co więc ktoś utrzymuje lokal? Postanowiłem przebrać się w umowny dres i udać się do tego miejsca. Okazało się, że rzeczywiście sam sklep jest zamknięty, ale przed nim stała grupa osób, która oferowała zakup dopalaczy. Jeszcze tego samego wieczora rozmawiałem z policją i sprawę udało się zakończyć.

NB: Jest już w Stanach polityk, który przypomina osiedlowego luzaka. Śpiewa, tańczy, jada w fast - foodach, popija piwo w pubie i cieszy się poparciem połowy amerykańskiego społeczeństwa.

Jarosław Jóźwiak: Ale z pewnością robi również wiele merytorycznych rzeczy. Dzisiaj społeczeństwo nie kupi przebierańca. Oczywiście  mam inny niż większość urzędników styl pracy, ponieważ wcześniej pracowałem w fundacji. Dzięki temu preferuję miękki model zarządzania. Czy lepszy? Nie mnie to oceniać.  Przykład? Fundacyjnych wolontariuszy przekonywałem do tego, że kilka wieczorów musimy poświęcić na to, żeby w jednej z największych sal w budynku przygotować bal dla niepełnosprawnych dzieciaków. Zresztą do dzisiaj pamiętam wzruszenie chłopca, który powiedział, że bal który zorganizowaliśmy, jest wyjątkowy, ponieważ na co dzień z domu wychodzi jedynie do szkoły i do lekarza. Są sytuacje, które dają kopniaka do działania. Dzięki temu, że pracowałem w  fundacji, to naturalnym jest dla mnie, trochę inne pojmowanie funkcji, którą sprawuję.

NB: Zatrudnił Pan specjalistę od wizerunku?

Jarosław Jóźwiak: Nie, skąd. Odkąd jestem wiceprezydentem miasta być może bardziej mnie widać, ale gdy byłem dyrektorem Gabinetu Prezydenta Warszawy też nie zajmowałem się miastem zza biurka: gdy przyszła powódź pracowałem ze strażakami na wałach. I od razu wyprzedzę następne pytanie: sam obsługuję swojego Facebooka. Nikt inny mi go nie prowadzi.

DD: Pojawiają się komentarze, że jest Pan wszędzie, bo szykuje się na kandydaturę na prezydenta Warszawy.

Jarosław Jóźwiak: Pytanie stare jak świat (śmiech). W tej chwili mamy urzędującego prezydenta miasta i ze względu na różne zawirowania polityczne prawdopodobnie na trzy lata, a potem zobaczymy. Na razie żadna decyzja nie zapadła. Będzie ona należała do pani prezydent, która na pewno w jakieś części zajmie się wskazaniem  swojego następcy.

DD: Ostatnio aktywnie Pan uczestniczy w demonstracjach KOD-u, pisze dużo na swoim profilu o sytuacji z Trybunałem. Czy to znaczy, że staje się Pan bardziej politykiem niż urzędnikiem?

Jarosław Jóźwiak:  Jakiś czas temu w związku z sytuacją w kraju dokonałem podziału kont na Facebooku. Jest moja oficjalna strona, na której zajmuję się miastem oraz mój profil prywatny, na którym komentuję m.in. sytuację polityczną. Jako prawnik nie mogę milczeć w przypadku tego typu zachowań i działań, które widzimy w stosunku do jednego z konstytucyjnych organów państwa. Naturalne jest dla mnie, że na tych demonstracjach muszę być. Zresztą spotkałem na nich mnóstwo swoich kolegów ze studiów. Nie dzieje się dobrze, jeżeli fundamenty Państwa są psute.

DD: To proszę się teraz nie obrazić, za słowa, które użyję. Są to cytaty: "Czy czuje się Pan komunistą i złodziejem albo oderwanym od koryta?"

Jarosław Jóźwiak:  Nie po raz pierwszy spotykam się z poważnym hejtem . Liczba hejtów, która wylewa się przede wszystkim na Twitterze, bywa ogromna.  Wyzwiska, które Pani zacytowała są delikatne. Bywały ostrzejsze. Oczywiście nie jest to miłe. Natomiast czuję się  urzędnikiem, ale i trochę też politykiem. Jednak przede wszystkim czuję się mieszkańcem tego miasta, które kocham i chce dla niego pracować.

DD: W Internecie piszą też, że jest Pan politycznym cynglem, oderwanym od rzeczywistości arogantem.

Jarosław Jóźwiak:  Myślę, że nie należy karmić troli i cytować ich twórczości w gazecie.

DD: Czy mógłby się Pan przebrać za Konstytucję, jeżeli była taka potrzeba?

Jarosław Jóźwiak:  Konstytucja jest symbolem, który powinien być traktowany poważnie. Wyśmiewanie tego dokumentu czy nawet parodiowanie pokazywałoby, że go nie szanujemy. A dzisiaj, szczególnie dzisiaj, w sposób istotny potrzebny jest szacunek dla Konstytucji i dla wartości, które ona reprezentuje. Przypomnę, że Konstytucja z 1997 roku też wykluwała się w bólach i wywoływała spore dyskusje.   Jednak skoro ją przyjęliśmy i do tej pory akceptowaliśmy, ubolewam nad tym, że zaczyna się ją kwestionować, Jest fundamentem naszego Państwa.

DD: A może jakąś inną niestandardową akcję rozważyłby Pan?

Jarosław Jóźwiak:  Pewnie tak. Mam nadzieję, że częściej będziemy okazję pokazywać, że nie można zdeptać tego, co nasi rodzice i  dziadkowie wywalczyli, czyli wolnej Polski. Nie damy się zakrzyczeć chamską agresją.

NB: A jak radzi Pan sobie z hejtami?

Jarosław Jóźwiak:  Staram się odpisywać merytorycznie i bez emocji. Choć jest to czasem trudne. Jestem zdania, że w każdej sytuacji warto pokazywać klasę i kulturę.

NB: Głównym hejterem ratusza jest Stowarzyszenie Miasto Jest Nasze.

Jarosław Jóźwiak:  Stworzyli nawet virala o stołecznych donicach, czyli roślinności mobilnej (śmiech). Zawsze, gdy robisz coś, co jest niestandardowe, musisz liczyć się z krytyką. Z Miasto Jest Nasze lubimy się i wielokrotnie dyskutujemy w mediach społecznościowych. Janka Śpiewaka znam jeszcze z czasów, gdy był gimnazjalistą. I przyjaźnił się z bratem mojego kolegi. Potem pracował nawet w sztabie Pani Prezydent.

NB: Wróćmy do naszej rozmowy na temat wizerunku nowoczesnego polityka. W dużej mierze kontaktuje się Pan z warszawiakami przez media społecznościowe.

Jarosław Jóźwiak:  Internet zmienia naszą rzeczywistość. Kilka lat temu stanowił od pięciu do dziesięciu procent skutecznego przekazu. Dzisiaj pięćdziesiąt, sześćdziesiąt procent. Większość osób młodszych ode mnie nie ogląda telewizji, całą wiedzę czerpie z mediów społecznościowych. Aż trudno w to uwierzyć, ale gdy w 2006 roku przyszedłem do pracy w urzędzie, pani sekretarka zapytała mnie, czy sam będę odbierał swoje maile. Poprzedni dyrektorzy nie obsługiwali swoich kont sami. Sekretariat zbierał nadsyłane wiadomości, następnie je rejestrował, chował do teczki, gdzie czekały na ręczne dekretowanie. Dobrze pamiętam, jaką rewolucję wprowadziliśmy z sekretarzem Marcinem Wojdatem, załatwiając znaczną część spraw z innymi biurami, poprzez maile. Dzisiaj to standard, ale proszę mi wierzyć, tak nie było, gdy zaczynałem swoją pracę.

NB: Miasto ma konto na Snapchacie?

Jarosław Jóźwiak:  Miasto jeszcze nie, ale ja mam. Podczas ostatniego referendum mieszkańcy zarzucali nam, że za mało się z nimi komunikujemy. Stąd moja internetowa aktywność otwarta na sprawy zawodowe. Na bieżąco, w przerwie między spotkaniami zerkam, czy np. ktoś nie zadał mi jakiegoś pytania. Korzystam też z innych mediów. Regularnie bywam w lokalnej telewizji, jestem na konferencjach prasowych, otwartych spotkaniach, dyskusjach.

NB: Mówi się na mieście, że zatrudnił Pan niektóre osoby z myślą o kampanii wyborczej.

Jarosław Jóźwiak: Robert Zydel  został moim  zastępcą w czasie, gdy kierowałem Centrum Komunikacji Społecznej. I bardzo chwalę sobie z nim współpracę.  Naprawdę jestem zadowolony z tego, że udało się pozyskać do urzędu ludzi spoza klucza administracyjnego: ja i Marcin Wojdat przeszliśmy z organizacji pozarządowej, Michał Olszewski wcześniej pracował w ministerstwie, jest Łukasz Puchalski, który trafił do Zarządu Dróg Miejskich czy Michał Krasucki i Wojtek Wagner. Są to osoby, które pracują dzisiaj nad konkretną zmianą w działkach, za które odpowiadają.

DD: Czytałam kiedyś, że mówił Pan, że po pobycie w innych miastach pozbył się kompleksów dotyczących Warszawy.

Jarosław Jóźwiak: Uwielbiamy marudzić i narzekać na to, że u nas jest najgorzej. To trochę nasza narodowa cecha. Natomiast jeżeli pojeździmy po Europie, a na szczęście warszawiacy dosyć dużo podróżują, to zobaczymy, że naprawdę nie powinniśmy mieć kompleksów.

DD: Dwie linie metra to nie za mało po 25 latach transformacji?

Jarosław Jóźwiak: Przypominam, że po drodze mieliśmy czas, który nazywał się komunizmem. Musieliśmy Warszawę podźwignąć z ruiny. Niektórzy w tym czasie nie mieli wyrwy historycznej i korzystali z takiej pomocy, jaką był plan Marshalla. Pierwszą linię budowaliśmy 25 lat, teraz jedną trzecią długości drugiej linii zbudowaliśmy w cztery. Dwa lata temu podczas konferencji klimatycznej nie mieliśmy drugiej linii, a już wtedy goście z zagranicy zachwycali się naszym transportem publicznym. Przez to, że dzisiaj gonimy standardy wszystko mamy nowe i lepszej jakości.  Oczywiście możemy Londynowi zazdrościć wielkości metra, ale podczas ostatniej wizyty dowiedziałem się, że ich metro przy tak dużej siatce i liczbie połączeń ma proporcjonalnie mniejszy przewóz pasażerów niż Warszawa. W Londynie są pojedyncze stacje dostosowane do potrzeb niepełnosprawnych, a Warszawa obie linie są w pełni dostosowane. Zgadzam się, że zawsze można  robić jeszcze więcej, ale w porównaniu z Londynem i Paryżem jesteśmy lepiej przystosowani dla osób poruszających się na wózkach. Jeśli chodzi o poziom dostępności krawężników, dostępności komunikacji publicznej niejedno miasto mogłoby nam pozazdrościć. Oczywiście nie oznacza, że spoczniemy na laurach.

DD: A które miasto jest niedoścignionym wzorem dla Warszawy?

Jarosław Jóźwiak: Warszawę wszyscy uwielbiają porównywać: przed wojną była drugim Paryżem, teraz ma być drugim Berlinem. Uważam, że powinniśmy walczyć o to, aby do Warszawy porównywali się inni. Po części to mój cel. Wydaje mi się, że powoli leczymy się z kompleksów. Niedawno w New York Timesie i The Guardian pojawiła się seria artykułów, w których autorzy zachwycali się Warszawą. Dzieje się tak przez to, że w stolicy dużo się dzieje i jest aktywna na forum międzynarodowym. Przez dwa lata byliśmy szefem największej organizacji lobbingowej miast - EUROCITIES. Hanna Gronkiewicz - Waltz była pierwszą kobietą, która jej szefowała, a my pierwszym w historii miastem ze środkowo-wschodniej Europy, które szefowało klubowi bogatych miast Europy Zachodniej. Zostaliśmy dostrzeżeni, weszliśmy do pierwszej dwudziestki miast na świecie z najlepszą jakością życia. Naprawdę nie mamy czego się wstydzić.

Jarosław JóźwiakUM Warszawa

NB: Może smogu?

Jarosław Jóźwiak:  Smogu wbrew pozorom też nie. Dziesięć lat temu normy przekraczaliśmy o 400 procent. Teraz w największym wypadku przekraczamy o 40% i to w pojedyncze dni w roku, a będzie jeszcze lepiej. W tej chwili w straży miejskiej pierwsi pracownicy otrzymali nowe uprawnienia, ta komórka środowiskowa naprawdę "przyciśnie" temat jakości powietrza w Warszawie.

NB: Przyciśnie?

Jarosław Jóźwiak:  Przede wszystkim chodzi o kontrole. Głównym problemem jeśli chodzi o smog, to wbrew pozorom i wbrew temu co opowiada moje ulubione stowarzyszenie, nie są samochody tylko indywidualne źródła ogrzewania - różnego rodzaju kominki i piece, w których zamiast porządnego surowca używamy śmieci i plastiku. Niestety nie tylko na terenie Warszawy, ale i gmin ościennych. Większość smogu do nas napływa, ale ten, na który mamy wpływ na pewno będzie mniej uciążliwy.

DD: A jak zapatruje się Pan na nowy pomysł utworzenia województwa warszawskiego.

Jarosław Jóźwiak:  Pomysł ten jest bardzo zły. Profesor Kulesza dzieląc na nowo województwa, dosyć sprytnie przewidział rozmiar naszego województwa, które ze względu na swoją lokalizację i wielkość miało dokonać synergii. Po to, aby pieniądze które, generuje stolica pomogły w utrzymaniu całego województwa a z drugiej strony umożliwiły Warszawie korzystanie z funduszy unijnych  Co z tego, że wydzielimy Warszawę i staniemy się samodzielną wyspą, jeżeli  Mazowsze zostanie najbiedniejszym regionem w Polsce. Z kolei stolica praktycznie wszystkie pieniądze będzie musiała oddać w janosikowym, a właściwie jeszcze dopłacić. Przykładem takiego błędu jest wydzielenie Bratysławy. Podczas Grupy Wyszehradzkiej rozmawiałem z jej burmistrzem, który wprost powiedział, że przez to, że Bratysława została wydzielona jako województwo, nie mogła skorzystać z funduszy unijnych, ponieważ okazało się, że na to zbyt bogaci. Dzięki temu, że tak, a nie inaczej skonstruowano województwo mazowieckie, zarówno Mazowsze, jak i Warszawa świetnie się rozwijają. I to nie jest tylko mój głos, jako wiceprezydenta Warszawy, ale i marszałka województwa Adama Struzika, który powiedział w jednym z wywiadów dokładnie to samo. Współpracując Warszawa i Mazowsze wykorzystują cały możliwy potencjał w zakresie funduszy unijnych. Pewnie nadejdzie czas w którym ze względu na dobro Mazowsza będzie trzeba ograniczyć środki finansowe dla stolicy, ale póki możemy korzystać z takiej perspektywy, to korzystajmy, a potem można dokonać podziału statystycznego.

DD: Może to jest pomysł polityczny na to jak zmienić ustrój?

Jarosław Jóźwiak:  Być może. Tylko jeżeli robić coś to tak, aby miało to jakikolwiek sens. Zmiana dla zmiany okazuje się zwykle fatalna. W ostatnim czasie w naszym kraju mamy przykłady mnóstwa zmian. Jeżeli zarzuca się, że uchwalone prawo jest fatalne, a za chwilę uchwala je jeszcze gorzej, to nie wiem, czy jest to ta dobra zmiana, której niby wszyscy oczekiwali.

DD: Pytanie na trochę inny temat. Co się dzieje z tą małą ustawą reprywatyzacyjną? Miasto miało 60 dni na przedstawienie swojego stanowiska.

Jarosław Jóźwiak:  Przedstawiliśmy je w Trybunale. W tej chwili czekamy na wyznaczenie terminu rozprawy w tej sprawie. Liczymy na to, że się uda. Zresztą są pierwsze pozytywne jaskółki dotyczące tematu. Ostatnio odbyła się rozprawa dotycząca wysokości odszkodowań, które wypłaca miasto. Spodziewaliśmy się, że Trybunał uchyli słynny "58 rok" jako datę graniczną dla możliwości ubiegania się o odszkodowanie. Jednak przepis ten utrzymał. Co dla miasta oznacza, że nie będziemy musieli wyłożyć kolejnych kilkunastu miliardów złotych. Ponadto Sąd Najwyższy rozstrzygając roszczenia byłych właścicieli o tzw. czynsz pobrany od lokatorów komunalnych, również miarkował tę wysokość. Widać, że w orzecznictwie zarówno Trybunału, jak i sądów powoli zaczyna być reprezentowany interes społeczny, a nie tylko indywidualny. I bardzo dobrze..

Liczyliśmy natomiast na to, że zarówno były prezydent, jak i obecny, wycofa skargę. Niestety nie skorzystał z tej formy. Dla nas, jako miasta, jest to bardzo duży problem zarówno w związku z lokatorami, których ta ustawa dotyczy, jak i z podmiotami po naszej stronie - placówkami oświatowymi. Na przykład zwracamy daną nieruchomość tak jak ostatnio przedszkole na Woli, a potem z byłym właścicielem siadamy do stołu i negocjujemy odkupienie tej nieruchomości. Po to, aby dalej mieszkańcy mieli z niego użytek publiczny.

NB: Ile aktualnie w Warszawie jest budynków objętych roszczeniami?

Jarosław Jóźwiak:  To pytanie jest trochę policzalne i trochę nie. Dlatego, że mamy kilka tysięcy wniosków, które nie są rozpatrzone, ponieważ w większości z nich nie są znane wszystkie strony.  Są to w większości nieruchomości - śpiochy. Teraz mamy też całą serię roszczeń, które ożywają, od osób, którym w latach minionego ustroju komunistycznego odmówiono zwrotu. Jest to grupa niespecjalnie niepoliczalna. Samych nieruchomości w przedwojennej Warszawie było ponad 20 tysięcy, ale nie mamy pewności czy dana nieruchomość ożyje czy nie. Mieliśmy kilka przypadków, w których budynek dawno był bez roszczeń, a nagle powróciły.

NB: Jak wygląda sprawa na Pradze?

Jarosław Jóźwiak:  Na Pradze roszczenia są najtrudniejsze, ponieważ tu dekret jest nietypowy. W prawie cywilnym jest zasada mówiąca o tym, że wszystko to, co jest trwale związane z gruntem, należy do właściciela ziemi. Natomiast dekret odcina własność nieruchomości od własności budynku, w słynnym artykule 5. mówi o tym, że jeżeli właściciel złożył wniosek o zwrot i nie został on rozpatrzony, to co prawda działka pozostaje własnością Państwa, ale budynek zostaje jego własnością. Jest to absurd, szczególnie w sytuacji, jeżeli mamy tzw. śpiochy, czyli budynki, wobec których zostały złożone wnioski przez adwokatów w latach 40 i 50 i od tego czasu nie wydarzyło się nic. W związku z tym mamy budynek na Pradze, który się sypie, w którym żyją lokatorzy i na który nie wolno nam wydać ani złotówki, bo nie jest własnością miasta a de facto wiemy, że jego właściciele nie żyją albo nie ma na to szans, aby kiedykolwiek się pojawili. Dość, że budynek zaraz się rozpadnie, to musimy przenieść jej mieszkańców w inne miejsce. I stąd w tzw. małej ustawie reprywatyzacyjnej wygaszanie roszczenia, które pozwalałoby tego typu budynki odblokować. Sypie się kawał historii Warszawy, a my jesteśmy bezsilni. I to mnie najbardziej boli. Bez ustawy nie ma sposobu na rozwiązanie oczywistych sytuacji.

NB: A warszawiacy narzekają.

Jarosław Jóźwiak:  Właśnie. Idąc przez centrum miasta, ulicą Poznańską, widzimy z jednej strony kamienice, budynki z lat 90., a z drugiej sypiące się rudery, z którymi nikt nic nie może zrobić. Na Pradze takich sytuacji mamy najwięcej. Przeprowadzając remont kamienic na jednej ulicy, kilku z nich nie możemy tknąć, ponieważ mają nieuregulowany stan prawny.

NB: Ile w tej chwili jest rozpatrywanych wniosków o zwrot gruntu?

Jarosław Jóźwiak:  Zakładamy, że wniosków w trakcie procedowania jest około kilku tysięcy. Natomiast jest to liczba nieprecyzyjna, ponieważ jedne kończą się  umorzeniem, inne się pojawiają. Aczkolwiek trzeba uczciwie powiedzieć, że dzisiaj sprawy są bardziej skomplikowane niż kiedyś. Sprawy, w których do miasta zgłaszali się spadkobiercy i otrzymali zwrot, w większości skończyły się w latach 90. Teraz borykamy się ze sprawami szarpanymi albo kombinowanymi. Chociażby z tymi słynnymi kuratorami, podczas których dochodzi do paranoi, ponieważ ustanawia się je dla osób, które mają po sto kilkadziesiąt lat.

NB: Plac Defilad to dopiero przypomina roszczeniowe konfetti...

Jarosław Jóźwiak:  Pas od strony Al. Jerozolimskich objęty jest roszczeniem kolei,  tam próbujemy dojść do porozumienia w sprawie  wspólnej zabudowy. Na pasie od strony ul. Emilii Plater znajdują się działki pod trzy wieżowce. Z czego wszystkie trzy są objęte roszczeniami, ale żadne z nich nie znajduje się w liniach zabudowy, tylko wchodzą w poprzek.  W parku Świętokrzyskim  mamy kilka pojedynczych roszczeń, np. przechodzące przez kawałek niecki fontanny. Dalej zaczyna się dosłownie mozaika roszczeń, ponieważ znajdowała się tam kiedyś siatka ulic z małymi działkami po 800-1000 metrów.

Natomiast na placu przy przyszłym Muzeum Sztuki Nowoczesnej roszczenia wchodzą trójkątami i kwadratami. Są tak małe, że nie mieszczą się w granicach zabudowy, dlatego zastanawiamy się nad możliwością ich scalenia by stworzyć warunki do zabudowy.

NB: Jeżeli mowa o Muzeum Sztuki Nowoczesnej to przed nami ostatnia wystawa w Emilce.

Jarosław Jóźwiak:  Na szczęście wszystko idzie zgodnie z planem, ponieważ jest to inwestycja w stu procentach finansowana przez miasto. Projekt w 100 procentach jest zabezpieczony finansowo. Trwa projektowanie nowego budynku dla muzeum i teatru oraz parkingu podziemnego, kanału technicznego z uzbrojeniem terenu i nowego placu centralnego. Bardzo dobrze współpracuje się nam z jego architektem. Mam nadzieję, że już niedługo zaczną się pierwsze prace nad budową.

NB: Jakiś czas temu było głośno o pomyśle przeniesienia palmy w inne miejsce.

Jarosław Jóźwiak:  Dzisiaj przechodzi renowację. W przyszłości planiści planują zmianę tego ronda na zwykłe skrzyżowanie, ale jeśli do tej zmiany by doszło to będziemy szukali miejsca dla palmy w jego najbliższej okolicy. Palma wrosła w tkankę miasta, jest jednym z jej rozpoznawalnych symboli, więc zniknąć już nie może.

NB: Na koniec porozmawiajmy o planach miasta na najbliższy rok.

Jarosław Jóźwiak:  Przed nami przede wszystkim duża inwestycja, jaką jest rozbudowa II linii metra. Mamy wybranych wykonawców, przed nami podpisanie umowy i start prac budowlanych.Jest też szansa na to, że w końcówce tego roku ruszy budowa Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Ponadto mamy też 100 mln zł na rowery w Warszawie, powstaną nowe ciągi rowerowe, które połączą Warszawę z sąsiednimi gminami. Ścieżki wpinające się w rowerowy system Warszawy powstaną przy głównych  stołecznych drogach, takich jak ulica Puławska.  Właśnie rozpoczynamy rozmowy w sprawie kształtu nowego systemu Veturilo. Kontynuujemy budżet partycypacyjny. Moim zdaniem ważny element, dzięki któremu mieszkańcy stali się współodpowiedzialni za swoje miasto. Będzie to też okres dużych wydarzeń w Warszawie. Szczyt NATO oraz Światowe Dni Młodzieży, które co prawda odbywają się w Krakowie, ale do stolicy zawita kilkadziesiąt tysięcy gości.

A i kolejna ważna rzecz! Już za chwilę rusza konkurs na dalszy ciąg bulwarów od Kopernika do Płyty Desantu. Liczymy też na rozstrzygnięcie przetargu na dokończenie odcinka od Mostu Śląsko-Dąbrowskiego do Kopernika.

Natomiast na Pradze rusza proces rewitalizacji. W tej chwili trwają prace zabezpieczające historyczny Pałacyk Konopackiego, w którym powstanie centrum kultury. Kończy się też budowa Centrum Kreatywności Targowa. W kamienicach, które mają uregulowany stan prawny ruszą remonty. Aktualnie walczymy o dodatkowe środki na tzw. projekty miękkie. Po tegorocznym sukcesie "Otwartej Ząbkowskiej" widzimy, że działania angażujące mieszkańców są potrzebne.

NB: Prawy brzeg to też Białołęka.

Jarosław Jóźwiak:  Tam przede wszystkim budujemy szkoły, bo doceniamy to , że młodzi ludzie wybrali właśnie tą dzielnicę. Udało się doprowadzić do domów wodę. Jednak dostarczenie wody to jedno, a trzeba też ją odebrać i pociągnąć kolejne przyłącza. Pamiętajmy, że jest to stosunkowo nowa dzielnica i nadrabiamy zaległości.

DD: Mówi Pan, że czuje się zarówno urzędnikiem jak politykiem, ale przemawia przez pana też miejski aktywista.

Jarosław Jóźwiak:  Zawsze czułem się rewelacyjnie w tym mieście. Znam je dobrze, kocham. Cieszę się, że mogę dla niego pracować. Często zarzucany mi i krytykowany przez MJN czy Joannę Erbel Multimedialny Park Fontann zmienił przestrzeń miejską i spowodował, że do parku, w którym pojawiało się kilka osób, przychodzi dziesiątki tysięcy ludzi. I to jest najfajniejsze w mojej pracy. To, że człowiek ma możliwość zmieniania wokół siebie rzeczywistości. Inny przykład? Numer 19 115, który jako 311 widziałem w Nowym Jorku. Wróciłem i powiedziałem: zróbmy to. Zrobiliśmy i dzisiaj warszawiacy korzystają ze standardu obsługi, który pozwala im już nie tylko od godz. 8 do 16, a przez 24 godziny na dobę mieć kontakt z urzędem.

DD: Czyli inspiruje się Pan też innymi miastami.

Jarosław Jóźwiak: Tak. To naturalne, że podglądamy rozwiązania, które są najlepsze. Wymiana idei, pomysłów, współpraca między miastami jest bardzo ważna. Jeszcze w czasach, gdy odpowiadałem za współpracę z zagranicą, starałem się ściągać różne pomysły zza granicy, usprawniać je i dorzucać swoje koncepcje. Przez to uniknęliśmy błędów innych.

DD: A czy coś oprócz tego numeru też powstało z inspiracji innym miejscem?

Jarosław Jóźwiak:  Poniekąd fontanny, które podejrzeliśmy w Barcelonie. System wspólnego biletu podpatrywaliśmy z Panią Prezydent w Berlinie. Tam też obserwowaliśmy niemieckie doświadczenia związane z oczyszczalnią ścieków i spalarnią odpadów. Dzięki temu nasza Czajka jest zbudowana nowocześnie, posiada wyśrubowane standardy. Z komina spalarni wydobywa się dym czystszy niż z domowego grilla. Natomiast w Paryżu obserwowaliśmy tamtejszy system roweru miejskiego - Velib. Pokazywano nam ich system i dzięki temu mamy Veturilo.

- rozmawiała Natalia Bet i Daria Dziewięcka