Tragedia po Biegu Niepodległości. 35-latek nie dotarł do mety. Zmarł dwa dni później w szpitalu

- Nie szukamy sensacji, tylko chcielibyśmy wiedzieć, co się stało - opowiada Aneta Jaworska, szwagierka 35-latka, który nie ukończył zeszłotygodniowego Biegu Niepodległości w Warszawie. Mężczyznę prosto z trasy zabrano do szpitala. Dwa dni później zmarł. Powód - rozpad mięśni. Rodzina nadal jednak niewiele wie o okolicznościach zdarzenia i apeluje do świadków o pomoc w ustaleniu szczegółów. Organizator nie komentuje sprawy. Z krewnymi biegacza skontaktował się dopiero po kilku dniach.

Spodobało ci się? Polub nas

Do tej pory tylko raz mówiło się o tragicznym finale biegów ulicznych w stolicy. Dwa lata temu podczas imprezy Run Warsaw na mecie zasłabł 26-latek. Po kilkunastu minutach nieudanej reanimacji mężczyzna zmarł. W tym roku było inaczej.

Koniec biegu, Mirka nie ma

- Mirek długo przygotowywał się do tego biegu. Trenował regularnie w Kampinosie i to na dużo większych dystansach niż te 10 kilometrów - mówi Aneta Jaworska, szwagierka. Od kilku dni pomaga siostrze otrząsnąć się po tragedii.

Bieg Niepodległości 2015Bieg Niepodległości 2015, fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta

Mirek Jopa zmarł w piątek, dwa dni po 27. Biegu Niepodległości w Warszawie. Miał 35 lat. Osierocił trzyletnią córeczkę. Obie z mamą 11 listopada czekały na niego przed metą. Czekały do samego końca, aż finałową linię przekroczył ostatni zawodnik biegu. Mirka nie zobaczyły. Jego telefon nie odpowiadał. Kilkanaście minut później zadzwoniła jej komórka. - To był telefon ze szpitala. Powiedzieli, że przywieźli jej męża i od razu zapytali, czy Mirek brał wcześniej dopalacze lub coś podobnego. Siostra natychmiast zaprzeczyła - opowiada Aneta i dodaje, że późniejsze badania toksykologiczne wyeliminowały branie jakichkolwiek niedozwolonych substancji przez szwagra.

Jak się okazało, do Szpitala Orłowskiego na Czerniakowskiej zabrano tego dnia także trzech innych uczestników Biegu Niepodległości. - Każdy z nich zachowywał się bardzo agresywnie, stąd pytanie o dopalacze. Ale ich szybko nawodnili i wypuścili do domu, bo nie wymagali hospitalizacji - relacjonuje Aneta.

Szpital im. Orłowskiego w Warszawie, fot. Dariusz Borowicz / Agencja Gazeta

Z Mirkiem było jednak coraz gorzej. - Był przytomny, miał otwarte oczy, ale nie było z nim kontaktu. Wyglądał, jakby był w innym świecie - opowiada żona. - Na początku leżał na oddziale wewnętrznym podłączony do kroplówki. Podejrzewano, że ma zapalenie opon mózgowych, ale punkcja wykluczyła tę hipotezę. Wtedy lekarz wspomniał, że to może być rozpad mięśni. Nagle w nocy zaczął się strasznie krzywić, jakby próbował krzyczeć, że go coś bardzo boli. Nie był jednak w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku. W końcu zaczął ciężko oddychać. Zabrano go na OIOM i podłączono do respiratora. Przestał oddawać mocz, podejrzewano niewydolność nerek i lekarze zaczęli go dializować. Jego stan się pogarszał. Rankiem w piątek było pierwsze zatrzymanie akcji serca, kolejne było po południu. Przez godzinę próbowano go reanimować. Niestety nie udało się i Mirek zmarł - po drugiej stronie słuchawki głos milknie.

Organizator milczy, Aneta prosi o pomoc

Oficjalnie powodem śmierci Mirka była niewydolność serca. Tak jest wpisane w karcie zgonu pacjenta. Dalej czytam: "Przyczyna pierwotna: zespół rabdomiolizy (czyli: rozpad mięśni) spowodowany znacznym wysiłkiem fizycznym". - Miał mocny organizm, był dość umięśniony, przez to ten stan był bardziej zaawansowany. Gdyby był słabszy, to organizm odmówiłby posłuszeństwa i nie doszłoby do tej tragedii - przekonuje Aneta i dodaje wzruszonym głosem: - Próbujemy ostrzec innych, bo dostaliśmy informacje, że takie przypadki się zdarzają, tylko nikt o tym nie mówi.

Jeszcze w piątek zwróciła się o pomoc do wszystkich biegaczy, którzy razem z Mirkiem mierzyli się na dystansie 10-ciu kilometrów. Na profilu facebookowym organizatora napisała: "Wszelkie informacje na temat załączonego na zdjęciu zawodnika będą pomocne". Pod wpisem widać biegnącego w czerwonej koszulce Mirka, który zbliżał się do 8. kilometra trasy. - To jest prawdopodobnie ostatnie jego zdjęcie. Najgorsze stało się niewiele dalej - przypuszcza.

Aneta prosi o pomoc świadków zdarzeniaAneta prosi o pomoc świadków zdarzenia, fot. facebook Anety Jaworskiej

Do Anety odezwały się pierwsze osoby, które również brały udział w tym biegu. - Ciągle próbowaliśmy dociec, co tam się stało. Mamy świadka, który twierdzi, że Mirek nawet nie upadł, tylko nogi się pod nim machinalnie ugięły i padł na ziemię. Ale to nie było przewrócenie czy zasłabnięcie - opisuje.

Aneta od początku próbowała się skontaktować z organizatorem biegu, żeby dowiedzieć się więcej na temat udzielonej - jeszcze w czasie imprezy - pomocy medycznej. Chciała też wyjaśnić, czemu w czwartek wyświetlił się końcowy wynik przy nazwisku Mirka (podany był dokładny czas: 47 minut i 38 sekund), skoro szwagier nie dokończył biegu. Bezskutecznie. Wysłała w tej sprawie cztery maile. Dodatkowo w niedzielę ze strony Biegu Niepodległości zniknął wynik. Rodzinie Mirka wydało się to co najmniej podejrzane.

Odpowiedź przyszła dopiero w poniedziałek w okolicach południa. Organizator przeprosił, że tak późno reaguje. Jak tłumaczył, w weekend nie było "możliwości kontaktu z osobami funkcyjnymi i firmami odpowiedzialnymi za zabezpieczenie medyczne imprezy, szpital zaś nie udzielał informacji medycznych na temat stanu zdrowia pacjenta osobom spoza kręgu najbliższej rodziny". Przekazał także numer telefonu do koordynatora z firmy Luxmed, który pracował przy środowej imprezie i zabezpieczał ją od strony medycznej.

Bieg Niepodległości 2015Bieg Niepodległości 2015, fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta

- Niewiele więcej wiemy. Jedyne co nam przekazano to, że na ósmym kilometrze udzielono Mirkowi pomocy. Ale nie wiadomo, czy był przytomny w momencie, gdy zamawiano karetkę, bo być może ci, którzy udzielali mu na miejscu pierwszej pomocy, błędnie odczytali stan jego zdrowia. "Otwarte oczy wcale nie oznaczają, że był przytomny" usłyszałam - relacjonuje Aneta. - Mam wrażenie, że ze strony organizatorów wiedza o tym, co się przydarzyło Mirkowi, jest blokowana.

"Ręce mi opadły"

Udało się za to ustalić, skąd końcowy wynik Mirka wyświetlał się przez kilka dni na oficjalnej stronie Biegu Niepodległości. "Sytuacja pomiarowa na zawodach była o tyle skomplikowana, że zawodnicy jednocześnie startowali i finiszowali w jednej linii i w odległości szerokości ulicy i zdarzały się przypadki rejestracji chipa zawodnika, który właśnie startował po jednej stronie ulicy na urządzeniu pomiarowym mety po drugiej stronie ulicy. Kiedy się zorientowałem w pomyłce natychmiast ją skorygowałem" - wyjaśniał Marek Zieliński z firmy Datasport. I potwierdza: "Chip ten nie został zarejestrowany elektronicznie na linii mety w czasie, gdy zawodnik powinien finiszować".

Zdjęcie Mirka w okolicy 8. kilometra trasy Biegu Niepodległości 2015, fot. fotomaraton.pl

Aneta usłyszała także od przedstawiciela Luxmedu, że jest nagranie, na którym widać Mirka. - Ale nie mam zgody, żeby je dostać, bo jak mi powiedziano, wideo jest przypadkowe, a oni muszą je trzymać na wypadek, gdyby zgłosiła się po nie prokuratura. Poza tym usłyszałam, że nie jestem osobą upoważnioną do otrzymania tego nagrania, chciałam więc przekazać telefon siostrze, ale po drugiej stronie słuchawki usłyszałam, że nie ma pewności, czy Mirek upoważnił swoją żonę do udzielania takich informacji. Ręce mi opadły - mówi rozgoryczona. - To dla nas jest bardzo ważne. To może być ostatnia pamiątka po Mirku.

W poniedziałek Aneta raz jeszcze zwróciła się o pomoc. Swój list wysłała do licznych portali dla biegaczy. "Proszę Państwa o pomoc w rozprzestrzenianiu apelu w odnalezieniu świadków powyższego zdarzenia - ktoś go na pewno widział. Ktoś musiał widzieć. Ktoś udzielił pomocy. Wiem, że jego śmierci nic nie cofnie, ale jego żona bardzo cierpi. Jego córeczka kiedyś będzie pytała. Jeśli państwo byliby w stanie w jakikolwiek sposób pomóc, będziemy niezmiernie wdzięczni".

Apel Anety zamieszczony na jednym z portali poświęconych bieganiuApel Anety zamieszczony na jednym z portali poświęconych bieganiu, fot. treningbiegacza.pl

- My nie szukamy sensacji, nie chcemy nikogo oskarżać, tylko chcielibyśmy wiedzieć, co się stało i jak do tego doszło - tłumaczy Aneta. - Nie wiemy, czy ktoś miał kontakt z Mirkiem na trasie, czy on coś powiedział, czy był świadomy, przytomny, a może zemdlał? Informacje, które próbowaliśmy uzyskać od organizatorów nie pomogły nam rozwiązać zagadki.

W poniedziałek próbowaliśmy skontaktować się z osobą, która odpowiadała za opiekę medyczną podczas środowej imprezy. Telefon milczał. Z kolei organizator Biegu Niepodległości nie chciał odpowiedzieć na ani jedno nasze pytanie. - Nie mam żadnego komentarza - usłyszałem jedynie od Tadeusza Samula ze Stołecznego Centrum Sportu AKTYWNA WARSZAWA, które organizowało środowy bieg.

Jeśli możecie pomóc rodzinie Mirka, piszcie do Anety: aneta.monika.jaworska@gmail.com

Więcej o: