"Nie chodziło o to, żeby pokazać wszystko, ale o show i tajemnicę?. O imprezach z czasów PRL opowiada wieloletni pracownik Stołecznej Estrady

- W latach 70. w Stołecznej Estradzie pracowało aż 300 osób, bo tyle było do roboty. Był recital za recitalem, spektakl za spektaklem. Estrada zorganizowała koncert Marleny Dietrich, The Rolling Stones, Josephine Baker. I wszystko było na wysokim poziomie. Nie to, co dziś - opowiada Zbigniew Rymarz, który ze Stołeczną Estradą współpracował przez pół wieku! W rozmowie z metrowarszawa.pl opowiada, jak wyglądał striptiz w powojennej Polsce, w jaki sposób cenzura wpływała na teksty przedstawień i w końcu kto wprawił w konsternację Zofię Gomułkową.

Spodobało ci się? Polub nas

60. urodziny Stołecznej Estrady

Zbigniew Rymarz w młodości/ Warszawa

Kiedy rozpoczął Pan współpracę ze Stołeczną Estradą?

- Wszystko zaczęło się od Państwowej Organizacji Imprez Artystycznych Artos. W 1955 roku Szymon Zakrzewski założył Stołeczną Estradę, a ja zostałem w niej akompaniatorem. Nowa instytucja była odpowiedzialna za organizowanie wszystkich imprez w Warszawie, również z udziałem artystów z zagranicy, które z kolei sprowadzał PAGART. Były więc recitale wielkich gwiazd, jak Elli Fitzgerald, Josephine Baker, Marleny Dietrich, Yves'a Montanda, Manhattan Transfer, The Rolling Stones ale i koncerty dla dzieci w przedszkolach i szkołach, imprezy okolicznościowe - z okazji Dnia Dziecka, Mikołajek, a także koncerty noworoczne, imprezy w zakładach pracy, już nie wspominając o stałych programach artystycznych w lokalach, jak Adria, Krokodyl czy restauracja Europejska. Do Warszawy przyjeżdżały zachodnie teatry. Miałem szczęście obejrzeć najwspanialszych aktorów francuskich czy angielskich, jak Vivien Leigh, Lawrence'a Oliviera, Jean Louis Barrault'a, Louis Jouveta.

60. urodziny Stołecznej Estradymateriały prasowe

Jak to było możliwe, że takie gwiazdy przyjeżdżały właśnie do Polski? Żyły za żelazną kurtyną, o Polsce wiedziały niewiele, poza tym, że to kraj nie do życia.

- Kultura była dotowana, czego dziś niestety nie ma. Teraz pieniądze na kulturę są niepotrzebne, nieważne. A wtedy Estrada dostawała pieniądze od państwa, zresztą nie tylko ona - zakłady pracy również otrzymywały naprawdę spore pieniądze na różne akcje socjalne dla pracowników. Były to dopłaty do wczasów, ale też środki na imprezy, koncerty, spektakle. Zakłady zamawiały u nas programy rozrywkowe z okazji Dnia Kobiet, warszawskiego Września, Wyzwolenia Warszawy, z okazji rewolucji październikowej. By zrealizować zadanie, kompletowaliśmy 10-cio, 12- sto osobowe ekipy. W ekipie był zawsze reżyser, przygotowywało się scenariusze programów. Nawet jeżeli jakiś zamówiony koncert się nie odbył, to i tak otrzymywaliśmy za niego zapłatę, bo taka była umowa.

Teraz Stołeczna Estrada również organizuje wiele imprez - Sylwestra czy Wianki nad Wisłą, są koncerty Chopinowskie w Łazienkach.

- Oczywiście, ale na przykład w latach 70. w Estradzie pracowało aż 300 osób, bo tyle było do roboty. Największe imprezy odbywały się w Sali Kongresowej, mniejsze w restauracjach, klubach. Był recital za recitalem, spektakl za spektaklem. Tu wystąpiła gwiazda francuska, tu amerykańska, w operetce było co najmniej pięć premier w ciągu roku, były imprezy plenerowe, bezpłatne koncerty w Powsinie, na Bielanach. Przede wszystkim organizowano całe programy w lokalach, czego dziś nie ma. Były koncerty, pokazy żonglerki oraz inne numery cyrkowe, rewia, występy zespołu baletowego, dancingi. W latach 70. zapanowała ogromna moda na striptiz.

60. urodziny Stołecznej EstradyStare Miasto, lata 70. W tle szyld restauracji Krokodyl/ Narodowe Archiwum Cyfrowe

Jak wyglądały te pokazy?

- Pierwsze striptizy w Polsce robiły Czeszki, ponieważ u nas jeszcze nikt nie potrafił. Ale nie każdy się do tego nadawał. Była taka dziewczyna, która koniecznie chciała robić striptiz. Niestety była chemicznie wyprana z temperamentu. Wszędzie występowała tylko dwa razy - pierwszy i ostatni. Jak raz wystąpiła, potem już nikt nie chciał jej angażować. Robiła to po prostu fatalnie. Najznakomitsi choreografowie próbowali ją ustawiać - Henryka Komorowska, Witek Gruca. Nic nie wychodziło.

Tworzono specjalne choreografie?

- O tak. I zawsze była taka zasada, że gdy tancerka zrzucała szpongi, to w tej chwili gasło światło. Tak miało być.

Dolne partie ciała nie były pokazywane?

- Topless jak najbardziej, ale tak było przyjęte, że reszta pozostawała tajemnicą. Miałem taką sytuację z pewną tancerką, która podczas jednego występu za szybko zrzuciła szpongi. Wtedy zajmowałem się już przygotowywaniem programów rewii po godzinie 23:15. Wszystko było ustawione, wychodzi striptizerka i widzę, że nagle zrzuca szpongi. Pytam - co to ma być? A ona na to, że jakaś pani jej powiedziała, że ona zdecydowanie za późno to robi i powinna szybciej. Mówię - kto ustalał program? Ja, więc proszę robić tak, jak jest w programie, bo już pani nie będzie występować. Nawet jak byłem w Paryżu i podpatrywałem striptiz, to w każdym szanującym się lokalu dziewczyny miały listek w kroku i tylko do tego listka się rozbierały. Nie chodziło o to, żeby pokazać wszystko, ale o show i tajemnicę. Bo to jest właśnie najbardziej podniecające. Kiedyś wystarczyło, że kobieta pokazała fragment kostki lub wyszła w trykocie i już był szał. Dziś to nie do pomyślenia. Wszędzie golizna i wulgarność. W filmach z tamtego okresu, gdy para szła ze sobą do łóżka, coś się zaczynało, ale reszta pozostawała w domyśle. To o wiele bardziej ekscytujące niż oglądanie wszystkiego.

Jak często odbywały się programy w lokalach?

- Codziennie, oprócz poniedziałków, jak dobrze pamiętam. W każdym lokalu działo się co innego. Co dwa tygodnie program się zmieniał.

Czyli praktycznie codziennie ludzie wychodzili się rozerwać.

- Tak, i to w niemałych ilościach. Ludzie wynosili kulturę ze szkoły, z telewizji, gdzie pokazywano znakomite spektakle telewizyjne, wyśmienitych piosenkarzy, aktorów. Telewizja, podobnie jak Estrada, wylansowała wielu polskich artystów. Nawet jeżeli program był umiarkowanie ciekawy, to przynajmniej połowa osób występujących to byli znakomici wykonawcy.

Te pokazy były płatne. Czy nie było tak, że mogli chodzić na nie tylko ci, którzy dostawali bilety ze swojego zakładu pracy?

- Chodzili wszyscy, bo ceny za bilety były bardzo przystępne. Zarobki były niższe, ale i ceny biletów były niższe. Poza tym, zwłaszcza w przypadku niektórych koncertów, ludziom naprawdę zależało, żeby na nich być. Na spektakl murzyńskiej opery z muzyką George'a Gershwina w Teatrze Roma przyszły tłumy - bilety kosztowały 100 zł, ale ludzie byli w stanie zapłacić pięć razy tyle. Studentka i student z Akademii Sztuk Pięknych, którym nie udało się zdobyć biletów, postanowili dostać się do środka innym sposobem. Przebrali się za czarnoskórych, na wejściu mówili tak, że nie można się było z nimi dogadać, więc w końcu ich wpuszczono. Po występie poszli za kulisy, żeby zobaczyć artystów. Ci byli tak zachwyceni ich pomysłem, że zaprosili ich na bankiet.

60. urodziny Stołecznej Estradymateriały prasowe

Stołeczna Estrada zorganizowała koncerty największych zachodnich gwiazd tamtych czasów. Poznał pan kogoś wielkiego? Na przykład Marlenę Dietrich?

- Marlenę poznałem podczas lotu z Paryża do Warszawy. Przyszła do nas do klasy turystycznej, była zdenerwowana, nie wiedziała, jak przyjmą ją ludzie. Dała mi wtedy autograf. Później, już po jej występie, wręczyłem jej kwiaty i dała mi swoje zdjęcie. Ale ciężko mówić o poznaniu kogokolwiek z wielkich gwiazd, zajmowaliśmy się organizacją, raczej byliśmy im po prostu przedstawiani. Czego nie mogę powiedzieć o gwiazdach polskich.

60. urodziny Stołecznej EstradyAutograf Marleny/ Warszawa

Jak zachodnie gwiazdy reagowały na system w Polsce?

- Była taka zabawna sytuacja, kiedy do Warszawy przyjechał Charles Aznavour. Wyraził zgodę, aby część honorarium otrzymać w złotówkach. Podczas pobytu w stolicy mieszkał w Grand Hotelu. Tam, jak we wszystkich hotelach, był Peweks. I Aznavour zechciał sobie w tym Peweksie kupić kożuch. Jak wiadomo, w Peweksach można było płacić tylko dolarami, a on chciał zapłacić w złotówkach. Nie rozumiał, dlaczego mu na to nie pozwalają. Wściekł się i zrobił awanturę. Rzucił tymi złotówkami. Na szczęście przyszedł ktoś z PAGARTU. Parę godzin potrwało, zanim pozwolili mu kupić ten kożuch za złotówki.

60. urodziny Stołecznej EstradyMarlena Dietrich/ Narodowe Archiwum Cyfrowe

Kogo Pan znał z polskich gwiazd?

- Kogo ja nie znałem! I Lidkę Wysocką, o której mówiono, że "cholera", z czym się zupełnie nie zgadzałem, i Wojtka Młynarskiego, Bogdana Łazukę. Pracowałem z Heleną Grossówną, z Mariuszem Walterem, Karolem Hanuszem, który wymyślił pseudonim Ordonki, z Martą Mirską, tańczyłem z Grażyną Brodzińską, mimo że tańczyć nie umiem.

60. urodziny Stołecznej EstradyIrena Kwiatkowska/ Narodowe Archiwum Cyfrowe

60. urodziny Stołecznej EstradyWojciech Młynarski na scenie/ Narodowe Archiwum Cyfrowe

Stołczna Estrada była instytucją państwową. A np. piosenki Wojciecha Młynarskiego krytycznie odnosiły się do systemu. Jak udawało mu się występować z takim repertuarem?

- Nie było większych problemów. Jak wiadomo, były również kabarety. Wręcz ich zatrzęsienie. Co numer, to perełka. Występowała znakomita Marysia Chmurkowska, Irena Kwiatkowska, Hanka Bielicka. Jak Kwiatkowka grała na zmianę z Bielicką Marię w "Wieczorze Trzech Króli" to nie mogliśmy się zdecydować, która lepsza.

60. urodziny Stołecznej EstradyHanka Bielicka na scenie/ Narodowe Archiwum Cyfrowe

Jak system wpływał na występy?

- Cenzura oczywiście była i czasem ingerowała w treść jakiejś piosenki czy tekstu. Przez pewien czas obowiązywał zakaz na piosenki Mariana Hemara. Ale w programach, które ja przygotowywałem Hemar był. Wystarczyło, że wpisałem Hamar zamiast Hemar - czyli jego pseudonim - i nikt się nie orientował, że to on. Inni też tak robili. W pewnym momencie zrobił się taki misz masz, że w ogóle nie było wiadomo, co jest czyje.

Na czym polegała ingerencja w program?

- Przez pewien czas występował kabaret Nocny Marek w Kinie Palladium. I tam była piosenka opowiadająca o tym, że dziewczyna portowa poznaje w knajpie Chińczyka, zabiera go do siebie do domu i gdy dostrzega u niego nóż, który błysnął w świetle księżyca, to go zabija. Cenzura powiedziała, że nie można puścić tej piosenki, bo nie wiadomo, z których Chin ten Chińczyk pochodził. Wtedy był rozłam w Chinach, więc jeśli okazałoby się, że dziewczyna zabija Chińczyka z Chin Ludowych, to byłoby bardzo niedobrze.

Absurd.

- Większość uwag była absurdalna. W programie piosenek radzieckich chcieliśmy puścić utwór "Bradiaga". Zanim cokolwiek zostało wpisane do programu, trzeba było wcześniej zawieźć to do cenzury. Któregoś dnia przychodzę odebrać materiały i oni mówią, że "Bradiagi" nie puszczą, bo nie wiedzą, jak to z nią jest. Ja mówię - ale przecież to jest pieśń rewolucyjna. I w końcu puścili. Innym razem musiałem do cenzury zawieźć nuty baletowe. Biorą do ręki, otwierają i dziwią się: - Ale tu nie ma tekstu. - Nie ma, bo to przecież muzyka baletowa - mówię. - No to niech pan to zabierze. Ale do cenzury i tak trzeba było przywieźć. Cenzorzy dopatrywali się rzeczy przedziwnych. Któregoś razu przygotowywaliśmy jakąś klasyczną sztukę. Reżyserował Zbyszek Kopalko. I w sztuce nagle pada tekst - "Moja Zosiu, jesteś głupia". Cenzor przerywa nagranie. I mówi do aktora, żeby nie używał imienia Zosia, bo Gomułkowa się obrazi. Rzucił jakieś inne imię, ale szybko się okazało, że tak ma na imię jakaś inna żona jednego z ich bonzów. W końcu mówi - no to niech pan po prostu powie "moja droga, jesteś głupia". Bali się zupełnie bez sensu.

Artyści nie denerwowali się na te zmiany?

- Czasem się denerwowali, a czasem po prostu się śmiali.

Władysław Gomułka też bezpośrednio ingerował w program?

- Czasem tak. Zdarzało się, że zmieniał zasady wynagradzania artystów. Ale umieliśmy sobie z tym radzić. Któregoś razu otrzymaliśmy również skargę, że podobno nie chcemy angażować Violetty Villas. Tłumaczymy, że to dlatego, ponieważ kilka razy nie stawiła się na koncercie. Ale nalegali. Więc dobrze - skoro chcecie towarzyszu, niech będzie. Przed recitalem Villas dwóch aktorów miało powiedzieć około czterech wierszy patriotycznych. Wyrecytowali chyba z dziesięć, a Villas wciąż nie było. Już więcej towarzysze nie dzwonili z pretensjami.

Zdarzały się jeszcze jakieś przygody z władzą?

- Była taka zabawna sytuacja, kiedy Gomułkowa przyszła z wnuczką na przedstawienie do przedszkola na Saskiej Kępie, gdzie akurat mieliśmy występować. Spektakl miał zacząć się o 9. Wybija 9, wszyscy przygotowani, dzieci czekają, Jola Gal, która wtedy występowała - już wychodzi na scenę. Ale nagle pani kierowniczka prosi (bo wtedy nie było dyrektorek, tylko kierowniczki), żeby jeszcze chwilę poczekać, bo ma przyjść pani Gomułkowa z wnuczką. Czekamy, mija 25 minut, zaczynamy się denerwować. O 11 mieliśmy kolejny występ w innym przedszkolu. A jeszcze trzeba było dojechać. Taksówką nie było jak, bo na postoju czekało się co najmniej pół godziny, więc w grę wchodziła tylko komunikacja miejska. Więc ja mówię: - Jolu, zaczynamy, bo zawalimy występ w następnym przedszkolu. I Jola wyszła, śpiewa. Nagle na salę wchodzi pani Gomułkowa z wnuczką. Wszystkie dzieci - oczy w stronę drzwi. Jola się zdenerwowała i mówi: - Co to za spóźnianie? Czy jak idzie pani do teatru dla dorosłych, to też każe na siebie czekać? Zepsuła pani dzieciom przedstawienie.

I słusznie. Jak zareagowała?

- Usiadła i nic nie mówiła. Po występie były jeszcze zabawy z dziećmi. Jola chciała więc wziąć wnuczkę Gomułkowej do zabawy ruchowej, ale mała uczepiła się kolan babci i nie chciała puścić. Jola na to: - Dzikie dziecko, kto te dzieci chowa? Pochodziłaby do przedszkola, to by znormalniała! Wychodzimy później z przedszkola i śmieję się do Joli: - To jedno przedszkole mamy z głowy. Później dzwoni do mnie kierowniczka tamtego przedszkola i mówi, że Zofia Gomułkowa jest zachwycona Jolą. Bo wreszcie ktoś miał odwagę powiedzieć jej prawdę w oczy.

Dobrze Pan wspomina pracę w Stołecznej Estradzie?

- Bardzo dobrze. Pracy było bardzo dużo, ale jednocześnie miałem zawsze poczucie, że ze wszystkimi można się dogadać i, że wszyscy są ze sobą bardzo zżyci. Mam tu na myśli artystów i ludzi pracujących dla Stołecznej Estrady. To była zgrana ekipa, która znała artystów, z wieloma się przyjaźniła. Wiedzieliśmy, kto jaki jest i co zrobić, żeby nikt nie czuł się pokrzywdzony. Czasem zdarzały się konflikty, kogoś trzeba było utemperować, innym razem postawić na swoim. Ale na końcu wszyscy byli zadowoleni, bo mogli występować przed dużą publicznością, która czerpała ogromną frajdę z tych występów. Czasem żałuję, że te czasy już się skończyły.

 

Stołeczna Estrada obchodzi w tym roku jubileusz 60-lecia istnienia. To jedna z najstarszych i najważniejszych w Polsce instytucji zajmujących się organizacją wydarzeń kulturalnych. Ma w dorobku takie realizacje jak koncert Rolling Stones, recitale Marleny Dietrich i Elli Fitzgerald. Pod jej patronatem w latach 60. działały kabarety Dudek, Pod Egidą czy U Lopka. Estrada realizowała wspólnie z TVP słynne benefisy, finały "Szansy na sukces". Wymyśliła i wyprodukowała "Big Zbig Show". Dziś jej specjalnością są plenerowe widowiska, wśród nich Wianki nad Wisłą. Multimedialny Park Fontann na Podzamczu, którym Estrada opiekuje się od 2012 roku to jedna z najbardziej rozpoznawalnych atrakcji stolicy. Wyjątkowe pokazy z wykorzystaniem światła, laserów i muzyki w ubiegłym roku obejrzało 800 tysięcy widzów. Projekt "Rock Loves Chopin" popularyzuje twórczość Chopina w Polsce i na świecie, a Koncerty Chopinowskie w Łazienkach Królewskich są od lat wizytówką Warszawy. Od 10 lat Stołeczna Estrada organizuje Festiwal Skrzyżowanie Kultur, jedno z najważniejszych w Europie wydarzeń poświęconych world music.

O PRL-u przeczytaj też w książkach "Absurdy PRL-u", "Seksbomby PRL-u" i innych >>

Więcej o:
Skomentuj:
"Nie chodziło o to, żeby pokazać wszystko, ale o show i tajemnicę?. O imprezach z czasów PRL opowiada wieloletni pracownik Stołecznej Estrady
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX