- Kiedyś przyszedł pan z rybą większą od niego, sfotografowałam - Celina Osiecka, ostatnia taka fotografka z Saskiej Kępy

Z panią Celiną Osiecką chciałem się spotkać już rok temu, niestety na drzwiach jej zakładu przez długie miesiące wisiała kartka ?z powodu choroby zakład nieczynny do odwołania?. Na szczęście wróciła.

Próbuję to sobie wyobrazić. Warszawa w 1962 roku powoli podnosi się z ruin. Gruzy getta na Muranowie wciąż przypominają o tragedii, która zdmuchnęła miasto z powierzchni ziemi.

Mimo tego w powietrzu unosi się duch zmian, idzie nowe: Trwają przygotowania do otwarcia SuperSamu, w miasto ruszają pierwsze tramwaje z doczepionym wagonem "bez konduktora". Na wiślanych plażach dziewczyny opalają się w pierwszych, skąpych bikini, budząc zgorszenie pań i podziw panów. Na ulicach pojawiają się pierwsze "zebry", ale jak donosi tygodnik Stolica, kierowcy się jeszcze do nich nie przyzwyczaili, nie przepuszczają pieszych, przejeżdżają im po palcach i piętach notorycznie ignorując przejścia. Miasto aż buzuje od zmian.

W tym czasie młoda Celina Osiecka ma niestandardowe, jak na ówczesną nastolatkę hobby, uwielbia robić zdjęcia, biega z aparatem po mieście, fotografuje zmieniającą się rzeczywistość i ludzi.

- Przymierzałam się do tego, co mam w życiu robić - wspomina po latach pani Celina. - Przyjaciel mojego wujka miał zakład fotograficzny, mówił, że to świetna praca. Poszłam jednak do innego zakładu, do pani Aliny Straszkiewicz w Alejach Niepodległości. To była kobieta całkowicie fotografii oddana, serce wkładała w te zdjęcia, przedkładała pracę nad życie rodzinne. To ona nauczyła mnie zawodu i zaraziła pasją - opowiada pani Osiecka.

Pani Celina Osiecka, fot. Zosia Olszewska/hamerdidum.plPani Celina Osiecka, fot. Zosia Olszewska/hamerdidum.pl

Wyjście do fotografa w latach 60. było nie lada wydarzeniem. Zdjęcia robiło się nie tylko do dokumentów, ale też na pamiątkę, dla dziewczyny, dla chłopaka, powstawały zdjęcia okolicznościowe, wizytowe, pocztówkowe itd.

- To była ręczna robota - mówi - Wywoływało się ręcznie, utrwalało ręcznie, ręce i paznokcie miałam czarne od chemii, wstydziłam się tego.

- Pamięta pani swojego pierwszego klienta? - pytam.

- Oczywiście. Pracowałam pod okiem mojej mistrzyni, pani Straszkiewicz. Ona kiedyś wyszła, zostałam sama. W drzwiach stanęła elegancka kobieta, chciała sobie zrobić zdjęcia pocztówkowe. Poinformowałam ją, że jeszcze samodzielnie zdjęć nie wykonuję, że jestem na praktykach, że boję się tego podjąć. Klientka na to, żebym spróbowała, a nuż wyjdzie. Cała rozdygotana zaczęłam robić to zdjęcie i wyszło. Tak się jakoś złożyło, że ta pani wysłała to zdjęcie za granicę, do znajomych i na jakimś spotkaniu u nich pojawił się ich znajomy. Ten starszy pan rozpoznał kobietę ze zdjęcia. Okazało się, że znał ją w młodości. Odnalazł ją w Polsce. Wyszedł z tego mariaż. Pobrali się. Lubię sobie myśleć, że to z powodu tego zdjęcia. Powiem panu, że dobrze mi wyszło. Nieraz tak jest, że jak człowiek coś z rozbiegu i bez przygotowania robi, to wychodzi. Inaczej jest ze smażeniem naleśników, dopiero trzeci wychodzi dobrze - śmieje się pani Celina.

Po czterech latach pracy u pani Straszkiewicz przeniosła się do zakładu na rogu ul. Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej, gdzie robiło się "zdjęcia w 3 minuty". To było istne szaleństwo, a choć te "3 minuty" to tylko hasło reklamowe, bo zdjęcia robiło się troszkę dłużej, to klientów nie brakowało. Aparat miał specjalną wkładkę, do której wkładało się kliszę, cyk i natychmiast do szybkiego wywoływacza, później tylko suszenie i zdjęcie gotowe.

Pani Celina Osiecka, fot. Zosia Olszewska/hamerdidum.plPani Celina Osiecka, fot. Zosia Olszewska/hamerdidum.pl

Kiedy pani Celina poczuła się już pewnie w zawodzie, postanowiła pójść na swoje. Pierwszy zakład otworzyła w swoim 56-metrowym mieszkaniu na Saskiej Kępie. Klienci docenili profesjonalizm obsługi, ale też samą panią Osiecką.

- Klienci opowiadają mi o sobie, o swoim życiu, problemach, radościach. Tak jest do dziś. Miałam kiedyś klientkę, chciała upamiętnić swój wizerunek w dniu rozwodu. Mimo, że wygrała sprawę, to tylko udawała, że jest szczęśliwa. Opowiedziała mi dlaczego, ale szczegółów nie zdradzę. U mnie jak na spowiedzi - zapewnia.

Wróćmy do mieszkania, w którym fotografka miała swój pierwszy zakład.

- Zaczęłam pracować, kiedy mi się urodziła córka i prowadziłam zakład w dwóch pokojach z kuchnią przez sześć lat - wspomina. - Ciemnia była w spiżarce, którą przerobiłam na laboratorium. Wywoływanie odbywało się w łazience, suszenie na suszarce w kuchni i jakoś to wszystko się kręciło. Kiedyś przyszły dwie panie z urzędu gminy i zobaczyły, jak ja się borykam z tą ciasnotą. Podeszły do mnie bardzo serdecznie. W miejscu, gdzie mam dziś zakład, wcześniej był szklarz. Wystawiał szyby na zewnątrz, to było niebezpieczne. Z powodu nieprzestrzegania zasad BHP jego zakład został zlikwidowany. Dostałam pozwolenie na to miejsce, a później, kiedy przyszła możliwość, żeby zakład wykupić, od razu to zrobiłam - mówi.

Pani Celina Osiecka, fot. Zosia Olszewska/hamerdidum.pl

Pani Celina Osiecka, fot. Zosia Olszewska/hamerdidum.pl

- To były inne czasy - powtarza co chwilę. - Zapotrzebowanie na zdjęcia było tak ogromne, że długie kolejki stały, trzeba było czekać. Dzisiaj jest mi dużo trudniej. Od zawsze robię tylko zdjęcia czarno-białe, a do dokumentów już trzeba robić kolor, więc wielu potencjalnych klientów odchodzi ode mnie z kwitkiem. Zdarza się, że przez cały dzień nie ma nikogo, a później trafia się coś większego i jakoś idzie, ale kokosów nie ma. Siedzenie w domu to nie dla mnie. W ostatnim czasie wysiadł mi kręgosłup, musiałam na ponad rok zrezygnować z pracy. Bardzo mi brakowało ludzi i moich klientów - mówi pani Osiecka.

Oczywiście, że od początku zastanawiałem się, czy zbieżność nazwisk fotografki z poetką Agnieszką Osiecką jest przypadkowa.

- Nie, to nie jest moja rodzina - śmieje się pani Celina. - Ojciec Agnieszki, pan Wiktor rozstał się z jej mamą i związał się z Józefiną Pellegrini, aktorką, piosenkarką i wróżką. Fotografowałam ich razem i osobno. I kiedyś wywiesiłam te zdjęcia w mojej gablotce. Myślę, że to zabolało panią Agnieszkę. Była u mnie tylko raz, przyniosła film z aparatu do wywołania, nie była sympatyczna, raczej niemiła. Zdjęcia odbierała jej córka Agata.

Pani Celina fotografowała wielu znanych ludzi, ale o tym później.

Pani Celina Osiecka, fot. Zosia Olszewska/hamerdidum.plPani Celina Osiecka, fot. Zosia Olszewska/hamerdidum.pl

- Któregoś razu do zakładu przyszedł podniecony pan z wielką rybą rapą (boleń pospolity, red.), którą chwilę wcześniej złowił w Wiśle. Ryba była większa od niego, to było wyzwanie, ale się zgodziłam. Skoro reklamuję się, że fotografuję zwierzęta, psy, koty itd., to trzeba było i tę rybę sfotografować. Gdzieś jeszcze mam to zdjęcie, musiałabym w archiwum pogrzebać - dodaje pani Celina.

W zakładzie pani Osieckiej nie ma komputera, skanera, drukarki. Telefon stacjonarny wisi na ścianie, jest na wyciągnięcie ręki. Za to archiwum zdjęć i negatywów jest ogromne, przepastne i prowadzone skrupulatnie od ponad 50 lat! Znajdują się w nim wszystkie negatywy, które zrobiła. Fotografka twierdzi, że może ich być nawet kilkadziesiąt, a może i kilkaset tysięcy! Każdy negatyw jest opisywany nazwiskiem klienta, pakowany do papierowej koperty i przechowywane w specjalnych pudełkach oznaczonych literą alfabetu. Pudełka z negatywami są wszędzie, na szafach, specjalnych pułkach pod sufitem, w laboratorium.

Archiwum pani Celiny Osieckiej, fot. Zosia Olszewska/hamerdidum.plArchiwum pani Celiny Osieckiej, fot. Zosia Olszewska/hamerdidum.pl

- Nie oddaję negatywów klientom, uważam, że to moje prawo autorskie. Poza tym od czasu do czasu przychodzą klienci i proszą o swoje stare zdjęcia z negatywów. Ja zawsze robię o jedno zdjęcie więcej, żeby móc je później wystawić w mojej gablotce - tłumaczy fotografka.

Gablotkę z rogu ul. Francuskiej i ul. Zwycięzców znają wszyscy mieszkańcy Saskiej Kępy, wpisała się w krajobraz dzielnicy tak, że nie wyobrażam sobie, że mogłoby jej zabraknąć.

- Nie pytam, czy mogę zdjęcie klienta w gablocie umieścić. I czasami zdarzają się kłopoty, dobrze, że mi pan przypomniał. Dzwonił dziś klient, że mam zdjęcie z gablotki wyjąć, bo on tam jest ze swoją sympatią i boi się, żeby żona nie zobaczyła - śmieje się pani Celina. -  Normalnie to raz do roku zdjęcia wymieniam, jak lato przychodzi, zdjęcia od słońca pożółkną.

Gablota zakładu pani Celiny Osieckiej, fot. Zosia Olszewska/hamerdidum.plGablota zakładu pani Celiny Osieckiej, fot. Zosia Olszewska/hamerdidum.pl

Zdjęcia pani Osieckiej są niezwykłe, to stara szkoła, nie do podrobienia. Każde jest przez fotografkę ręcznie retuszowane z benedyktyńską dokładnością.

- Kliszę pokrywam rozcieńczoną w terpentynie matoleiną (lakier otrzymywany przez rozpuszczenie żywicy damara w terpentynie, stosowany w fotografii do pokrywania gładkiej powierzchni negatywu w celu nadania jej szorstkości, co umożliwia retusz ołówkowy, red.)

- Wystarczy niewielka kropelka, rozcieram tę zawiesinę watką - kontynuuje - To powoduje, że nie ma takiego poślizgu, powierzchnia staje się bardziej przyczepna dla ołówka. Do retuszu używam ołówka HB, mam też specjalny pulpit i lupę. Cała sztuka polega na tym, żeby zdjęcia nie przeretuszować, zostawić człowieka na zdjęciu z tym, co ma charakterystycznego. Trzeba to wyczuć, zobaczyć jego osobowość i pokazać ją na zdjęciu. Pomaga mi w tym intuicja i wieloletnie doświadczenie. Bardzo rzadko zdarza mi się, że człowiek jest niezadowolony. Ludzie mnie doceniają za to, że robię tylko zdjęcia czarno-białe - mówi pani Osiecka.

Celina Osiecka, fot. Zosia Olszewska/hamerdidum.plCelina Osiecka, fot. Zosia Olszewska/hamerdidum.pl

Długo milczymy, ale to nie jest krępująca cisza, pozwalamy sobie na nią.

- Wie pan, ja mam tyle wspomnień, tylu wspaniałych ludzi w życiu poznałam - fotografka na chwilę znika na zapleczu. Po chwili na biurku kładzie specjalne pudełko z negatywami "znanych ludzi".

- Jeszcze na początku mojej pracy, w zakładzie w Alejach Niepodległości fotografowałam "Czterech pancernych i psa", pan Gajos przyszedł z Szarikiem. Portretowałam pana Jana Suzina, panią Monikę Olejnik, ale ostatnio jej zdjęcie zżółkło w gablotce, muszę nową odbitkę zrobić. Wspominam też wspaniałą aktorkę, panią Wiesławę Mazurkiewicz-Lutkiewicz, młodego Grzegorza Ciechowskiego, panią Irenę Kwiatkowską, Bogumiłę Wander, Tomasza Stockingera, Henryka Machalicę i ostatnio tego nieszczęsnego, młodego reżysera - Marcina Wronę. Zresztą jego kilka razy fotografowałam.

Pani Celina wymienia wielkich tego świata i kończy.

- Wie pan, chcę pracować dokąd mi życie pozwoli. A zamierzam jeszcze trochę pożyć.

Zakład Fotograficzny, Celina Osiecka, ul. Zwycięzców 25, tel. 22 616 26 97

P.S. Za piękne zdjęcia do artykułu chciałbym podziękować Zosi Olszewskiej - hamerdidum.pl