Kolacja w ciemności trudniejsza niż myślałam. Odkryłam, jak bardzo jestem zablokowana i zestresowana

Zamknij oczy, otwórz buzię - tak mówiła do mnie babcia, kiedy chciała wcisnąć we mnie jedzenie, a że byłam dzieckiem niejadkiem, próbowała różnych sposób, by mnie nakarmić. Przyznam się, że zabawy tej szczerze nie znosiłam. Dlaczego? Zrozumiałam to, poznając projekt "Kolacja w ciemności". Zdałam sobie też sprawę, jak bardzo smak zależy od tego, co widzimy na talerzu. Jednak wraz z wejściem w ciemność wyostrzyłam nie tylko zmysł smaku...

Na niezwykłą kolację wybrałam się do restauracji Borpince, w której można zamówić 3-daniowy posiłek, podczas którego klienci obsługiwani są w całkowitej ciemności. Co poczułam, biorąc udział w wydarzeniu? Poczucie bezpieczeństwa straciłam już na samym początku, wchodząc do restauracji, gdy poproszono mnie o wyłączenie telefonu. Dalej, kompletnie nic nie widząc, trzymając jedynie rękę na ramieniu kelnera, weszłam do całkowicie ciemnego pomieszczenia. Dotarliśmy razem do stolika, ale usiąść musiałam już sama. Na prośbę kelnera najbliższą okolicę poznałam z jego pomocą: stół, dotykałam serwetki, talerz, sztućce i kieliszek z wodą (alkoholu nie zamawiałam, całe szczęście, bo samo wydarzenie jest na tyle ekscytujące, że maksymalnie pobudza wyobraźnię).

Spodobało ci się? Polub nas

Przy stole poczułam się pewnie. Sama się sobie dziwiąc, że mimo przysłowiowej "egipskiej ciemności" nie miałam problemu z orientacją. Dookoła nie widać żadnego światła, które zarysowałyby choćby kontur miejsca, w którym się znajduję. Mimo to bez problemu trafiałam w talerz. Zaczęłam jednak tracić poczucie czasu. Miałam wrażenie, że kolacja trwa godzinę, mimo że przy stole spędziłam zaledwie kilka minut. Natomiast podawanie gościom dań trwało tyle czasu, że zaczęło mi burczeć w brzuchu. Zrobiłam się głodna i coraz bardziej skołowana.

Nie rozmawiając z nikim, cały czas nasłuchiwałam. W tle grała muzyka jazzowa w wykonaniu Maciej Ulatowski Trio. Kocham jazz, słucham go od dziecka, ale w tak niecodziennych warunkach nie miałam okazji go posłuchać. Muzyka w ciemności nabrała innego znaczenia, usłyszałam ją jeszcze wyraźniej niż zwykle. Podobnie, jak głosy ludzi. Kilkakrotnie intensywniej niż na co dzień. I to mnie najbardziej wkurzało. Głosy. Ludzie pozbawieni światła przestali panować nad swoimi głosami, krzyczeli do siebie. Jedna z kobiet doprowadziła mnie prawie do szału swoim skrzeczącym głosem.

Sztućce na bok

Pierwszą zagadkę, którą nam zaserwowano to przystawka. Nikt z nas nie wiedział, czego możemy się spodziewać. Wiadomo, wzrok to masa bodźców, a one zniknęły w ciemności, więc smakując, musiałam skupić się na innych zmysłach. Na moim talerzu natrafiłam na plasterki papryki. Czułam jej intensywny zapach, ale nie potrafiłam po smaku rozpoznać jej koloru. Czy jem żółtą, zieloną? Nie wiedziałam. Bez oporów wzięłam swoje jedzenie do rąk (w końcu jest ciemno, nikt nie widzi), jadłam spokojnie, analizując konsystencję każdego produktu. Wreszcie przyszedł czas na danie główne. Do wyboru mieliśmy trzy rodzaje menu: mięsne, rybne i wegetariańskie. Wybrałam opcję bezmięsną. Smak oliwki rozpoznałam natychmiast, pomidorów także. Szpinak okazał się pozbawioną smaku papką.

Wszyscy dobrze się bawili, jedzenie wzbudzało dużo emocji. Podczas smakowania cały czas wymienialiśmy się wrażeniami. - Sałata? Tak, to chyba sałata. Jest i polędwica. Nie, to gęś - ktoś krzyczał. Do dzisiaj zastanawiam się, jak to możliwe, że marchewka na moim talerzu nie smakowała jak marchew, a raczej jak seler. Właściwie to mi nie smakowało. A może właśnie, dlatego, że nie widziałam, co jem? Na koniec wytarłam dłonie w wilgotną ściereczkę i zastanawiam się, w jakim stanie jest koszula, którą mam na sobie... Kolejne danie zdecydowałam się zjeść sztućcami. Na deser był naleśnik polany czekoladą. Poznałam od razu. Smakował wyśmienicie.

W międzyczasie czekając na poszczególne jedzenie, wyobrażałam sobie, jak wyglądają osoby, które siedzą obok mnie. Nie potrafiłam się otworzyć na nową sytuację. Gdy inni zachowywali się, jakby nic się nie stało, gaworzyli, śmiali się, ja siedziałam zablokowana. Miałam wrażenie, że od natężenia dźwięków pęknie mi głowa. Przez chwilę nawet zastanawiałam się czy nie wyjść z sali.

Po posiłku w delikatnym świetle przyzwyczajaliśmy wzrok do jasności. Kelnerzy położyli na każdym stole odblaskowe gwiazdki. Po chwili powoli rozjaśniło się światło. Okazało się, że kobieta, która namiętnie trajkotała przez całe spotkanie, wyglądała całkiem inaczej niż sobie ją wyobrażałam, a przy stoliku nie siedzę w towarzystwie, lecz jestem sama. Sala zaś o której myślałam, że jest ogromną salą okazała się kameralnym pomieszczeniem ze sklepieniami.

Uwrażliwić na rzeczywistość

Udziału w kolacji nie potraktowałam jak zabawy. Zdecydowałam się na niej pojawić, ponieważ chciałam poznać ułamek świata osób niewidomych. I to właśnie o nich myślałam przez cały czas kolacji. Zrozumiałam, jak bardzo zagubieni mają prawo czuć się w przestrzeni publicznej. Zdałam sobie też sprawę, jak rzadko, a właściwie wcale nie spotykam osób niewidzących w knajpach czy kawiarniach. Czy przeraża ich eskalacja hałasu? Jeżeli ja - pozbawiona zmysłu wzroku - poczułam się, jak w innym wymiarze, to co czują oni? Samotność?

SKĄD POMYSŁ NA KOLACJĘ W CIEMNOŚCI?

Pierwsza na świecie „ciemna restauracja” (zwana Blind Cow) powstała w 1999 roku w Zurychu. Jorge Spielmann jest niewidomym pastorem. Podczas jednej z kolacji, na której gościł swoich znajomych, ci w geście solidarności z gospodarzem na czas posiłku zawiązali sobie opaski na oczach. W ten sposób, narodził się pomysł na nowy gastronomiczny biznesu.

 

Myślimy nad organizacją kolejnych kolacji w ciemności dla osób, które chciałby poznawać świat niewidomych, ale pla
Czytaj więcej: http://www.dzienniklodzki.pl/artykul/3465163,kolacja-w-ciemnosci-w-lodzi-czyli-niewidzialne-dania-stoly-i-kelnerzy,3,id,t,sa.htmMyślimy nad organizacją kolejnych kolacji w ciemności dla osób, które chciałby poznawać świat niewidomych,