Dlaczego nienawidzę żuli? W piaskownicy pod oknem [TATA W MIEŚCIE - FELIETON]

Jak dobrze, że są dziadkowie za miastem, do których można pojechać. Lato z maluchem w mieście to prawdziwa udręka. Prócz upałów wszędzie ci żule, w tramwaju, w parku, pod sklepem nawet w piaskownicy pod blokiem.

Spodobało ci się? Polub nas

Tym tekstem chcieliśmy zwrócić uwagę na problem, z którym zmagają się polskie miasta. Jest to felieton, który rządzi się swoimi prawami, jaskrawą oceną, hiperbolą, kontrowersyjnymi opisami. Nie przedstawia poglądów Gazeta.pl, tym bardziej Gazety Wyborczej, ani Dziennika Metro. Jest tylko i wyłącznie opinią autora tekstu - umęczonego ojca.

Redakcja

metrowarszawa.pl

.....

Kiedyś traktowałem ich bezrefleksyjnie. Tu było zdanie, którego nie powinno być już nie ma.

Przyznaję - zdarzało mi się nawet wspomóc "pomysłowego żula", kiedy ujął mnie swoją historią.

- Dzień dobry! - wita mnie jeden tuż pod redakcją na ul. Czerskiej - Wraz z kolegą założyliśmy "Fundację na rzecz walki z kacem". Czy szanowny redaktor zechciałby nas wspomóc? - pyta z szelmowskim uśmiechem.

No gagatek jak nic, ale choć pomysłowy i jeszcze nie śmierdzi jak gorzelnia. Wyciągam dwa złote i wspieram za dobry PR, niech ma i walczy z tym kacem.

Żul żulowi nierówny i wśród nich zdarzają się ludzie, którym się noga powinęła, coś im się w życiu nie poukładało i poszli w melanż. Bywa. Rozumiem, ale współczuć już nie potrafię.

Zdaję sobie sprawę, że łatwo jest oceniać człowieka po wyglądzie. Skąd zatem wiem, że ktoś kogo nazywam żulem nie jest po prostu bezdomnym? A może to wartościowy człowiek, z którym los obszedł się srogo nie szczędząc mu życiowych trudności?

A no wiem! Chlanie ma wyryte na twarzy, alkohol paruje z niego każdym porem, nie dość, że nie umyty, to jeszcze chamski, a bywa, że i agresywny. Jak mam mu współczuć darmozjadowi wystającemu pod osiedlową Żabką od bladego świtu. Papierosa mu daj, do piwa dołóż, a jak nie, to poczęstuje cię wiązaną bluzgów, jak z kloaki. Bleee!

Wszędzie ich widzę, chyba mam obsesję. Okupują parkowe ławki, śmierdzą w komunikacji miejskiej, zioną wódą i piwskiem, ludzi zaczepiają, syna mi straszą.

Tak jak podczas ostatniego spaceru do ZOO. Ledwośmy zdążyli wsiąść do tramwaju na Rondzie Wiatraczna, zaopatrzeni w koszyczek malin, które Kosma wprost ubóstwia i już napatoczyła się "miętowa" żulica (wybaczcie język, ale szlag mnie trafia, jak sobie o niej myślę). W melanżu od lat, prysznic ostatni raz też chyba widziała przed laty. Smród, brud, trud!

- O jaki śliczny, jaki pulchniutki - siada tuż obok wózka, w którym siedzi mój syn Kosma i pcha te swoje brudne łapska do koszyczka z malinami.

- Podzielisz się z ciocią? - pyta i bez żenady garściuje w koszyczku z owocami.

Ciocia?! Bleee! Bleee! Ohyda! Wyrywam koszyczek synowi i oddaję go żulicy, niech się nimi napcha i mi syna nie straszy. Młody zaczyna płakać, smakowały mu te maliny, nie rozumie, czemu mu je odbieram, ale przecież już ich jeść nie będzie. Kto wie, czego dotykały ręce "miętowej" żulicy z tramwaju? Wolę się tego nie domyślać.

Dzięki bogu, że Kosma ma dziadków, którzy lato spędzają nad rzeką, za miastem. Ostatni miesiąc mały taplał się w wodzie, grzebał w piasku, zjadał owoce i szczypawki (tak, lubi se chłopak przekąsić owada, jak nikt nie patrzy). Syn z wakacji wrócił odmieniony. W domu z nim nie usiedzisz i to nie tylko ze względu na upał, ale też i dlatego, że zaznał wakacyjnej wolności, przestrzeni i zwyczajnie nudzi się w czterech ścianach. Jak tylko znajdziemy wolną chwilę, pakujemy prowiant do kosza, koce, zabawki i ruszamy do parku. Mały śmiga "bosonóg" po trawie, gania za naszą suką Luną, śmieje się i cieszy, widząc inne zwierzęta i dzieci.

Do czasu. Najpierw ich usłyszeliśmy.

Kurrrr....aaa!!! - Ryk nieznośny gdzieś zza górki w Skaryszaku, w którym odpoczywamy z dzieckiem. W końcu się wyłaniają. Bez koszulek, a jakże, za to w rękach browary i wściekłość w oczach:

- Ty ch...u je...y!!! - Ryczy jeden na drugiego i goni go prosto na nasz kocyk. Wszystko to w biały dzień, piknikujący ludzie wstają z miejsc, próbują zareagować, jakoś się w tej sytuacji odnaleźć. Mnie krew zalewa. Luna szczeka jak oszalała, koszmar jakiś. Żule przebiegają tuż obok nas i w momencie, gdy są naprawdę blisko jeden z nich oblewa drugiego śmierdzącym piwskiem. Dla żartu, bo okazuje się, że są w szampańskich nastrojach. Ewa, widząc moją złość, łapie mnie za rękę i prosi, żebym nawet nie myślał reagować, że jesteśmy z dzieckiem i nie potrzebujemy kłopotów. Nie reaguję. Żule znikają, jeden już na odchodne zatrzymuje się, sika w krzaki i też znika. Co za obleśne buraki!

Nie zawsze jednak mamy czas, żeby syna zabierać do parku. Na szczęście tuż pod blokiem mamy osiedlową piaskownicę. Przed wakacjami Kosma nie wykazywał zainteresowania piaskiem, foremkami i innymi narzędziami do grzebania w piasku. Wszystko się zmieniło po powrocie do stolicy. No więc wybraliśmy się któregoś popołudnia pogrzebać razem. Ledwo podeszliśmy do piaskownicy, a już z okna na parterze mego bloku usłyszałem:

- Niech pan tam nie idzie z dzieckiem. To przeklęta piaskownica, pijacka melina. Żule się schodzą co wieczór, piją, rzygają i sikają, butelki tłuką. Pan lepiej z dzieckiem pójdzie na plac zabaw. Tylko nie ten tu blisko, bo tam też żule siedzą wieczorami. Tam po drugiej stronie Ostrobramskiej jest taki nowy plac. Tam jeszcze żule nie chodzą - mówi mi miła sąsiadka. Wie co mówi, ma wnuki i widok na piaskownicę.

Wybaczcie ton tego tekstu, ale nie ma we mnie za grosz współczucia dla miejskich żuli.

Nie działa na mnie tłumaczenie, że to ludzie chorzy, pokrzywdzeni i potrzebujący pomocy. Potrafię odróżnić człowieka bezdomnego, pogubionego w życiu, od zapitej pijawki, która zatruwa siebie i wszystko wokół siebie.

Takiego nie zrozumiem, nie uszanuję i gonić będę, jak najdalej ode mnie i mojej rodziny.

Igor Nazaruk [TATA W MIEŚCIE]