Róża wychowuje małe jeże. Gdyby nie ona nie przeżyłyby na wolności [DUŻO FILMÓW]

Przez jej dom przewinęło się ich kilkanaście. Maleńkich, ważących zaledwie kilka gramów. Niejednemu uratowała życie - poznajcie Różę, mamę zastępczą jeży. Małych sierotek, które na wolności nie przeżyłyby same. Opiekunka pozwala im w swoim domu dorosnąć.

Spodobało ci się? Polub nas

Przygoda Róży Pawlickiej z jeżami zaczęła się pięć lat temu. Wtedy, na warszawskiej Ochocie, jej brat znalazł kolczastego oseska. Z pomocą pana Jerzego z Kłodzka, który prowadzi ośrodek rehabilitacji dla rannych i porzuconych jeży udało się odchować sierotkę. Pan Jerzy uznał, że Róża daje sobie świetnie radę, dlatego umówili się, że gdyby jakieś jeżątka w okolicy były w potrzebie, to będzie znalazców kontaktował właśnie z nią. A że chętnych do opieki nad jeżykami nie ma zbyt wielu, to robi tak już od paru sezonów, a Róża pomocy nigdy nie odmawia.

A czas leci. W tym czasie Róża odchowała kilkanaście jeżyków. Pierwszy, a właściwie pierwsza nazywała się Jeżyna. Po Jeżynie pojawiła się Malina, która gryzła i fukała. Kolejny - Opus został znaleziony przy przy ul. Etiudy Rewolucyjnej. Był też George. - Był to akurat okres, gdy wszyscy czekali na imię pierworodnego księcia Williama i księżnej Kate - wspomina Róża.

Pierwszy jeż chodził po mieszkaniu samopas, był też alpinistą (jeże uwielbiają się wspinać). - Lubiliśmy go, ale miał irytujące hobby, co noc wychodził ze swojego miejsca, właził pod nasze łóżko i ... szurał. Nie dawał nam spać. Wyjadał też jedzenie kotom. Zdecydowaliśmy, że jeżeli nie chcemy zwariować, następnemu jeżykowi musimy wybudować domek obsypany korą - opowiada Róża.

Jak na co dzień zachowują się te zwierzaki? - Uwielbiają jeść, mają długie łapki, biegają i fukają. Kiedyś miałam jeża, który mnie lizał po ręku, ale to był odosobniony przypadek. Gdy są maleństwami okazują czułość śpiąc przytulone do siebie, ale potem im to mija - odpowiada jeżowa mama.

Drapieżniki te mają niezwykle wyostrzony zmysł zapachu, np. puszczają pianę z pyska przy każdym nowym zapachu do którego zbliżą mordkę. Róża: - Pierwszy raz, gdy to zobaczyłam zadzwoniłam do pana Jerzego z płaczem, że mój jeż ma na sto procent wściekliznę.

Róża Pawlicka wychowuje małe jeże. zbiory prywatne

Okazuje się, że wykarmienie jeża to nie całkiem proste zadanie. I trzeba na to poświęcić trochę czasu i pieniędzy. Maluszkom podaje się do picia mleko dla szczeniąt (puszka kosztuje około 60 zł), a do jedzenia - papkę Royal Canin, czyli też nie tanią karmę dla kociąt. Gdy jeżyki podrosną ich menu jest już dowolne, byle nie było ze świnką. - Do karm z wołowiną albo kurczakiem dodaję płatki owsiane. Po każdym karmieniu trzeba masować brzuszek, aby zrobiły kupę - podkreśla Róża.
Kłopot z opróżnianiem to największy i najczęstszy problem na jaki cierpią małe jeżyki. Jak poznać, że zwierzątko nie może zrobić kupki?

- Wygina się, napina, podobnie jak człowiek - śmieje się Róża. - Jeżeli jeżykowi widać jedzenie pod skórą to znak, że nie powinno się podawać kolejnej porcji. Trzeba masować mu brzuszek i należy podać herbatkę z kopru.

Słowo "kupa" i "jeż" to słowa najczęściej pojawiające się w trakcie naszego spotkania. Nie bez powodu. - Wychowywanie jeżątek w głównej mierze polega na pilnowaniu, aby opróżniały się regularnie, bo jak tego nie zrobią mogą mieć problemy - mówi wprost ich opiekunka.  I dodaje: - Jeżowa kupa jest nie do zlikwidowania z drewnianej podłogi. I naprawdę baaardzo brzydko pachnie.

Mamą od karmienia jest Róża, a od grzania - butelka z ciepłą wodą. Malutki jeżyk, który wychodzi z gniazda jest wychłodzony. Dlatego, gdy napotkamy na swojej drodze potrzebującego pomocy malca, w pierwszej kolejności ogrzejmy go, a dopiero potem zadzwońmy po pomoc. W jego ociepleniu pomoże nam pojemnik wypełniony ciepłą wodą owinięty, np. w skarpetę. Możemy być pewni, że do takiego grzejnika maluszek natychmiast przypełznie, żeby przytulić się. I nie ma co czekać na pomoc, trzeba działać ekspresowo. - Zdarzyła sytuacja, że kobieta, która poprosiła mnie o pomoc w pierwszej kolejności zadzwoniła do Eko patrolu. Odpowiedź od strażników, że moją przyjechać po jeże otrzymała po 2,5 godziny. W tym czasie oseski trafiły do mnie, były pół żywe, gdy je ogrzałam odżyły.

Róża Pawlicka wychowuje małe jeże. fot. archiwum prywatne

Aktualnie jeżowa rodzina Róży składa się z czwórki maluchów. Gdy podrosną i nauczą się polować na robaki, wyprowadzą się do specjalnie przygotowanej na działce zagrody, gdzie przygotowują się przez dwa tygodnie do życia na wolności. Z pierwszym swoim odchowanym jeżem Róża nie miała odwagi się pożegnać. - Poprosiłam mamę, aby wypuściła go na wolność. A on już pierwszej nocy uciekł. Jak on mógł mnie zostawić? - śmieje się na samo wspomnienie.

Inaczej sprawa wygląda z jeżami z miotu jesiennego. Trzeba im pomóc przejść w stan hibernacji, po to, aby zwierzę zebrało odpowiednią ilość zapasów tłuszczu w organizmie, by przetrwać zimę. - W pokoju, w którym przebywają jeżyki, szeroko otwieram okna i nie daję im pokarmu. Trudno nie dać zwierzakowi jeść, ale tak trzeba. Budujemy też specjalny hibernator - opowiada Róża. Gdyby nie fachowa opieka opiekunki te sympatyczne ssaki nie przeżyłyby same w okresie mrozów, m.in. dlatego, że nie ważyłyby dostatecznie dużo, by nie zamarznąć. A chodzi przecież oto, aby przed zimowym snem jeżątka były odpowiednio najedzone.

Róża Pawlicka wychowuje małe jeże. fot. archiwum prywatne

Róża Pawlicka wychowuje małe jeże. fot. archiwum prywatne

W opiekę nad jeżykami zaangażowana jest cała rodzina. Latem, gdy jeże mieszkają na działce siedmioletni Staś, siostrzeniec Róży codziennie melduje się z miseczką jedzenia wypełnioną pędrakami. Oczywiście osobiście wykopane z ziemi przez chłopca. Nawet sąsiedzi doglądają jeżowego wybiegu sprawdzając czy, aby przypadkiem nie trzeba jeżyka nakarmić.

Kilka dni tygodni temu statystykę adopcyjną Róży zawyżyły kolejne cztery sierotki. - Gdy przyniosłam je do domu były na maksa wychłodzone. Według pani, która je znalazła miały tydzień, a wyglądały na jeden dzień. Ważyły 20 gram, a jeż, gdy się urodzi ma ma masę około 16 gram - tłumaczy. Rozpoczęła się walka o życie maluszków. W ciągu jednego dnia każdemu z nich zaserwowano po dziesięć posiłków, dziesięć masaży brzuszka, dziesięć zmian wody w butelce.

Jeż kruszynka, której nie udało się uratować. fot. Róża Pawlicka

Małe jeżyki, których nie udało się uratować. fot. Róża Pawlicka

Niestety, nie udało się. Po raz pierwszy (i miejmy nadzieję ostatni raz) Róża straciła swoje jeżyki. Maluchy umarły jeden po drugim, z dnia na dzień. Prawdopodobnie wcześniakom zabrakło "maminiego" mleka. - Bardzo to przeżyłam, do dzisiaj jest mi przykro. Pomyślałam, że nie nadaję się do tego. I nigdy więcej jeży...

Ale już kilka dni później zadzwonił pan Jerzy z wiadomością, że trzeba uratować kolejne zwierzątka. - Westchnęłam trzy razy. I powiedziałam: biorę. A co miałam zrobić? Dodałam tylko, że nie ma mnie w domu, ale zaraz coś się zorganizuje. I mój brat musiał jechać po maluchy.

Kot Róży Pawlickiej, która wychowuje małe jeże. fot. archiwum prywatne

Jeże łączą ludzi. Dlatego, że są ciągle nieoswojonymi dla nas mieszczuchów zwierzakami czy po prostu lubimy kochamy zwierzęta w mieście? Nie wiadomo. Ale jedno jest pewne, dzięki jeżom Róża zawiera wiele ciekawych znajomości.

- Pewnego dnia zadzwonił do mnie Adam Wajrak z pytaniem, czym karmię jeże. Wywiązała się z tego całkiem interesująca dyskusja. Okazuje się, że nawet rozmawiając o jeżowych kupach, też jesteś w stanie się dogadać - chichra się na głos Róża.

Innym razem kobieta, od której wzięła do uratowania oseski przywiozła całą rodzinę, aby zobaczyć, jak mają się wychuchane już jeże.

Wyda się Wam to dziwne, ale Róża nigdy nie spotkała miejskiego jeża, takiego po prostu śmigającego po drodze czy chodniku. - Znajomi często wysyłają mi sms-y ze zdjęciami, że właśnie widzieli jeża, a mi nigdy to się nie zdarzyło. Co za paradoks.

*****

Spotkaliście kiedyś jeża w Warszawie? Mamy nadzieję, że go nie ruszaliście niepotrzebnie. A jeśli macie jego zdjęcie lub filmik podzielcie się z nami, chętnie opiszemy Wasze jeżowe historie! metrowarszawa@agora.pl