"Białołęka: Tu żyje pokolenie nowych warszawiaków" [WYWIAD]

Dlaczego warto mieszkać na Białołęce, kto tworzy stolicę i kim jest "nowy warszawiak" - o tym rozmawiamy z dr Krzysztofem Mikołajewskim, dyrektorem Białołęckiego Ośrodka Kultury.
- rozmawiamy z Krzysztofem Mikołajewskim, dyrektorem Białołęckiego Ośrodka Kultury, doktorantem w zakresie nauk humanistycznych, zawodowo związanym z działalnością kulturalną, pracował m.in. w Muzeum Powstania Warszawskiego i w Centrum Nauki Kopernik. Jest również członkiem Forum Kultury Mazowsze.
W ostatnim felietonie, reporter Filip Springer zarzucił Białołęce, że nie ma infrastruktury, a bloki stawiane są z kartonów.
Jest to jedna z największych i najmłodszych dzielnic w Warszawie. Miejsce bardzo zróżnicowane, ale mocno rozwijające się. I przez to wiąże się z tym chaos. Zamknięte osiedla, nie nadążająca infrastruktura - jest zamęt, ale widać też dynamikę.
Każdy obszar ma swoją specyfikę: stary Tarchomin, klasyczne blokowisko (jak Gocław, Ursynów czy Targówek). Są też Nowodwory, zasilone przede wszystkim młodymi ludźmi. Nigdzie indziej w Warszawie nie ma tylu spacerujących matek z wózkami. Fenomenem w skali Warszawy jest to, że na Białołęce otwierają się trzy szkoły jednocześnie. Cenna jest Zielona Białołęka, gdzie przeważają ludzie z zewnątrz, napływowi. Co innego jest na Henrykowie, Choszczówce związanej ze starą strukturą wsi, która mają swoją tradycję.
Duży wpływ ma na to chyba cena mieszkań...
To prawda. Większość osób osiedla się tutaj dlatego, że są najtańsze mieszkania w Warszawie. W dużym stopniu są to ludzie, którzy do Warszawy przyjechali za pracą, czyli z konieczności. Nie zmienia to jednak faktu, że wnoszą swój dorobek i w jakiś sposób próbują się tutaj zakorzenić. Dlatego są autentyczni. I w przeciwieństwie do innych rejonów miasta osiedlają się tu prawdziwi, nowi warszawiacy.
Czyli kto?
Wytłumaczę na przykładzie historii. Stolicę za którą tęsknimy, czyli tą sprzed 1939 roku, ukształtowały osoby, które osiedlały się w Warszawie w drugiej połowie XIX wieku. Zapominamy o tym, że tworzyła ją ludność napływowa. Warszawa w drugiej połowie miała w XIX wieku miała jeden z najwyższych wskaźników przyrostu zewnętrznego na świecie. Między rokiem 1800, a 1900 urosła ze 100 tysięcy do prawie miliona, czyli dziesięciokrotnie zwiększyła swoją liczbę.
A kim jest nowy warszawiak, przeciętny mieszkaniec Białołęki?
To młody człowiek, między 25, a 35 rokiem życia, który zaczyna karierę zawodową i rodzinną. Nie jest to wolny strzelec,  raczej osoba, która ma stabilną pracę, ale bez aspiracji. Jest ciekawa nowych zjawisk, ale bez chęci uczestnictwa w jakieś modzie, trendzie. I jest otwarta, ale nie ma predyspozycji do buntu.
Przez lata Białołękę uważano za sypialnię Warszawy.
Część osób, która się tu osiedliła na pewno traktowała jako sypialnię, jednak ostatnio bardzo dużo się zmienia. Oczywiście nie możemy porównywać się z innymi dzielnicami, jak np. Śródmieście. Zresztą myślę, że Białołęka nie aspiruje to tego, by stać się kulturalnym centrum stolicy. Nie oto chodzi. Dzięki temu, że dopiero się rozwija, jest niedookreślona, daje szanse na pokazanie tego, że można na obrzeżach stolicy tworzyć fajne życie, takie po które nie trzeba jeździć do centrum. W tym miejscu dobrze odnajdują się działania lokalne, sąsiedzkie, kulturalne, ale szyte na miarę mieszkańca. Nie przerośnięte, nie konkurujące z instytucjami narodowymi.
I na tym polega jej autentyzm?
W nowych warszawiakach jest ich szczerość działania, chęć włączenia się w rytm miasta.  Wbrew krzywdzącym opiniom chcą identyfikować się z miejscem w którym mieszkają. Jest to wyraźnie widoczne w „3 pokojach z kuchnią”, miejscu aktywności lokalnej na Zielonej Białołęce. Lokalsi na Brzezinach czy Choszczówce także organizują sobie życie kulturalne. Jest to świetny dowód na to, że jeżeli brakuje infrastruktury, to mieszkańcy potrafią sami się zorganizować tylko trzeba im dać do tego odpowiednie narzędzia.
Dlatego dzięki takim ludziom stolica się ciągle zmienia?
Ciekawą rzeczą jest w jaki sposób opisują Warszawę. Na nowo określają symbole w przestrzeni. Znajdują całkiem inne punkty orientacyjne miasta do których jest przyzwyczajona zakorzeniona część mieszkańców. Hasło:  „Idziemy do miśków” w pojęciu nowych warszawiaków już nie funkcjonuje. Dziś mówi się „idziemy do katedry”. To samo ze słowem „Pedet”, mało, kto pamięta tę nazwę. Coraz więcej osób rzuca: - „Jedziemy pod kino Praha”.
Jest pan rdzennym warszawiakiem?
Tak. Ale tego, że ktoś nie ma w metryce stołecznych przodków nigdy nie poczuwałem za coś złego. Wręcz przeciwnie uważam, że osoby, które przychodzą z zewnątrz, przynoszą coś dobrego, nowe spojrzenie, świeży powiew. Istota Warszawy polegała na tym, że zawsze zasysała, to co najlepsze z całego kraju. Uważam, że to duża wartość tego miasta.
Stąd pomysł przyszłorocznego festiwalu poświęconego współczesnemu modelowi warszawiaka?
Nad projektem pracujemy wspólnie z Muzeum Woli. Chcielibyśmy uszczypnąć temat, który nie do końca jest opowiedziany w Warszawie. Mało, kto się zastanawia nad tematem nowych warszawiaków. Uważamy, że kwestia jest za  rzadko poruszana. Chcielibyśmy, aby wydarzenie pozwoliło przyjezdnym odnalezienie się w Warszawie, zdefiniowanie się. Pokazało, co mogą wartościowego do tego miasta wnieść. A wnoszą dynamizm, kulturę z różnych stron Polski, wrażliwość, nowe pomysły i inne spojrzenie na wiele spraw, definiują stolicę na nowo.
Praktycznie większość stołecznych pomników postawiliśmy przesiedleńcom. Symbol Warszawy ma twarz Krystyny Krachelskiej pochodzącej z Polesia.
Oprócz Marii Skłodowskiej - Curie większość osób, które tak mocno identyfikujemy z Warszawą, łącznie z królem Zygmuntem Trzecim Wazą, Bolesławem Prusem i Stefanem Starzyńskim, to osoby napływowe. Warszawa powinna być dumna z tego, że jest miastem przyjaznym, otwartym i  przyciągającym tyle ciekawych osób. To niesamowity potencjał i bogactwo z którego warszawiacy powinni być dumni.
I nie nazywali przyjezdnych „słoikami”?
Boli mnie to, że nowych przybyszy określa się pejoratywnie. Natomiast samo słowo „słoik” wydaje mi się czymś ciekawym. W sposób symboliczny mówi o relacjach międzyludzkich. Przekazuje dużo ciepła, kojarzy się z czymś dobrym. Bo ile trudu, zaangażowania oraz dobrej myśli wiąże się z przygotowaniem przetworów dla bliskiej osoby. I jeśli to właśnie sformułowanie miałoby wprowadzić atomizację społeczną, to moim zdaniem takie określenie jest czymś złym.
W ostatnim felietonie, reporter Filip Springer zarzucił Białołęce, że nie ma infrastruktury, a bloki stawiane są z kartonów.

dr Krzysztof Mikołajewski: Jest to jedna z największych i najmłodszych dzielnic w Warszawie. Rocznie przybywa tu pięć tysięcy mieszkańców. Miejsce bardzo zróżnicowane, ale mocno rozwijające się. I przez to wiąże się z tym chaos. Zamknięte osiedla, nie nadążająca infrastruktura - jest zamęt, ale widać też dynamikę. Każdy obszar ma swoją specyfikę: stary Tarchomin, klasyczne blokowisko (jak Gocław, Ursynów czy Targówek). Są też Nowodwory, zamieszkałe przede wszystkim młodymi ludźmi. Nigdzie indziej w Warszawie nie ma tylu spacerujących matek z wózkami. Fenomenem w skali Warszawy jest to, że na Białołęce otwierają się trzy szkoły jednocześnie. Cenna jest Zielona Białołęka, gdzie przeważają ludzie z zewnątrz, napływowi. Co innego jest na Henrykowie, Choszczówce związanej ze starą strukturą wsi, która ma swoją tradycję.

dr Krzysztof Mikołajewskifot. Kamil Dąbrowski

Na tak duże zainteresowanie tą dzielnicą ma chyba wpływ cena mieszkań...

To prawda. Większość osób osiedla się tutaj dlatego, że są najtańsze mieszkania w Warszawie. W dużym stopniu są to ludzie, którzy do Warszawy przyjechali za pracą, czyli z konieczności. Nie zmienia to jednak faktu, że wnoszą swój dorobek i w jakiś sposób próbują się tutaj zakorzenić. Dlatego są autentyczni. I w przeciwieństwie do innych rejonów miasta osiedlają się tu prawdziwi, nowi warszawiacy.

Czyli kto?

Wytłumaczę na przykładzie historii. Stolicę, za którą tęsknimy, czyli tą sprzed 1939 roku, ukształtowały osoby, które osiedlały się w Warszawie w drugiej połowie XIX wieku. Zapominamy o tym, że tworzyła ją ludność napływowa. Warszawa w drugiej połowie XIX wieku miała jeden z najwyższych wskaźników przyrostu zewnętrznego na świecie. Między rokiem 1800, a 1900 urosła ze 100 tysięcy do prawie miliona, czyli dziesięciokrotnie zwiększyła swoją liczbę.

Park przy ul. Magicznej Urząd m.st. Warszawy dzielnica Białołęka

A kim jest przeciętny mieszkaniec Białołęki?

To młody człowiek, między 25., a 35. rokiem życia, który zaczyna karierę zawodową i rodzinną. Nie jest to wolny strzelec,  raczej osoba, która ma stabilną pracę. Interesuje się sztuką, kulturą, ale bez przesadnej awangardy. Jest ciekawa nowych zjawisk, jednak bez chęci uczestnictwa w jakieś modzie, trendzie. I jest otwarta, ale nie ma predyspozycji do buntu.

 

SP przy ul. Topolowej na Białołęce Fot. Urząd m.st. Warszawy / urząd dzielnicy Białołęka

Przez lata Białołękę uważano za sypialnię Warszawy.

Część osób, która się tu osiedliła na pewno traktowała ją jako sypialnię. Jednak ostatnio to się zmienia. Oczywiście nie możemy porównywać się z innymi dzielnicami, takimi jak np. Śródmieście. Zresztą myślę, że Białołęka nie aspiruje to tego, by stać się kulturalnym centrum stolicy. Nie oto chodzi. Dzięki temu, że dopiero się rozwija, jest niedookreślona, daje szanse na pokazanie tego, że można na obrzeżach miasta tworzyć fajne życie, takie, po które nie trzeba jeździć do centrum. W tym miejscu dobrze odnajdują się działania lokalne, sąsiedzkie, kulturalne, ale szyte na miarę mieszkańca. Nie przerośnięte, nie konkurujące z instytucjami narodowymi.

 

Barakowóz Białołęckiego Ośrodka Kultury Fot. Białołęcki Ośrodek Kultury

I na tym polega jej autentyzm?

W nowych warszawiakach jest szczerość działania, chęć włączenia się w rytm miasta. Wbrew krzywdzącym opiniom chcą identyfikować się z miejscem w którym mieszkają. Jest to wyraźnie widoczne w „3 pokojach z kuchnią”, miejscu aktywności lokalnej na Zielonej Białołęce. Lokalsi na Brzezinach czy Choszczówce także organizują sobie życie kulturalne. Jest to świetny dowód na to, że jeżeli brakuje infrastruktury, to mieszkańcy potrafią sami się zorganizować. Tylko trzeba im dać do tego odpowiednie narzędzia. 

Definiują stolicę na nowo?

Ciekawą rzeczą jest, w jaki sposób opisują Warszawę. Na nowo określają symbole w przestrzeni. Znajdują całkiem inne punkty orientacyjne miasta, niż te do których jest przyzwyczajona zakorzeniona część mieszkańców. Hasło:  - „Idziemy do miśków” w pojęciu nowych warszawiaków już nie funkcjonuje. Dziś mówi się „idziemy do katedry”. To samo ze słowem „pedet”, mało, kto pamięta tę nazwę. Coraz więcej osób rzuca: - „Spotkajmy się przed kinem Praha”.

Jest pan rdzennym warszawiakiem?

Tak. Ale tego, że ktoś nie ma w metryce stołecznych przodków nigdy nie poczuwałem za coś złego. Wręcz przeciwnie uważam, że osoby, które przychodzą z zewnątrz, przynoszą coś dobrego, nowe spojrzenie, świeży powiew. Istota Warszawy polegała na tym, że zawsze zasysała, to co najlepsze z całego kraju. Uważam, że to duża wartość tego miasta.

Stąd pomysł na przyszłoroczny festiwal poświęcony współczesnemu modelowi warszawiaka?

Nad projektem pracujemy wspólnie z Muzeum Woli. Chcielibyśmy uszczypnąć temat, który nie do końca jest opowiedziany w Warszawie. Mało, kto zastanawia się nad tematem nowych warszawiaków. Uważamy, że kwestia jest za rzadko poruszana. Chcielibyśmy, aby wydarzenie pozwoliło przyjezdnym odnalezienie się w Warszawie, zdefiniowanie się. Pokazało, co mogą wartościowego do tego miasta wnieść. A proponują dynamizm, kulturę z różnych stron Polski, wrażliwość, nowe pomysły i inne spojrzenie na wiele spraw.

Praktycznie większość stołecznych pomników postawiliśmy przesiedleńcom. Symbol Warszawy ma twarz Krystyny Krahelskiej pochodzącej z Polesia.

Oprócz Marii Skłodowskiej - Curie większość osób, które tak mocno identyfikujemy z Warszawą, łącznie z królem Zygmuntem III Wazą, Bolesławem Prusem i Fryderykiem Chopinem, to osoby napływowe. Warszawa powinna być dumna z tego, że jest miastem przyjaznym, otwartym i  przyciągającym tyle ciekawych osób. To niesamowity potencjał i bogactwo, które warto, aby rodowici warszawiacy doceniali.

I nie nazywali przyjezdnych „słoikami”?

Boli mnie to, że nowych przybyszy określa się pejoratywnie. Natomiast samo słowo „słoik” wydaje mi się czymś ciekawym. W sposób symboliczny mówi o relacjach międzyludzkich. Przekazuje dużo ciepła, kojarzy się z czymś dobrym. Bo ile trudu, zaangażowania oraz dobrej myśli wiąże się z przygotowaniem przetworów dla bliskiej osoby. I jeśli to właśnie sformułowanie miałoby wprowadzić atomizację społeczną, to moim zdaniem takie określenie jest czymś złym.

 

* dr Krzysztof Mikołajewski, dyrektor Białołęckiego Ośrodka Kultury, doktor w zakresie nauk humanistycznych, zawodowo związany z działalnością kulturalną, pracował m.in. w Muzeum Powstania Warszawskiego i w Centrum Nauki Kopernik. Jest również członkiem Forum Kultury Mazowsze.