Morderstwa przedwojennej Warszawy. Mrożące krew w żyłach historie z 'Tajnego Detektywa'

Pierwszy numer 'Tajnego Detektywa' ukazał się w 1931 roku. I szybko stał się najpopularniejszym kryminalno-sensacyjnym tabloidem na polskim rynku. - Jego założyciel, dziennikarz Marian Dąbrowski, pomysł na stworzenie czasopisma wziął z Francji. Gdzie, od roku 1928 Gallimard, wydawał bardzo popularnego 'Detective'a' - wyjaśnia Jacek Dehnel, posiadacz ogromnej kolekcji przedwojennego czasopisma.

"Tajny Detektyw"

- W 'Tajnym Detektywie' można znaleźć zalążki miejskich legend, które do dziś krążą po Warszawie, opowieści o mezaliansach, zbrodniach z namiętności, pospolitych przekrętach, korupcji, śmiertelnych omdleniach, zbrodniczych spółkach, narkotykowych gangach i polskich Alach Capone. Słowem - mroczne korzenie współczesnego społeczeństwa z dużą dawką przesady i humoru - tłumaczy Dehnel.

Na co warto zwrócić uwagę, przeglądając gazetę? Przede wszystkim na ilustracje (nie zwracajcie jednak uwagi na literówki w naszym tekście, zamieszczamy bowiem cytaty z przedwojennych artykułów).

- Graficznie tygodnik był nieodrodnym dzieckiem swojej epoki: zwracał uwagę nowoczesną, pełną ekspresji typografią i wspaniałymi, pełnymi inwencji fotomontażami, wykorzystującymi zarówno operacyjne zdjęcia policji, jak i filmowe fotosy - tłumaczy Dehnel. Nadwornym grafikiem pisma został Janusz Maria Brzeski, ściągnięty przez Mariana Dąbrowskiego prosto z Paryża, gdzie pracował w agencjach fotograficznych i przy produkcji filmów dla wytwórni 'Paramount'.

Maria Wisnowska i  Aleksander Barteniew Maria Wisnowska i Aleksander Barteniew http://tajnydetektyw.blogspot.com/

Zabójstwo warszawskiej gwiazdy

Spodobało ci się? Polub nas

125 lat temu, 1 lipca 1890 roku, popełniono jedną z najsłynniejszych zbrodni miłosnych w historii Warszawy: w garsonierze, mieszczącej się w kamienicy na Nowogrodzkiej 14 rosyjski oficer Aleksander Barteniew, zastrzelił swoją kochankę, ulubienicę publiczności teatrów warszawskich, Marię Wisnowską.

Maria Wisnowską i  Aleksander Barteniewhttp://tajnydetektyw.blogspot.com/

Historię burzliwego romansu opisał oczywiście Tajny detektyw, o samej aktorce z czasopisma dowiadujemy się, że: 'Przybyła do Warszawy ze Lwowa i od razu zrobiła karjerę, stając się bożyszczem ówczesnych bywalców teatralnych Warszawy i całej młodzieży, którą czarowała ze sceny. Była najpopularniejszą aktorką, u stóp jej klękali wysokie stanowiska zajmujący wielbiciele, a w salonach schodziła się elita ówczesnej Warszawy?

Szczegółowo opisano także jej znajomość z oficerem gwardii Mikołajem Bartenjewem, synem bogatego kupca moskiewskiego: 'Znajomość zawarli w osobliwych okolicznościach. Przez długi czas Bartenjew każdego wieczora bez przerwy przybywał do teatru, zajmując jedno i rto samo miejsce. Jednocześnie z tem zaczęło się przysyłanie do garderoby Wisnowskiej wspaniałych kwiatów, do których wreszcie załączony został z prośbą o spotkanie.' '... W owym czasie Bartenjew wynajął garsonjerę przy ul. Nowogrodzkiej 14. Był to pokoik parterowy, odnajęty od stolarza, wybity dywanami, z oknami zabitemi deskami. Tam Wisnowska odwiedzała młodego oficera...'

http://tajnydetektyw.blogspot.com/http://tajnydetektyw.blogspot.com/

Nie brakuje też opisu śmierci aktorki: 'Pewnego dnia gruchnęła w Warszawie wieść o strasznym zabójstwie. W pokoiku przybranym kwieciem, znaleziono Wisnowską martwą, z przestrzeloną piersią. Twarz miała przykrytą chustką, przesiąkniętę chroloformem. Po zabójstwie przybiegł sam Bartenjew do swego przyjaciela, rotmistrza huzarów Jelea, zerwał z siebie szlify i rzucając je na stół, krzyknął: - Już nie jestem oficerem... Zabiłem Manię!...'.

Artystkę pochowano na Powązkach w alei katakumbowej. Po latach morderstwo zainspirowało wielu twórców, m.in. na podstawie historii w roku 1925 laureat Nagrody Nobla, Iwan Bunin stworzył 'Sprawę korneta Jełagina'. Kanwą powieści były akta procesu wydane w 1891 roku w Petersburgu. Z kolei w 1974 roku Władysław Terlecki napisał 'Czarny romans', a dwanaście lat temu powstał film na motywach zabójstwa pt. 'Igra v modern' w reż. Maksima Korostyszewskiego i Igora Efimowa.

Wiele by można pisać o sprawie Wisnowskiej - Agata Tuszyńska popełniła na ten temat dwie książki historyczne, powstało kilka powieści i przynajmniej dwa filmy (tuż po odzyskaniu niepodległości 'Ludzie bez jutra' Aleksandra Hertza z Węgrzynem w roli ułana, a w 2003 rosyjska 'Gra w modernizm'). Najsłynniejszym może odbiciem dramatycznego romansu jest 'Dieło korneta Jełagina' rosyjskiego noblisty, Iwana Bunina, które prędko ukazało się również po polsku, pod wymownie podkręconym tytułem: 'Marja Sosnowska. Sprawa korneta Jełagina'.
W roku 1933 od zbrodni mijały 43 lata (a nie 40, jak błędnie podaje 'Tajny'), ale pamięć o niej była wciąż żywa (sentymentalni fani aktorki nadal odwiedzali dawną garsonierę, a wówczas - jedynie mieszkanko stróża), zaś dziennikarze mieli dla czytelników smaczny kąsek. Odkryli Barteniewa, '63-letniego starca' pośród warszawskich włóczęgów...
"Tajny Detektyw" nr 46, rok I (29 XI 1931) http://tajnydetektyw.blogspot.co.at/

Krwawa zemsta księżniczki Woronieckiej

W 1931 roku 'Tajny Detektyw' donosił o morderstwie mężczyzny, szokującym z kilku przyczyn. Został on zabity przez kobietę, z którą miał romans. Powód zbrodni? Nie chciał się z nią ożenić. Ponadto bohaterką głośnego skandalu był nie byle kto, bo sama Zofia Zyta Woroniecka, księżniczka herbu Korybut. Sprawa, oczywiście, trafiła na okładkę czasopisma.

http://tajnydetektyw.blogspot.co.at/

Wiadomo, że Woroniecka zawarła znajomość z Janem Brunonem Boyem, właścicielem sklepu Boy i Spółka w 1931 roku. Miała wtedy 24 lata, a on - 40. Jak się szybko okazało, mężczyzna był nie tylko przedsiębiorcą, ale i łowcą posagów. Gdy zrozumiał, że jego narzeczona pomimo swojego wysokiego stanu społecznego reprezentuje podupadłą finansowo gałąź rodu Woronieckich, stracił zainteresowanie dziewczyną. I okazywał to bez ogródek: odwiedzał domy publiczne, a z czasem znalazł sobie kochankę - Stefanię Jennerówną, córkę łódzkiego bankiera.

http://tajnydetektyw.blogspot.co.at/

Arystokratka jest coraz bliższa załamania nerwowego. W mieszkaniu nad sklepem narzeczonego, podczas kłótni z Boyem wyciąga rewolwer i grozi, że się zabije, jeśli nie zawrą małżeństwa. Boy wręcz zachęca ją do samobójstwa. W odpowiedzi na to Woroniecka oddaje siedem celnych strzałów w jego kierunku.

Jak czytamy na stronie Jacka Dehnela, 'świadkowie zeznawali, ze Boy był utracjuszem, który pił i hulał, zaniedbując firmę i doprowadzając ją do ruiny': 'Od Woronieckiej spodziewał się wyciągnąć 200 tys. zł. Zatrudnił ją w swojej firmie jako kasjerkę, a gdy się nią znudził, zwolnił z posady'. Ponadto poznał niejaką 'Dzidzię' i kiedy księżniczka postawiła mu znane i lubiane ultimatum 'Albo ona, albo ja!', opowiedział się po stronie rzeczonej Dzidzi. Ze skutkiem śmiertelnym.

http://tajnydetektyw.blogspot.co.at/

W gazecie nie zabrakło relacji z sali sądowej: 'Nie męczyła mnie tyle myśl, że się z nim roztanę, ile zazdrość, że będzie należał do innej - kończy księżniczka swoje zeznanie, a przy tych słowach w oczach jej pojawia się dziwny błysk. - Żadnego żalu z powodu popełnionego czynu, żadnego objawu skruchy, nawet po dokonaniu okropnej zemsty. Pogarda obcego życia, niepohamowany, ognisty temperament, zawiedzione nadzieje doprowadziły ją do szału!'

Śledztwo zakończono w ciągu jednego dnia. Oskarżona trafiła na trzy lata do kobiecego więzienia przy ul. Dzielnej. 'Widziałem ją w czasie przewożenia do więzienia' - donosił autor artykułu podpisany jako 'Pomer'. - 'Twarz jej zdradzała niepokój, jednak patrzyła hardo i wyzywająco. Ani wyglądem, bardzo wulgarnym, ani ubiorem, pozbawionym zupełnie smaku, nie przypominała osoby inteligentnej, a już całkiem nie robiła wrażenia przedstawicielki starego rodu, wywodzącego się od udzielnych książąt litewskich Kory-but-Woronieckich'. Na wniosek rodziny została przeniesiona do szpitala psychiatrycznego w Tworkach. Jednak po trzech miesiącach pobytu wróciła z powrotem do więzienia.

Gazeta pokusiła się również o komentarz tłumaczący przyczynę morderstwa. - 'Kobiety są słabe... Może, ta słabość jest przyczyną, że silniej od mężczyzn reagują na zawód w miłości. Wielka miłość i narzeczeństwo zakończyła siedmioma zabójczymi strzałami.'

Jesienią 1931 roku 'Tajny detektyw' donosił w dwóch kolejnych numerach o dwóch kolejnych zbrodniach, nader do siebie podobnych pod każdym względem. Dwie kobiety zabiły, strzelając z rewolweru, dwóch mężczyzn, z którymi miały romans, a którzy nie chcieli się z nimi ożenić. Podobieństwa biją po oczach - zresztą oba morderstwa trafiły na dwie kolejne okładki. A jednak - wszystko w tych artykułach jest inne, wszystko jest inne w zdjęciach i sposobie opisania przestępstwa.
Na pierwszy ogień - księżna (bo ladies first, a kocmolukhas after them).Jesienią 1931 roku 'Tajny detektyw' donosił w dwóch kolejnych numerach o dwóch kolejnych zbrodniach, nader do siebie podobnych pod każdym względem. Dwie kobiety zabiły, strzelając z rewolweru, dwóch mężczyzn, z którymi miały romans, a którzy nie chcieli się z nimi ożenić. Podobieństwa biją po oczach - zresztą oba morderstwa trafiły na dwie kolejne okładki. A jednak - wszystko w tych artykułach jest inne, wszystko jest inne w zdjęciach i sposobie opisania przestępstwa.
"Tajny Detektyw" nr 49, rok I (20 XII 1931) http://tajnydetektyw.blogspot.co.at/

Duńczyk z Zielonki

A teraz ciekawostka dla fanów filmu 'Vabank'. Juliusz Machulski, pisząc scenariusz swojego reżyserskiego debiutu korzystał z 'Tajnego Detektywa'. Gazeta pojawiła się nawet w jednej ze scen kultowego filmu.

Kadr filmowy z BeatąTyszkiewicz (fałszywa hrabina) i Leonardem Pietraszakiem (Kramer) oraz rozłożonym numerem Kadr z filmu 'Vabank'

- Tak czy owak, Duńczyk istniał (acz nie J.J., a Tadeusz) i był nie tyle doświadczonym kasiarzem, specem od alarmów, ale zupełnym nowicjuszem - raczej bez widoków na to, że dojdzie do legendarnej wprawy - mówi Jacek Dehnel. Dzięki pisarzowi, który skompletował materiały związane ze zbrodnią, możemy poznać jej szczegóły.

Tadeusz Duńczyk, w dniu krwawego napadu miał 21 lat i mieszkał w podwarszawskiej Zielonce. Na ofiarę rabunku upatrzył sobie 29 letnią Helenę Lieberman, żonę zamożnego kupca. Dla władz śledczych nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że Liebermanowa spostrzeżona została przez zbrodniarza dopiero w lombardzie, gdzie czatował na ofiarę. 'Jest zalana krwią, spływającą obficie z dwóch ran, zadanych w głowę. Biła nieprzytomna. Lekarz orzekł, że rany zadane były ostrem narzędziem żelaznem. Po nałożeniu opatrunku, ranna odzyskała przytomność, dzięki czemu policja mogła dowiedzieć się o przebiegu napadu' - opisywał sprawę tygodnik.

'Krytycznego dnia Liebermanowa udała się do lombardu, celem zestawienia kosztownego pierścienia brylantowego. Otrzymawszy pod zastaw pierścienia 1.000 złotych, włozyła je do torebki ręcznej i spokojnie wyszła na ulicę, że od tej chwili śledzi ją drapieżnie zbrodniarz, snujący się za nią, jak cień, z zamiarem pozbawienia jej życia dla zdobycia wypłaconych przed chwilą przez lombard pieniędzy.'

Tajny DetektywTajny Detektyw

'Z placu Napoleona p. Lieberman udała się na Nowogrodzką 9, celem załatwienia sprawunku u modystki. Po wejściu na klatkę schodową, p. Lieberman spostrzega jakiegoś osobnika, który tuż za nią wślizgnął się na schody.

W tym momencie coś ją tknęło. Na pierwszym półpiętrze zatrzymała się, ażeby przepuścić nieznajomego. Osobnik ją minął, lecz na drugim półpiętrze zatrzymał się nagle, jakby do sprawdzenia w notesiku adresu. W chwili, gdy kobieta go mijała, osobnik błyskawicznym ruchem wyjął kawał żelaza i znienacka zadał p. Lieberman uderzenie w głowę. Cios był tak silny, że czaszka załamała i napadnięta bez jęku zwaliła się nieprzytomna z nóg. Napastnik wyrwał jej torebkę i przez nikogo niespostrzeżony, wymknął się ulicę.

Ciekawe jest, że w chwili dokonania napadu dozorca domu zajęty był w bramie oliwieniem furtki, lecz nie spostrzegł on zbrodniarza, ani wchodzącego ani wychodzącego. Ranną p. Liebermannową znalazł po kilku minutach na schodach ktoś z domowników p. Lińskiej. Przewieziono ją w stanie bardzo ciężkim do kliniki Sołowiejczyka, gdzie dokonano trepanacji czaszki.

W zrabowanej torebce, oprócz tysiąca złotych, otrzymanych w lombardzie, były inne drobiazgi oraz złote pióro z inicjałami 'H. L. 1920', otrzymane niegdyś przez Liebermanową w podarku ślubnym, które później, w czasie śledztwa, ostatecznie zgubiło zbrodniarza przy jego demaskowaniu.'

Na zakończenie jeszcze ciekawy kontekst: w Narodowym Archiwum Cyfrowym znalazło się kilka fotografii z procesu Duńczyka: widok ogólny składu sędziowskiego (przewodniczy sędzia Jan Duda), dalej prokurator Stanisław Furstenberg i wreszcie Duńczyk na ławie oskarżonych (zasłania twarz) w towarzystwie swojego obrońcy, Ludwika Kwiatkowskiego, oraz dość bezbarwnego strażnika czy woźnego.

http://tajnydetektyw.blogspot.co.at/

W Narodowym Archiwum Cyfrowym znajdują się fotografie z procesu Duńczyka, na zdjęciach widoczny jest sędzia Jan Duda, prokurator Stanisław Furstenberg i Duńczyk w towarzystwie swojego obrońcy, Ludwika Kwiatkowskiego.

Proces przeciwko Tadeuszowi Duńczykowi oskarżonemu o napad rabunkowy na Helenę Lieberman przed Sądem Okręgowym w WarszawieNarodowe Archiwum Cyfrowe

Proces przeciwko Tadeuszowi Duńczykowi oskarżonemu o napad rabunkowy na Helenę Lieberman przed Sądem Okręgowym w WarszawieNarodowe Archiwum Cyfrowe

Proces przeciwko Tadeuszowi Duńczykowi oskarżonemu o napad rabunkowy na Helenę Lieberman przed Sądem Okręgowym w WarszawieNarodowe Archiwum Cyfrowe

"Tajny Detektyw" nr 25, rok IV, 17 VI 1934 http://tajnydetektyw.blogspot.co.at/

Satanistyczne zbrodnie: dr Bruze

- W latach 30. o rzekomej satanistycznej sekcie informowało ponad 300 tytułów prasowych. Ale to w 'Tajnym Detektywie' zaczęto budować legendę diabolicznego sadysty, doktora Bruze - tłumaczy we wstępie do swojej najnowszej książki Jacek Dehnel.

A gazeta o sprawie pisała tak: 'Od dawna opowiadano, że w samotnej wilii, stojącej na skraju osiedla Gołąbki pod Warszawą, odbywają się jakieś dziwne obrzędy. Mieszkańcom osady ukazywał się niekiedy tajemniczy 'przeor' sekty, osobnik w ciemnych okularach, chadzający w habicie zakonnym. Wtajemniczeni opowiadali, że 'dr Bruze' cierpiał od wczesnej młodości na pewne zboczenia seksualne i zajmował się intenzwynie okultyzmem - donosił w 1934 roku Tajny Detektyw. - 'Na arenę wystąpił 'dr Bruze', zakładając w Warszawie 'akademję' hermetyczną. Po pewnym czasie zbrodniczy hipnotyzer usidlał pewną zredukowaną urzędniczkę i wespół z nią rozpoczął działalność na niwie religijnej'.

Z gazety dowiadujemy się również, że prawą ręką dra Bruze był syn znanego przed wojną bankiera warszawskiego, który odsiadywał w Paryżu karę więzienia za kradzież biżuterii swojej kochanki. 'Dr Bruze' stał się duszą licznego grona adeptów, wiodąc ich ku 'doskonałości', która w myśl wskazań 'dra Bruze', można osiągnąć przez unicestwienie ciała, hamującego wyzwolenie ducha z oków materji. Todeż w sekcie dra Bruze biczownie wzajemne jest na porządku dziennym, przyczem bywa ono zazwyczaj jednostronne, sprowadzając się po prostu do sadyzmu.'

http://tajnydetektyw.blogspot.co.at/

Jak wyjaśnia Jacek Dehnel: - Warszawskie samobójstwa okultystyczne rozpoczęły się w roku 1924 (od apokryficznej, być może, śmierci niejakiego Wł. Ż., syna profesora politechniki), ale zainteresowanie prasy datuje się od zgonu Eugeniusza Rostkowskiego (1926), po nim zabili się Bolesław Wójcicki i Lucjan Krzyżewski, następnie dwie studentki, Wanda i Beata, wreszcie Zbigniew Werner (1930). Przy Rostkowskim znaleziono ponoć karteczkę z odręcznym napisem: Z rozkazu Szatana. Bracia oczekują. Strzał. Północ i hebrajską literą szin dwudziesta pierwsza litera alfabetu hebrajskiego, według prasy oznaczająca symbol 'Szeloszeta' (Szatana). Podobne karteczki znajdowano przy pozostałych samobójcach.

Pisarz nie do końca zgadza się z tezą tygodnika. Jak mówi litera szin reprezentuje również duszę świata i zrozumienie życia. - W tym kontekście bardziej zrozumiałe wydają się umiejscowione na karcie słowa 'powrót do absolutu'. Szin można rozpatrywać na trzech poziomach. Poziom realny to zrozumienie życia, poziom duchowy - dusza świata i poziom mityczny - duch Boga. Szin będzie zatem pojmowaniem w pełnym znaczeniu inteligencji, duszy i ducha, operujących na trzech poziomach świadomości, ale nieoddzielnie - tłumaczy. Podkreśla też, że samobójcy należeli do Zakonu Martynistów, w którego manifeście z roku 1921 możemy przeczytać: 'Przypomnijmy sobie, że Chrystusa przedstawia litera Szin i owo Szin, Symbol Chrystusa, powinno być dla nas Granicą Równowagi i Granicą Zgody, uzgadniającą podwójne przeciwstawne elementy: Dobro i Zło, Materię i Ducha, Ciemność i Światło'.

"Tajny Detektyw" nr 25, rok IV, 17 VI 1934, "Ilustrowana Republika" nr 140 rok XII, 24 V 1934 http://tajnydetektyw.blogspot.co.at/

Orgia i śmierć porucznika Uchnasta

Spodobało ci się? Polub nas

Niezwykle ciekawa i szokująca jest, opisana przez Jacka Dehnela, śmierć w mieszkaniu państwa Meyerów:

Tam, gdzie dziś wypada mniej więcej środek warszawskiego placu Konstytucji, przed wojną był narożnik Marszałkowskiej i Koszykowej: czteropiętrowa eklektyczna kamienica, nakryta zdobną kopułą. To właśnie tutaj, w dwupokojowym mieszkaniu na drugim piętrze oficyny, w maju 1934 roku doszło do satanistycznej orgii i tajemniczej śmierci polskiego ułana.

za portalem Warszawa1939http://tajnydetektyw.blogspot.co.at/

Mieszkanie należało do małżeństwa Meyerów. W majową noc pani Julia Meyerowa, wyekspediowawszy męża, Ewarysta, w podróż do Gdańska, sprosiła gości: swojego kochanka, Tadeusza Gutnajera, dwie koleżanki, Marię Wierzejską i rotmistrzową Okulicz-Kozarynową, a dla pań do pary dwóch poruczników z 10. pułku ułanów w Białymstoku: Marcelego Marcinkowskiego i przyszłego denata, Stanisława Uchnasta. 'Tajny Detektyw' opisał szczegółowo starania gospodyni, która zadbała o aprowizacje, lokum, wystrój wnętrz i przyjemną atmosferę:
W przytulnym pokoju stołowym urządzono libację, w czasie której rozwieszono na ścianach pornograficzne obrazki, a kiedy goście wpadli już w nastrój, rozdzielono się na trzy pary, które tworzyli: gospodyni domu z p. Gutnajerem, p. Wierzejska z por. Marcinkowskim i p. Okulicz-Kozarynowa z por. Uchnastem. Pierwsza para ulokowała się w sypialni, druga w saloniku, a trzecia w kuchni.
Pod jednym względem jednak, że pozwolę sobie zauważyć, gospodyni nie umiała się zachować, sama brukając cudzołóżczo własne łoże małżeńskie, zamiast odstąpić je gościom i wycofać się do najmniej prestiżowego pomieszczenia. Tak czy owak, pary bawiły się szampańsko, ale nad ranem z rzeczonej kuchni dał się słyszeć strzał. Kiedy pozostali - zapewne skąpo ubrani - uczestnicy orgietki stanęli w progu, zobaczyli krwawiącego ułana, który przed śmiercią wyszeptał tylko 'Ostatni rozkaz'. Na Marszałkowską wezwano policję:
Przy łóżku leżał trup, z piersi przez mundur sączyła się krew. Prawa ręka nieboszczyka kurczowo trzymała rewolwer. - Zapewne samobójstwo wyrwało się policjantowi. Lecz w tej chwili za plecami policjantów rozległ się głos kobiety. - To ja go zabiłam. Przed policjantami stanęła kobieta w średnim wieku, ubrana szykowanie. Wygląd miała straszny, Włosy rozwichrzone, głowa opadała jej na piersi, a twarz boleśnie była skurczona o błędnem spojrzeniu zamglonych oczu. -Tak, to ja go zabiłam - powtórzyła i z jękiem osunęła się na ziemię.
Kiedy jednak odzyskała przytomność, nie przyznawała się już do winy, a lekarze orzekli samobójstwo. Jednakże tajemnicze ostatnie słowa ułana i przedziwny stan rotmistrzowej wystarczyły, by część prasy uznała, że chodziło o hipnozę - choć, oczywiście, wystarczyło, że zblazowana pani Okulicz-Kozaryn zażądała od kochanka 'Jeśli nie chcesz mojej zguby, kulę w pierś swą poślij, luby'. On szeptałby o rozkazie, ona - że go zabiła. Niezbyt metafizyczne powody śmierci sugerowała też czytelnikom 'Ilustrowana Republika' (zwracam uwagę, że powściągliwie nie podała nic o pornograficznych obrazkach, a pitigrillenie się z inflagrantem określiła jako 'asystowanie'):

Mieszkanie należało do małżeństwa Meyerów. W majową noc pani Julia Meyerowa, wyekspediowawszy męża, Ewarysta, w podróż do Gdańska, sprosiła gości: swojego kochanka, Tadeusza Gutnajera, dwie koleżanki, Marię Wierzejską i rotmistrzową Okulicz-Kozarynową, a dla pań do pary dwóch poruczników z 10. pułku ułanów w Białymstoku: Marcelego Marcinkowskiego i przyszłego denata Stanisława Uchnasta. 'Tajny Detektyw' opisał szczegółowo starania gospodyni, która zadbała o aprowizacje, lokum, wystrój wnętrz i przyjemną atmosferę:

'W przytulnym pokoju stołowym urządzono libację, w czasie której rozwieszono na ścianach pornograficzne obrazki, a kiedy goście wpadli już w nastrój, rozdzielono się na trzy pary, które tworzyli: gospodyni domu z p. Gutnajerem, p. Wierzejska z por. Marcinkowskim i p. Okulicz-Kozarynowa z por. Uchnastem. Pierwsza para ulokowała się w sypialni, druga w saloniku, a trzecia w kuchni.

Pod jednym względem jednak, że pozwolę sobie zauważyć, gospodyni nie umiała się zachować, sama brukając cudzołóżczo własne łoże małżeńskie, zamiast odstąpić je gościom i wycofać się do najmniej prestiżowego pomieszczenia. Tak czy owak, pary bawiły się szampańsko, ale nad ranem z rzeczonej kuchni dał się słyszeć strzał. Kiedy pozostali - zapewne skąpo ubrani - uczestnicy orgietki stanęli w progu, zobaczyli krwawiącego ułana, który przed śmiercią wyszeptał tylko 'Ostatni rozkaz'. Na Marszałkowską wezwano policję. Przy łóżku leżał trup, z piersi przez mundur sączyła się krew. Prawa ręka nieboszczyka kurczowo trzymała rewolwer. - Zapewne samobójstwo wyrwało się policjantowi. Lecz w tej chwili za plecami policjantów rozległ się głos kobiety. - To ja go zabiłam. Przed policjantami stanęła kobieta w średnim wieku, ubrana szykowanie. Wygląd miała straszny, Włosy rozwichrzone, głowa opadała jej na piersi, a twarz boleśnie była skurczona o błędnem spojrzeniu zamglonych oczu. - Tak, to ja go zabiłam - powtórzyła i z jękiem osunęła się na ziemię.

Kiedy jednak odzyskała przytomność, nie przyznawała się już do winy, a lekarze orzekli samobójstwo. Jednakże tajemnicze ostatnie słowa ułana i przedziwny stan rotmistrzowej wystarczyły, by część prasy uznała, że chodziło o hipnozę - choć, oczywiście, wystarczyło, że zblazowana pani Okulicz-Kozaryn zażądała od kochanka 'Jeśli nie chcesz mojej zguby, kulę w pierś swą poślij, luby'.

źródło

* Tajny Detektyw. Ilustrowany Tygodnik Kryminalno Sądowy', wzorowany na francuskim 'Détective' (wydawanym przez koncern medialny Gallimarda od roku 1928), wychodził od stycznia 1931 do początków 1935 roku jako dodatek do największego dziennika polskiego międzywojnia: popularnego krakowskiego IKaCu, czyli Ilustrowanego Kuriera Codziennego. Z jednej strony był kroniką przestępstw krajowych (utrzymywał w całej Polsce szereg korespondentów, zapewne zresztą będących stałymi współpracownikami IKC), z drugiej - donosił, często zresztą przekręcając fakty, nazwy i nazwiska bohaterów, o tym, co dzieje się w światku przestępczym, policji i więziennictwie w innych państwa.

** Projekt 'Tajny Detektyw' to interdyscyplinarne przedsięwzięcie. Na podstawie wybranych z tygodnika artykułów powstały piosenki przygotowane przez zespół Tajny.
którego autorką większości kompozycji na płycie jest Małgorzata Tekla Tekiel, basistka zespołu Będzie Dobrze, Pudelsi, Soomood, aranżerka i twórczyni muzyki do spektakli teatralnych. Oprócz niej w skład formacji wchodzą: Mewa Chabiera, Tomasz Głuc, Grzegorz Kosowski, Marcin Młynarczyk i Paulina Owczarek. Autorami tekstów piosenek są Jacek Dehnel (poeta, prozaik, tłumacz, laureat Paszportu Polityki za powieść 'Lala', finalista Nagrody Literackiej Nike) oraz Barbara Klicka (poetka, za tom 'same same' nominowana do wrocławskiej nagrody poetyckiej Silesius).

 

Więcej o: