'Wszystko, co robię, jest na pokaz. Wolę nie zapłacić za prąd, ale kupić dobre ciuchy'

- Czasami nie płacę rachunków, by mieć kasę na lunch ze znajomymi. Zarabiam zbyt mało, do czego się nie przyznam. Wole udawać bogatszą niż jestem i żyć na kredyt - mówi Paulina. Tak żyje wielu warszawiaków.
Plac Zbawiciela Plac Zbawiciela ADAM STĘPIEŃ

"Bywa, że nie ma kasy na czynsz, ale na kino czy lunch musi być"

- Wiem, że to brzmi fatalnie, dlatego nikomu nie mówię o swoich problemach finansowych - zaczyna Wojtek, który w Warszawie mieszka od 10 lat. - Czasami jest tak, że nie mam pieniędzy na czynsz czy rachunek za telefon, a mimo to idę ze znajomymi na lunch czy do kina, a pieniądze biorę z puli odłożonej na mieszkanie - dodaje. A jak zabranie na czynsz? - To dzwonię do rodziców - mówi i przyznaje się, dlaczego tak robi: Moi znajomi żyją w dostatku, wstyd mi się przyznać, że mi się nie powiodło.

Wojtek ma 32 lata i jest z Katowic. Do Warszawy przyjechał na studia. Wybrał marketing i zarządzanie na prywatnej uczelni. Naukę opłacili mu rodzice.

Po studiach szybko znalazł mieszkanie i pracę. Wszystko układało się według planu. Po kilku latach zdobył stanowisko marketingowca w jednej z warszawskich korporacji. Z czasem ułożył sobie także życie uczuciowe i towarzyskie. Znalazł przyjaciół i miłość. Myślał nawet o kupnie mieszkania.

Jak podkreśla, początki życia w Warszawie były spełnieniem jego marzeń o życiu w wielkim mieście. Do czasu.

"Nie mogłem przyznać się do porażki"

- W 2013 roku straciłem stałą pracę i musiałem pożegnać się z etatem, a co za tym idzie - ze stałymi dochodami - wyznaje. 32-latek od pięciu nie zagrzał miejsca na stałe w żadnej firmie, ale o powrocie do rodzinnego domu nawet nie chce słyszeć. - Do dziś nie powiedziałem rodzinie, że straciłem robotę. To oznaczałoby przyznanie się do porażki - mówi. Jak twierdzi, poza Warszawą panuje stereotyp, że kto wraca ze stolicy w rodzinne strony na stałe, to znaczy, że jest nieudacznikiem.

Zamiast przyznać się do porażki, ale jednocześnie ratować domowy budżet, Wojtek woli tworzyć iluzję idealnego życia, gdzie ma wszystko i niczego mu nie brakuje. Iluzję, w którą wierzą rodzice, ale także przyjaciele z Warszawy.

- Przez te wszystkie lata nauczyłem się skutecznie kamuflować brak pieniędzy. Wszystko, co robię, jest na pokaz. Wolę nie zapłacić za prąd, ale kupić dobre ciuchy, by się 'pokazać'. Wolę nie kupić jedzenia do domu, niż przyznać się przed znajomymi, że nie mogę iść z nimi na kolację, bo mój dzienny budżet to 10 złotych - wylicza.

Biedronka Biedronka Fot. Mieczyslaw Michalak / Agencja Gazeta

Nieraz rozważałem pójście do lepiej płatnej pracy

Wojtek dodaje, że bywa, że ma tak mało pieniędzy na życie, że dzienna stawka spada nawet do 5 zł. Przekonuje, że podobnie jak on, żyje w Warszawie wielu. Wie o tym z internetowych forów.

Na pytanie, czy próbował w ciągu tych pięciu lat znaleźć lepiej płatną pracę, odpowiada: Oczywiście. Nieraz to rozważałem. Taka czeka na mnie chociażby... w Biedronce. Ale to jest właśnie przyznanie się do porażki - że nie wyszło mi w zawodzie. Wciąż liczę, że moja sytuacja się odmieni.

Z opublikowanego przez Główny Urząd Statystyczny raportu 'Jakość życia w Polsce' dowiadujemy się, że w 2016 roku wskaźnik złej samooceny budżetu domowego wyniósł aż 25,4 proc. Natomiast brak pieniędzy na żywność w 2015 roku dotyczyła ponad 5 procent gospodarstw domowych w Polsce.

Bątą Bątą Fot. Agata Grzybowska / Agencja Gazeta

"Jestem zmęczona takim życiem"

- Jestem zmęczona takim życiem - tłumaczy Ewa, 36-letnia mieszkanka Ursynowa. Podobnie jak Wojtek, wstydzi się, że zarabia mało. Żeby ukryć niskie zarobki, udaje przed znajomymi, że żyje w dostatku. - Zaczęłam pożyczać pieniądze jakieś dwa lata temu - wyjaśnia 36-latka. Dlaczego? - Zabrakło mi na czynsz, więc zdecydowałam się na zrobienie debetu. No i stało się. Dalej nie dało się już zatrzymać tej fali - życia na kredyt - wyznaje. Mimo to, nie rezygnuje z takiego stylu życia. Wciąż żyje ponad stan.

Jak przyznaje, mieszkała w wielu miastach Polski, zarówno w Poznaniu, jak i Krakowie, ale dopiero w Warszawie wpadła w problemy. - Pracuję w jednej z prywatnych firm, jako pomoc biurowa. Zarabiam niecałe trzy tysiące złotych miesięcznie. Mimo to, nie wystarcza mi na wszystko. Szczególnie odczuwam to, gdy spotykam się z przyjaciółkami na kawę. I wylicza: Z zazdrością słucham, jak jedna z koleżanek opowiada, że pojechała na wakacje do Włoch, a druga, że kupiła działkę pod Warszawą. A ja? Wstyd się przyznać, ale dla mnie nawet kawa za 12 złotych to bardzo duży wydatek.

Brak pieniędzy odbiera poczucie godności

I wyjaśnia, jak to możliwe: Ciężko pracuję, a nie stać mnie na wiele przyjemności. Większość swojej pensji wydaję na wynajem mieszkania, bo nie mam ani bogatego męża, ani zamożnych rodziców, którzy by mi je kupili. Do tego trzeba opłacić rachunki za telefon, kupić leki, coś do jedzenia, nakarmić psa i kota.

Ewa potwierdza jednocześnie słowa Wojtka. Trudno przyznać się do braku pieniędzy nawet przed najbliższymi: W najbliższy weekend przyjaciółka, z którą nie widziałam się już od dłuższego czasu, zaproponowała, abyśmy wybrały się do na hiszpański bufet śniadaniowy, czyli płacisz 30 zł i jesz, ile chcesz. Głupio mi odmówić. Stęskniłam się za Julią, chciałabym z nią miło spędzić czas. Ale nie przyznam się, że nie mam kasy, aby się z nią spotkać. Co zrobi 36-latka? - Pójdę i zapłacę kartą kredytową - mówi.

Przekonuje, że brak pieniędzy odbiera jej poczucie godności. - Może łatwiej by mi było, gdybym była bezdomna? Wtedy nikt by ode mnie niczego nie oczekiwał.

Wnętrza Multikina w Złotych Tarasach, Warszawa - 2007 Wnętrza Multikina w Złotych Tarasach, Warszawa - 2007 Robert Majkut Design

"Tylko nie mów nikomu, że sobie nie radzisz"

Paulina, 30-latka z Warszawy, mówi, że poczucie wstydu jest jednym z głównych motorów napędowych udawania idealnego życia. - Ja nie mówię, że nie stać mnie na życie w Warszawie, bo nikogo takie tłumaczenia nie interesują. Raz powiedziałam przyjaciółce o moim problemie, to skwitowała to słowami: "Tylko nie mów nikomu, że sobie nie radzisz, bo wyjdziesz na niedojdę". Więc nigdy nie powiedziałam - wyznaje.

Paulina jest dziennikarką. Pracuje dla jednego z ogólnopolskich portali internetowych. - Panuje stereotyp, że ludzie w mediach zarabiają ogromne pieniądze, gdy w rzeczywistości ja zarabiam niecałe dwa tysiące złotych - mówi. W efekcie to, co zarobi, wydaje od razu na czynsz, który wynosi 1800 złotych. - Zostaje mi dwieście złotych w kieszeni, co na warszawskie realia jest śmieszną kwotą - dodaje.

Arkadia Warszawa Arkadia Warszawa PRZEMEK WIERZCHOWSKI

"Presja "warszawki" jest tak duża, że zaciągnęłam kredyt, żeby kupić iPhone'a"

Domowy budżet reperuje dodatkowymi zleceniami, jak pisanie tekstów reklamowych, ale, jak opowiada, są to sumy rzędu 300 złotych w miesiącu. Paulina mówi, że z taką sumą pieniędzy powinna siedzieć w domu, jeść jedzenie z dyskontu i zapomnieć o życiu towarzyskim. Zamiast tego, umawia się z koleżankami na lunche.

- Mam do wyboru: albo zapełnić lodówkę jedzeniem i skazać się na towarzyską banicję, albo wyjść na tzw. miasto - mówi. Żeby normalnie żyć, Paulina od kilku lat żyje na kredyt. - Zaczęło się od małej pożyczki na iPhone'a, bo wszystkie koleżanki miały takie telefony. Potem zdecydowałam się na kartę kredytową, by mieć zawsze pieniądze przy sobie - tłumaczy warszawianka. - Byłam zmęczona wiecznym tłumaczeniem się, dlaczego nie wybieram się na wieczór panieński znajomej czy na urodziny kolegi. Prawda była taka, że nie było mnie na te imprezy po prostu stać - dodaje.

Czy Paulina próbowała znaleźć lepiej płatną pracę? - Lubię swoją pracę. Zarabiam tyle, że starcza mi na czynsz. Wciąż mam nadzieję, że wszystko się ułoży. Jeżeli kiedyś miałabym porzucić swój zawód, musiałabym być o tym w stu procentach przekonana. Na razie nie widzę się w innej branży - wyjaśnia.

Multikino w warszawskim centrum handlowym Złote Tarasy Multikino w warszawskim centrum handlowym Złote Tarasy Adam Stępień

"Niemal każde wyjście na miasto opłacam z kredytu"

Paulina stwierdza, że na początku "życie na kredyt" miało być tylko na chwilę, aż uda się załatać domową dziurę w budżecie. Stało się inaczej.

- Dziś niemal każde wyjście na miasto jest opłacane z kredytu. Wiem, że to iluzja wspaniałego życia w Warszawie, o którym tak wielu marzy. Życia, w którym stać mnie na wszystko i nie muszę sobie niczego odmawiać. - Ale prawda jest taka, że zarabiam zbyt mało, do czego się nie przyznam. Więc wolę udawać bogatszą niż jestem i żyć na kredyt - podsumowuje.

To, że zaczynamy żyć coraz chętniej na kredyt, pokazują nawet raporty Narodowego Banku Polskiego. Tylko na koniec trzeciego kwartału 2017 roku znajdowało się na rynku polskim aż 38,5 mln kart płatniczych, z czego duża część to karty kredytowe.

Zdjęcie ilustracyjne Zdjęcie ilustracyjne Shuttershock

Psycholog: Takie życie jest bardzo stresujące

Psycholog Adam Konrad Lewanowicz wyjaśnia, skąd takie zjawisko się bierze. - Do Warszawy wielu ludzi przyjeżdża z nastawieniem, by osiągnąć sukces. Niestety, na miejscu dochodzi do tzw. zderzenia z rzeczywistością, czyli okazuje się, że życie w tak dużym mieście jest droższe. Wielu nie potrafi tej rzeczywistości sprostać i zaczyna się pojawiać widmo porażki, czyli "nie udało mi się w Warszawie, co powiedzą rodzina i przyjaciele?". Dla wielu to główny powód, by zacząć sięgać np. po kredyty niż przyznać się do słabości - dodaje.

Psycholog wyjaśnia, że z tzw. życiem na pokaz trzeba uważać, bo może mieć dla niektórych zgubne skutki: takie życie jest bardzo stresujące. Gdy stres trwa zbyt długo, niektórzy przestają sobie z nim radzić - wyjaśnia Lewanowicz. - Jedni skorzystają np. z porady psychologa, inni niestety sięgną po używki - dodaje.

Z drugiej strony podkreśla, że samo posiadanie kredytów nie musi być negatywne w skutkach i uspokaja: Są ludzie, dla których jest to bardzo mobilizujące.

***

Czy też żyjecie na kredyt w Warszawie? Napiszcie do nas: metrowarszawa@agora.pl

Więcej o:
Komentarze (58)
"Wszystko, co robię, jest na pokaz. Wolę nie zapłacić za prąd, ale kupić dobre ciuchy"
Zaloguj się
  • tryton0

    Oceniono 120 razy 116

    Fakt, że w Warszawie nie jest tanio, fakt, że życie na kredyt jest stresujące, ale w tym wszystkim dużo gorsze jest stałe przebywanie w otoczeniu ludzi, dla których pieniądze są wyznacznikiem wartości człowieka. Zawsze było tak, że nie wszyscy zarabiali tak samo dobrze, ale kiedyś większość ludzi nie wstydziła się, że zarabia mniej od przyjaciół czy znajomych - taka była prawda i nikt nie musiał czuć się gorszy tylko dlatego, że nie ma kasy, żeby pójść ze znajomymi na kawę, mówiło się o tym otwartym tekstem i nikt nie robił z tego problemu. Mniej przywiązania do pieniędzy daje poczucie swobody - naprawdę nie wszyscy muszą mieć działki, samochód dla każdego członka rodziny i wyjeżdżać na wakacje do Włoch. Okupowanie ciągłym stresem każdego lunchu, kawy, czy ciucha to prosta droga do tego, żeby za 10 lat być znerwicowanym wrakiem, którego nie ucieszy już nic poza maybachem. Z urodzenia jestem warszawianką, ale przez 26 lat mieszkałam na Ursynowie - to rzeczywiście dzielnica finansowywch snobów, gdzie poważnie chory człowiek nie doczeka wspólczucia i chęci pomocy ze strony sąsiadów, za to usłyszy pytanie, czy na zwolnieniu lekarskim dużo mniej dostaje pieniędzy niż zwykle. Na szczęście już tam nie mieszkam - na mojej rodzinnej Pradze nawet zwykłe przeziębienie prowokuje pytania o pomoc przy wychodzeniu z psem, o zrobienie zakupów, o wykupienie lekarstw, a na przeziębienie najlepsze są domowo przerobione maliny do herbaty, w związku z czym kilka słoików takich malin wylądowało w mojej kuchni ;-) Wszystko zależy od ludzi i trochę dziwię się wypowiedzi psychologa - człowiek żyjący w stresie z powodu pieniędzy ma wielki problem, ale problemem jest również jego otoczenie, które z wartości ceni tylko "ile", bo tak naprawdę nie mała ilość pieniędzy, ale postrzeganie tego przez ludzi stanowi przyczynę tych wszystkich przytoczonych smutnych wypowiedzi.

  • my_kroolik

    Oceniono 95 razy 91

    A ja myślę o drugiej stronie ich życia na kredyt - o wierzycielach. Tych wszystkich znajomych naciąganych na kasę, wspólnotach mieszkaniowych nie otrzymujących czynszu, kontrahentach z nie zapłaconymi fakturami. Pracuję na wysokim stanowisku, zarabiam dużo, ale mam telefon Huawei, bo zwyczajnie szkoda mi pieniędzy na płacenie za drogą markę Tutaj paniusia pracująca na poziomie kasy w Biedronce musi mieć iPhona, bo koleżanki mają. Ręce opadają.

  • aksonometria

    Oceniono 56 razy 56

    Pierwsza rzecz która mi przyszła do głowy po przeczytaniu tego tekstu to oni nie mają przyjaciół. Ja też przyjechałam z Warszawy z małego miasteczka, 15 lat temu. Studiowałam i na studiach spotkałam ludzi o których mogę powiedzieć że są moimi przyjaciółmi. Różnie zarabiamy ale cały czas się trzymamy ze sobą, mimo dzieci, kredytów na mieszkanie raz na jakiś czas zawsze się spotkamy. Jak ja szukałam pracy to wszyscy strzygli uszami u siebie dookoła czy u nich kogoś nie potrzeba (2 razy 8 miesięcy bezrobocia). Jak przyjaciółka przyszła i powiedziała że firma w której pracowała 9 lat robi redukcję zatrudnienia i dostała wypowiedzenie to wszyscy zaczęli jej szukać pracy. Akurat w firmie w której pracuję było sporo etatów więc ją namówiłam żeby złożyła. Z moją ówczesną TL pogadałam, że moja dobra koleżanka złożyła aplikacje, że jest bardzo fajna i by się nadawała i poprosiłam czy nie mogłabym się w okół sprawy zakręcić. Efekt jest taki, że koleżanka ma pracę, lubi pracę a ja jeszcze dostałam pieniądze z tytułu polecenia. Drugą rzeczą która się tutaj przewija jest wynajmowanie całych mieszkań samemu. Owszem jest to komfortowe ale jak się ma problemy z kasą to wywalanie całej pensji na czynsz jest głupotą. Lepiej wynająć pokój za ok. 800 zł z kimś albo zmienić dzielnicę z Ursynowa na np. Pragę Południe gdzie można znaleźć kawalerkę za 1300-1400. Po trzecie lepiej iść do jakiejkolwiek pracy niż tkwić w bezrobociu, np na takiego junior analyst do korporacji za 20 zł/h na umowę zlecenie niż nie robić nic.

  • SZCZERZO KŁY

    Oceniono 58 razy 54

    Wersja skrócona: ludzie nie zarabiaja mało tylko nie potafią rozsądnie gospodarować pieniędzmy. Kazdy poradnik dla "młodych pikenych z duzymi kredytami" ma na początku tekst "nie kupuj kawy na miescie, zrób sobie wczesniej w domu". Ten artykuł jest dokładnie o takich ludziach. Mało zarabiają ale zyją ponad stan I narzekają... w sumie nie wiadomo na co. Że mieszkaja w Warszawie I tutaj zle zarabiaja ale muszą wydawac pieniędzy których nie mają? To czemu tutaj tkwią? Bo jednoczesnie mówią że większe pensje są wokól nich. Albo że w innych miastach GDZIE MIESZKALI tak nie było.
    Na takich ludzi mówiło sie kiedyś "nieogary zyciowe".

  • kimdongun

    Oceniono 50 razy 48

    Dla mnie cena iPhone to pikuś, ale nie mam iPhone. Bo uważam, że jest za drogi na to czym jest i jakiś inny smartphone mi wystarczy. Ale żeby komuś zależało, żeby zobaczyli go z Iphone, jest dla mnie nie do ogarnięcia. Naprawdę są tacy ludzie?
    Ja jestem odwrotnością ludzi z artykułu. Zarabiam dużo ale zależy mi, żebym się tym nie zachowywał inaczej od normalnie czy mało zarabiających ludzi, bo nie to jest kryterium do oceniania ludzi.

  • Private Szwejk

    Oceniono 40 razy 38

    Heh, jak to ktoś mądry kiedyś powiedział o współczesnym społeczeństwie postindustrialnym: wydajemy pieniądze, których nie mamy na rzeczy, których nie potrzebujemy by zaimponować ludziom, którzy tak naprawdę nas nie obchodzą (i których my nie obchodzimy).

    Podejrzewam, że przynajmniej część znajomych tych "aspirujących" cytowanych w tekście jedzie na podobnym wózku. Oszczędzają na rzeczach ważnych, żeby "zaistnieć". Głupie to, ale co zrobić. Są nauki, które - żeby się utrwaliły - część (i to spora) osób musi pobrać przez skórę na tyłku.

    Swoją drogą to chyba taka uwspółcześniona, wielkomiejska odmiana ciążącego nam od pokoleń podejścia "zastaw się, a postaw się". Zubożali szlachcice tracili z tego powodu resztki majątku, wyemancypowani potomkowie pańszczyźnianego chłopstwa zapożyczają się, żeby dzieciom wypasione weselisko zorganizować i sąsiadom pokazać, babcie-emerytki rezygnują z niezbędnych leków, byle wnusiowi na komunię super-laptopa kupić.

  • 123kc

    Oceniono 37 razy 35

    Fotka przed lustrem z iPhonem w ręku - bezcenna ;-)

  • gazeta-pl-chlam

    Oceniono 40 razy 26

    "Panuje stereotyp, że ludzie w mediach zarabiają ogromne pieniądze, gdy w rzeczywistości ja zarabiam niecałe dwa tysiące złotych - mówi." Pracownica gazeta pl ? ;-)

  • michelozzo

    Oceniono 32 razy 24

    mimo iż zarabiam kilkukrotność w.w. pensji to 12 zł na kawę nigdy nie wydałem...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX