Irena Santor: Zapamiętałam biegających ludzi po hałdach gruzu. Patrzyłam i nie wierzyłam

- Mieszkam w miejscu świętym. Na moim podwórku zaczynała się stacja wywózki z getta - to jedno z mocniejszych zdań, które usłyszałam od Ireny Santor. Ze słynną, polską piosenkarką, w której repertuarze Warszawa zajmuje wiele miejsca, rozmawiam o Powstaniu.

Natalia Bet, Metrowarszawa.pl: Czuje się pani warszawianką?

Irena Santor: Nie ośmieliłabym się tak o sobie powiedzieć, nie jestem rodowitą warszawianką, ale przez dziesiątki lat kiedy tu mieszkam, z Warszawą zrosłam się na śmierć i życie.

Co pani zobaczyła, gdy przyjechała do Warszawy na początku lat 50.

Obcy świat. Wysiadłam na dworcu głównym i zobaczyłam coś czego, mimo oglądania kronik filmowych, kompletnie się nie spodziewałam. Gruzowisko. Nie było miasta.

Bo trudno jest sobie wyobrazić, że znika milionowe miasto.

- W czasie okupacji mieszkałam w Solcu Kujawskim. Gdy do miasta weszli Rosjanie, spalili tylko aptekę. Potem przeprowadziliśmy się do równie spokojnego miasta - Polanicy Zdroju. Tam też nikt nikomu nic nie zburzył. Przyjechałam do Warszawy i zapamiętałam biegających ludzi po hałdach gruzu. Wyglądało to jak jakaś zabawa. Gdzieś biegli, nie wiadomo dokąd. Od czasu do czasu gdzieś przemknął tramwaj, tu i ówdzie z gruzów wystaw kawałek ściany. Patrzyłam i nie wierzyłam.

Stara Warszawa zachowała się na prawym brzegu.

- To prawda. Bywając z mężem na Pradze, chętnie wąchałam tę inność. Ciekawiło mnie, na czym ona polega.

Może na autentyczności?

- Otóż to. Lewobrzeżna Warszawa nie ma autentyczności. Taka jest prawda. Odbudowany Zamek Królewski, odbudowane Stare Miasto Ale tylko odbudowane.

A pamięta pani swoje mieszkanie w Warszawie?

- Oczywiście! Po przeprowadzce do stolicy zamieszkałam na Orlej, róg Świerczewskiego, dzisiejszej Alei Solidarności. Teraz mieszkam w miejscu świętym.

Gdzie?

- Na moim podwórku historycznie zaczynała się stacja wywózki z getta.

Biorąc udział w naszej akcji upamiętniającej Powstanie Warszawskie powiedziała pani: mimo upływu lat jest to dla mnie cały czas trauma. Z powstaniem jest pani związana przez rodzinę Santorów.

- Brat mojego męża, 12-letni Jaś zginął na Starym Mieście. Był chłopcem, jakich wielu w powstaniu. Roznosił listy, a właściwie robił to, co mu kazali. A sprytny był bardzo. Któregoś dnia wspólnie z kolegami wskoczył na zdobyty przez powstańców czołg. W tym momencie maszyna wybuchła. Sytuację widziała idąca ulicą Długą jego siostra Mirosława (od redakcji: ps. Maria, łączniczka Armii Krajowej Grupy "Północ", zgrupowania "Róg" batalionu "Bończa") . Zdążyła tylko krzyknąć: Jaś, mama Cię woła. Wracaj do domu. Nie zginęła tylko dlatego, że impet wybuchu czołgu odrzucił ją w najbliższy zaułek.

W Instytucie Pamięci znajduje się pamiętnik napisany przez jej córkę. Jaś nie przeżył.

A co w tym czasie działo się z pani mężem, Stanisławem Santorem?

- Miał szczęście w nieszczęściu. Trzeciego dnia od wybuchu zachorował na czerwonkę. Przez cały okres walk umierał w mieszkaniu na Złotej. Opiekowali się nim dobrzy ludzie. Jak udało mu się przeżyć? Nie wiadomo. Gdy skończyło się powstanie, Niemcy wypędzili go wraz z rodziną do Pruszkowa. Potem pracował przymusowo w kamieniołomach w obozie Petersheim. Proszę sobie wyobrazić - skrzypek w kamieniołomach. Głaz przyciął mu ścięgna. Na szczęście mógł władać ręką. Po wojnie koncertował, był także koncertmistrzem Orkiestry Polskiego Radia pod dyrekcją Stefana Rachonia.

A pani Santorowa?

- Mama była bardzo dzielna. Zresztą, jak wtedy wszystkie kobiety. Karmiła powstańców, przygotowywała przysłowiowe "coś z niczego". Ich mieszkanie na ulicy Piwnej było przystanią powstańców.

Pani w tym czasie miała dziesięć lat.

- Mieszkałam w Solcu Kujawskim, a wtedy Pomorze było zamkniętą enklawą. Nie dochodziła do nas żadna informacja. Dlatego powstanie znam tylko z opowieści bliskich.

W domu męża kultywowano pamięć o powstaniu?

Opowiadano mi, że to był protest ludzi młodych, którzy nie godzili się na okupację i niewolę. Za wolność oddawali życie, coś według mnie najcenniejszego. Mnie ta argumentacja nie w pełni przekonywała. Ofiara dwustu tysięcy ludzi i zagłada milionowego miasta w moim przekonaniu była zbyt wielką ofiarą. O ile rozumiałam patriotyzm i entuzjazm młodzieży, o tyle trudno było i jest mi zaakceptować decyzje polityków i przywódców powstania o jego wybuchu. Moja trauma trwa do dziś.

Więcej o:
Komentarze (2)
Irena Santor: Zapamiętałam biegających ludzi po hałdach gruzu. Patrzyłam i nie wierzyłam
Zaloguj się
  • starzec63

    Oceniono 23 razy 21

    Pani Ireno kocham Pani piosenki i Pani głos. Życzę Pani wielu lat życia, a nam wielu nowych piosenek w Pani wykonaniu.

  • j-ugo

    Oceniono 9 razy 7

    Chylę czoło przed młodymi ludźmi i dziećmi walczącymi w powstaniu.
    Dowódcy, którzy je wywołali zasługują na wieczne potępienie. Powstanie nie mogło zakończyć się sukcesem. To każdy wie. Przyniosło zagładę miasta i śmierć dla 200 tysięcy mieszkańców.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX