"Ojciec oświadczył, że nigdy nie odda komunistom firmy", Słodki biznes rodziny Blikle. Opisany w "Od towarzyszy do kapitalistów" [FIRMY RODZINNE]

"Od towarzyszy do kapitalistów" to książka Jana Cieńskiego, która opisuje przedsiębiorców, którzy zmienili Polskę. Została wydana przez Kurhaus Publishing. Nie brakuje w niej również historii warszawskich rodzinnych firm. Jedną z bardziej fascynujących jest historia Andrzeja Blikle.

Każdy, kto mieszka w Warszawie, kupował kiedyś na Tłusty Czwartek pączki od Bliklego. To firma instytucja, miejsce będące jednym z symboli stolicy. Jedna też z niewielu wielopokoleniowych firm rodzinnych, która utrzymała się na powierzchni w czasie wojny i komuny. Pierwszą ciastkarnię otworzył Antoni Kazimierz Blikle w 1869 roku. Jego wnuk Jerzy rozwinął interes w okresie międzywojennym. Jego cukiernia stała się w Warszawie modna. Prowadził ją również w Warszawie okupowanej przez Niemców, udało mu się uratować po raz pierwszy firmę od ruiny. Niestety, po Powstaniu Warszawskim nic z niej nie zostało. Jerzy Blikle zatrudnił się w piekarni. Zamiast pieniędzy w ramach wypłaty dostawał dwa bochenki chleba dziennie. O dalszych losach czytamy w "Od towarzyszy do kapitalistów":

"W styczniu 1945 roku, gdy Niemcy zaczęli wycofywać się na Zachód, wrócił piechotą do Warszawy. Nowy Świat był kompletnie zniszczony. Ulicę zaścielały cegły i gruz z zawalonych budynków. Blikle dotarł do swojej kawiarni i przedarł się przez okno do piwnicy. Znalazł w niej dwie baryłki mąki i dwie baryłki marmolady - dość, by wznowić interes.

....

Za pożyczone pieniądze Jerzy odbudował kamienicę, w której pierwotnie mieściła się cukiernia. W 1950 roku jej część skonfiskowano na rzecz Związku Łowieckiego. Polowanie stało się wtedy ulubioną rozrywką przywódców proletariatu, którzy chętnie małpowali zwyczaje ziemiaństwa, klasy społecznej zniszczonej przez komunizm.

W tym czasie wielu właścicieli drobnych przedsiębiorstw zaczęto zastraszać i zmuszać do zamknięcia firmy. Nasyłano na nich urzędy skarbowe, grożono im pobiciem.

- Ojciec oświadczył, że nigdy nie odda komunistom firmy - wspomina Andrzej Blikle. - Jeśli chcą ją dostać, muszą odebrać mu ją siłą. Wiedział, że bez niej nie umiałby żyć. Nie potrafił pracować dla kogoś innego.

Parta jednak nie odebrała Bliklemu kawiarni - po części dlatego, że gnębiciele prywatnej inicjatywy też lubili jego słodycze.

- Przetrwaliśmy, bo byliśmy stosunkowo niedużą firmą, o którą mój ojciec walczył ze wściekłą determinacją - ocenia teraz Andrzej Blikle. - Ojciec stoczył naprawdę heroiczny bój. Co więcej, była to bitwa, która w zasadzie nie miała końca. - Ani ojciec, ani ja nie sądziliśmy, że dożyjemy upadku komunizmu - przyznaje Blikle syn. Nie poszedł w ślady ojca. Mimo że dostał licencję na wypiek, został matematykiem. Jego ojciec zmarł w 1981 roku, kiedy wprowadzono stan wojenny i próbowano zdusić w zarodku „Solidarność”. Piekarnię przejął kuzyn Andrzeja.

 

Andrzej Blikle w kawiarni na placu WilsonaJacek Łagowski/ AG

 

Komunizm jednak upadł szybciej, niż się spodziewano.

W styczniu 1990 roku, zaledwie kilka miesięcy po tym, jak Polska otrząsnęła się z trwającej 45 lat komunistycznej dyktatury, Andrzej Blikle stanął w obliczu poważnego dylematu. W Zakopanem, do którego jeździł na narty, nie było akurat śniegu, został więc w Warszawie i kręcił się po rodzinnej firmie, dumając, czy można ją jeszcze rozwinąć. Ostatecznie przedłożył cukiernię nad narty. - Poczułem powołanie. Rozpoczęła się moja druga młodość - opowiada Blikle. Siedząc w wyłożonej boazerią kawiarni, nadal przypomina dobrze ubranego profesora. - Niewiele wtedy wiedziałem o biznesie. Wszystkiego sam się nauczyłem.

Sklep cukierniczy okazał się strzałem w dziesiątkę. Do lady ustawiały się długie kolejki. Duże zamówienia od firm chcących nakarmić pracowników przyjmowano przy innej ladzie. Mimo wysokiej inflacji i chaosu na ulicach, czas sprzyjał nowym przedsięwzięciom.
- To, co nie było zakazane, było dozwolone - mówi Blikle o ustawie Wilczka, porównując tamte czasy z sytuacją panującą obecnie, po latach nakładania przez kolejne rządy ograniczeń na przedsiębiorców."

W latach 60. ubiegłego wieku Blikle prowadził już największą prywatną firmę w Polsce i zatrudniał 42 pracowników. Zawdzięczał to ogromnej popularności, jaką cieszyły się jego wypieki w kołach rządowych i wśród zagranicznych ambasadorów.

Nie oznaczało to jednak, że było mu łatwo. Do kawiarni często zaglądali różni kontrolerzy. Bywało, że w tej samej chwili wchodzili trzej inspektorzy, każdy innym wejściem, zrywali ze ściany telefon i żądali okazania ksiąg. Ich ulubiona technika polegała na szukaniu błędu w księgach i oznajmianiu, że są źle prowadzone, to bowiem oznaczało, że przedsiębiorca nie zachowuje należytej staranności. Karą była konfiskata dochodu oraz domiar, czyli dodatkowy podatek nakładany na „prywaciarza”. - Ojciec podjął z nimi walkę i w końcu ją wygrał - mówi Andrzej Blikle. - Skończyło się na tym, że inspektorzy odwiedzali nas mniej więcej dwa razy w roku. Któregoś razu Jerzego aresztowano, bo kupił 15 jajek. Ciągle brakowało potrzebnych do ciast składników. Skórkę pomarańczową skupowano od klientów, by potem posypać nią pączki, uznawane za słodką wizytówkę firmy. Ponieważ czekolada dostępna była wyłącznie na kartki, Blikle kupował za dolary batoniki, topił je i dodawał do deserów.

Ostatnią brutalną kontrolę firmy przeprowadzono w 1966 roku. W jej trakcie Jerzy doznał rozległego zawału serca i trafił do szpitala."

 

Blikle przy Nowym ŚwiecieAlbert Zawada/ AG

 

Gdy Andrzej Blikle przejmował rodzinną firmę, w pierwotnej cukierni zatrudniał 40 pracowników, a przedsiębiorstwo warte był 60 tysięcy dolarów.

"Zainwestował w nie 1,5 miliona dolarów. Teraz może się pochwalić 25 cukierniami, z których część w pełni należy do niego, a część stanowi franczyzy.

- Nadal myślę, że cukiernie Blikle to forma niszowa - przekonuje. - Nie chcemy być na każdym rogu w każdym mieście.

Blikle gorąco angażuje się w debatę dotyczącą sukcesji rodzinnych firm. Wie, że coraz więcej przedsiębiorców staje dziś przed dylematem, czy sprzedać firmę, czy przekazać ją synowi lub córce. Sam najpierw wybrał na sukcesora syna Łukasza, potem jednak zarządzanie firmą powierzył doświadczonemu menedżerowi. - Czasem trzeba wybierać, czy lepiej stworzyć miejsce pracy dla dziecka, czy zapewnić firmie sprawne zarządzanie - mówi. - Mój ojciec zawsze mawiał, że dla zysku nie wolno poświęcać reputacji. To właśnie dzięki reputacji stanął na nogi po wojnie i już w 1947 roku dostał w banku kredyt. Ja także zawdzięczam jej pierwszą pożyczkę oraz możliwość rozszerzenia działalności.

 

Andrzej BlikleBartosz Bobkowski / AG

 

Problem polega na tym, że polska niestabilna gospodarka stworzyła olbrzymie spółki branży spożywcze, takie choćby jak rodzima sieć kawiarni Coffee Heaven czy Starbucks. Takim gigantom Blikle nie zdołał sprostać, mimo reputacji i wieloletniego doświadczenia.

W 2004 roku jego spółka wzięła kolejny kredyt, by rozszerzyć sieć kawiarni i zmodernizować linię produkcyjną.

Sącząc kawę i wspominając swoją przemianę z naukowca w kapitalistę podtrzymującego rodzinną tradycję, Andrzej Blikle żałuje tylko jednego: - Że mój ojciec tego nie widzi. Nie wie, że postawiłem firmę na nogi, że nią zarządzam i że przekażę ją kiedyś synowi."

*"Od towarzyszy do kapitalistów" - Jan Cieński, książka dostępna w empikach i księgarniach

Wydawnictwo Kurhaus zaprasza na spotkanie z autorem 13 stycznia, 2015 r. o godz.18.00 w Empiku w Juniorze, ul. Marszałkowska 104/122

Kurhaus


 


Więcej o:
Skomentuj:
"Ojciec oświadczył, że nigdy nie odda komunistom firmy", Słodki biznes rodziny Blikle. Opisany w "Od towarzyszy do kapitalistów" [FIRMY RODZINNE]
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX