"Cieplutka", "Wpadała w oko", "Bardzo pobożna", "Diabeł". Sąsiedzi o Krystynie Pawłowicz [REPORTAŻ]

Igor Nazaruk
17.03.2016 12:20
A A A
Krystyna Pawłowicz

Krystyna Pawłowicz (Krystyna Pawłowicz. Kolaż Marta Kondrusik)

Jaką sąsiadką jest Krystyna Pawłowicz? Jaką koleżanką była w dzieciństwie? Jaką jest klientką? Jak się z nią żyje w jednym bloku? O tym i nie tylko o tym porozmawialiśmy w warszawskim Ursusie z najbliższymi sąsiadami pani poseł. Przeprowadziliśmy też uliczną sondę, zapytaliśmy mieszkańców dzielnicy, czy wiedzą, który ze znanych polityków mieszka w Ursusie.

Zależało nam na tym, żeby pokazać „ludzką” twarz Krystyny Pawłowicz, która w korespondencji z nami niekorzystne dla siebie opinie nazywa - pomówieniami.

Warzywniak

Tuż obok bloku, w którym Krystyna Pawłowicz mieszka od dziecka. Ceny, jak na Saskiej Kępie, ale i wybór spory.

- Co wybiera Krystyna Pawłowicz, jakie smaki lubi, jakie pomidorki kupuje? - pytam jedną ze sprzedawczyń, ale ta od razu odsyła mnie do szefowej.

- Myślę, że my nie możemy o tym mówić - twierdzi szefowa.

- Nie interesuje mnie polityka, chciałbym się dowiedzieć, jakim prywatnie człowiekiem jest pani poseł.... - próbuję ją przekonać do rozmowy.

- Jest wspaniałym człowiekiem - bez zastanowienie odpowiada sklepowa. - Wie pan, wokół jest tyle głupoty, a my jesteśmy normalni - dodaje sklepowa.

Sąsiadka nr 1

- Pamiętam ją z dzieciństwa, sikałyśmy w jednym kącie w piaskownicy. Nie było innych dziewczyn na podwórku, więc się razem trzymałyśmy - mówi sąsiadka z bloku pani Krystyny Pawłowicz. - W stosunku do mnie jest zawsze osobą serdeczną, więc mogę ją określić tylko w samych superlatywach. Może inni postrzegają ją inaczej - mówi sąsiadka.

Sąsiadka nr 2

Spodobało ci się? Polub nas

Uśmiechnięta, energiczna, po pięćdziesiątce, skromnie, ale elegancko ubrana. Proszę ją o wspomnienia, anegdoty dotyczące sąsiedzkiego życia w bloku.

- Znamy się od 30 lat, jak to sąsiadki, ale tak naprawdę bliżej się poznałyśmy w latach 90., kiedy założyliśmy w naszym bloku wspólnotę mieszkaniową. Zaczęłyśmy bywać na zebraniach wspólnoty i poznałam ją prywatnie - mówi sąsiadka nr 2. - Wystarczy, że ktoś się z nią nie zgodzi i wtedy wstępuje w nią diabeł. Zmienia jej się wyraz twarzy, robi się taka wściekła i zaczyna krzyczeć. To, co pokazują w telewizji, to uładzona wersja Pawłowicz.

Warzywniak

- Dlatego pytam o rzeczy ludzkie, zwyczajne, o to, co lubi, czego nie lubi, co wybiera, jaką jest klientką? - czuję, że może jeszcze czegoś się jednak dowiem.

- Jest ciepłą, fajną kobietą. Pamiętam, jak przed świętami, na chodniku przed sklepem taka starsza pani czymś tam handlowała i dostała od pani profesor prezencik. My wszystkie też dostałyśmy. Bo Gwiazdka. Nie, że samochód, ale ptasie mleczko. Bo ona po prostu pamięta o wszystkich, jest wspaniała. Ale o szczegółach nie możemy mówić, bo może pani Krysia by się obraziła - mówi sklepowa.

- Jesteście na „ty” z panią Pawłowicz?

- Nie, mówimy „pani Krysia”. Znamy ją bardzo długo. Wie pan, o co z nią chodzi? Ludzie nie lubią, jak im się prawdę w oczy mówi. Wolą takich lisków, cichych, przyczajonych, uśmiechniętych. A pani profesor jest inna, jest bardzo wierząca i lubi prawdę - podkreśla szefowa warzywniaka.

- Ma jeszcze czas, żeby zakupy robić? - zmieniam temat, bo robi się patetycznie.

- Ma, przychodzi czasami - mówi sklepowa.

Sąsiad nr 1

- To, co się dzieje na zebraniach wspólnoty, przechodzi ludzkie pojęcie. Pani Pawłowicz traktuje wspólnotę jak swój prywatny folwark. W naszym bloku mieszkają w większości osoby starsze, które nie za bardzo orientują się w sytuacji prawnej i wszystkie sprawy załatwiają przez panią Krysię. Ona od zawsze robiła agitacje, chodziła po domach i zbierała od tych staruszków pełnomocnictwa, dzięki którym załatwiała swoje własne interesy. A na zebraniach, kiedy wpada w szał, nikt już nawet nie reaguje. Niech pan zrozumie, te zebrania to jest jak obrazek przeniesiony z sejmu, czyli „ja mówię, Polska mówi!”. I nie da się nic powiedzieć, nie da się przedstawić swoich propozycji. Jak ktokolwiek myśli inaczej i nie daj Boże ma inny pomysł niż pani poseł, będzie przez nią zakrzyczany i usłyszy teksty typu „pan tu nie ma prawa głosu!”. Jak się przez lata jest w czymś takim, to się wie, że dyskusji nie ma. Ona nie przyjmuje żadnych argumentów, nie prowadzi dialogu, nie ma mowy o kompromisach, nie i koniec. Różne teksty leciały, także w moją stronę, ale ja tej pani się nie boję i w razie potrzeby mogę to wszystko przed sądem przedstawić pod nazwiskiem. Tylko czy to ma sens? - pyta sąsiad.

Sąsiadka nr 3

- Najwięcej problemów miał z nią taki młody sąsiad z parteru. Przed jego oknem rosła choinka. Ale to drzewko wegetowało, że rosło, to za dużo powiedziane. Ani nie było ładne, ani zielone. I jak ocieplali nasz blok, to ta choinka zmarniała jeszcze bardziej, ale nikt jej nie żałował, nie było czego. I pani Pawłowicz na jednym z zebrań wspólnoty stwierdziła, że to ten sąsiad to drzewko wykończył, że ona co prawda nie widziała, ale wie na pewno, że to on. Na tym zebraniu straszyła, że go do sądu za to drzewko poda, i że go zniszczy. Z tego co wiem, to na razie nie podała, chyba tylko straszyła - mówi sąsiadka.

Sąsiadka nr 1

Zaprasza mnie do środka „nie będziemy przecież przez próg rozmawiać”. W kuchni telewizor i spór wokół Trybunału Konstytucyjnego. Na stole kanapki, "proszę się częstować, herbatki może zrobić".

- Chora jestem, synów wychowałam i w domu siedzę. Dopiero co skończyłam robić opatrunek na wiecznie niegojące się i bolesne rany. Przez tę chorobę mam wycięte 15 lat z życiorysu i skupiam się tylko na sobie. Mamę Krystyny, starszą panią Pawłowicz, znałam doskonale. Młodsza siostra Krysi, ma na imię tak, jak ja. Daleka jestem od złych ocen, które słyszę. Nawet wkoło sąsiadki mają inne zdanie na jej temat - mówi sąsiadka nr 1.

- W mediach, w wystąpieniach publicznych sama buduje swój wizerunek - mówię. - Używa ostrych słów, krytykuje i zachowuje się prowokacyjnie. Często bywa na „nie”...

- Prywatnie jest zupełnie inna, jest cieplutka, kulturalna i pomocna - przerywa sąsiadka - Byłam zaskoczona, kiedy pierwszy raz zobaczyłam jej publiczne wystąpienie, że stać ją na takie cięte riposty. Później zrozumiałam, że ona tak musi, niestety - agresja budzi agresję. Skoro ją prowokują, to ona nie może być bierna. Ale w życiu prywatnym jest zupełnie inna. Miałam ostatnio takie zdarzenie, że zostałam okradziona i ona bardzo mi pomogła. Nie tylko psychicznie, ale i finansowo, zatroszczyła się o mnie, sama z siebie powiedziała „mam, to dam, nie krępuj się”. Krysia jest po prostu osobą ludzką. A w telewizji? Może ona chce taki obraz zbudować? Kto wie, może się chce w ten sposób oddalić od ludzi, którzy są jej nieprzyjaźni? No nie wiem. Czasami człowiek musi wokół siebie mur postawić - mówi sąsiadka.

Sąsiadka nr 2

- Przez wiele lat byłam aktywnym członkiem naszej wspólnoty mieszkaniowej. Pani Krystyna na początku oferowała nam dużą pomoc, w końcu jest prawnikiem. Pomagała w pisaniu umów, pism urzędowych itd. Na ostatnim spotkaniu, na którym byłam, w zeszłym roku, sprzeciwił się jej jeden z członków zarządu, nastąpiła delikatnie mówiąc - różnica zdań. Pani Krystyna zwyzywała go od najgorszych, przy świadkach. Poszło o to, że w Ursusie mają być likwidowane piecyki gazowe. Firma Veolia wysłała pismo do wspólnoty, że się tym zajmie i podłączy ciepłą wodę za darmo. Pani Krysia stwierdziła, że "to nie jest polska firma, tylko niemiecka", że "to są Żydzi", że "chcą nas wykupić, zawłaszczyć", i że nikogo z tej firmy do bloku nie wpuści. Klęła przy tym jak szewc i nie ma żadnych hamulców. To, jak ją pokazują w telewizji, jak krzyczy z ławy sejmowej „zamknij mordę” to jest jeszcze delikatnie - emocjonuje się sąsiadka.

- Jak ludzie zareagowali? Są jakieś protokoły z tego zebrania? - pytam, bo szczerze mówiąc nie dowierzam.

- Protokoły są, ale nikt tam tego nie opisał. Wszyscy ją tu u nas znają, wiedzą, jaka jest i już nie reagują, siedzą cicho. I wtedy też zamilkli, a ona od razu wybiegła. Proszę pana, u niej nie ma czegoś takiego jak kompromis. Ona ma dwa zdania do powiedzenia, powtarza je pięć razy pod rząd, przy czym każde zdanie mówi coraz głośniej. I nie ma nikogo, kto mógłby jej przerwać. U niej jest: „sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po mojej stronie". I koniec - odpowiada sąsiadka nr 2.

Warzywniak

- No niech mi pani o jej ulubionych smakach opowie. - Uśmiecham się najpiękniej, jak potrafię. Sklepowa patrzy na mnie nieufnie, waży pomidory i słowa.

- Nie, nie, nie! Pan mnie nie podpuszcza na „sałatkę polityczną”! Cały wizerunek pani Pawłowicz jest taki, że coś tam zjadła w Sejmie. Wielkie mi rzeczy, a ktoś samochód ukradł w tym czasie, i co? Łatwo jest człowieka oczernić, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, kiedy w kraju dzieje się coś złego. A pani Krysia jest naprawdę wspaniałą kobietą. Niech pan zapyta studentów, którzy chodzili do niej na zajęcia. U profesor Pawłowicz cała aula była wypchana, bo wykłady miała ciekawe, nie mdłe, ale fachowe i fajne. Taka jest prawda. Dla nas jest wspaniała, zresztą podejrzewam, że jak pan popyta, to od wielu ludzi w Ursusie pan to usłyszy - twierdzi sklepowa.

- Robi coś dla dzielnicy? - dopytuję.

- Tak, na pewno.

- A co konkretnie? Pomogła zdobyć fundusze na drogę, szkołę, przedszkole?

- Nie wiem dokładnie, ale na pewno coś robi - kończy sklepowa. Dziękuje, przeprasza i biegnie do klienta.

Sąsiadka nr 1

- Krystyna rodziny nie założyła bo się poświęciła swojej chorej mamie, którą pielęgnowała i doglądała aż do śmierci, jakieś dwa lata temu. Jej młodsze rodzeństwo wcześniej z domu wyszło, a ona została. Ale też bardzo dużo podróżowała, zwiedziła kawał świata. Ale czy miała jakiegoś faceta, nie wiem. Powiem panu taką ciekawostkę, że mój mężczyzna stawiał mi ją za wzór jak była młoda. Miała piękne nogi, była kobietą efektowną, miała inną figurę niż teraz, rzucała się w oczy, była taką naturalną blondynką. Ciągle się uczyła, publikowała, później miała studentów, wykładała na uniwersytecie. Widziałam ją wielokrotnie z naręczem kwiatów, jak wysiadała z taksówki - wspomina sąsiadka.

- Chwileczkę, pani facet się w niej podkochiwał? - pytam.

- Nie to, że się podkochiwał, tylko mówił, że to jest jego „sympatia”, ale on nawet jej nie znał osobiście, tylko wizualnie. Mówię panu, Krysia wpadała w oko. Pięknie chodziła, zresztą chodzi do tej pory bardzo ładnie, bo jest wyprostowana - dodaje sąsiadka.

Sąsiad nr 1

- A może chodzi o to, że ma pan jakiś sąsiedzki zatarg z panią Pawłowicz? Wiadomo, różnie z sąsiadami bywa i nie zawsze jest kolorowo - dopytuję, żeby zrozumieć intencje sąsiada.

- Nie mam z nią żadnego zatargu. Proszę się postawić na moim miejscu. Mieszka pan w bloku, jest pan pełnoprawnym właścicielem mieszkania, ale niczego pan nie jest w stanie załatwić, niczego zmienić, bo za przeproszeniem jest pan dymany przez osobę, która dzięki pełnomocnictwom od starszych babć, z większością głosów, każdy pana pozytywny pomysł torpeduje. Pałałby pan miłością do takiej osoby? No niech pan pomyśli, chce pan coś dobrego zrobić dla wspólnoty, zgłasza pan pomysł na zebraniu, a słyszy pan, że jest pan debilem. Tu nie chodzi o zatarg sąsiedzki, tylko o zwykłą ludzką przyzwoitość - kończy sąsiad.

Sąsiadka nr 2

- Zarząd wspólnoty postanowił, że trzeba ocieplić budynek - zaczyna swoją historię. - Na co pani Krystyna, że nie, bo ona ma znajomego prawnika, który jej powiedział, że się takich bloków nie ociepla, bo jest półmetrowa ściana i się nie opłaca. Poza tym, ona nie chce ocieplać z troski o starsze osoby, bo będzie czynsz podniesiony co najmniej dwa razy i starsi nie dadzą rady go opłacić. Pani Krystyna ma zwyczaj chodzić po lokatorach i zbierać od nich pełnomocnictwa upoważniające ją do występowania na zebraniach wspólnoty w ich imieniu. Kiedyś spytałam takich młodych, co mieszkają u nas na klatce, dlaczego dali jej to upoważnienie. Odpowiedzieli, że jak do nich przyszła, jak zaczęła się drzeć, to podpisali dla świętego spokoju. Mając te upoważnienia, doprowadziła do tego, że ocieplenia nie zrobiliśmy. Z czasem pani Krysia wybrała sobie swój własny zarząd wspólnoty, w którym była jej ciocia, do której później przestała się odzywać, bo ciocia zaczęła mieć własne zdanie, i dwóch panów, w tym ten pan z Ukrainy. I pierwszą decyzją nowego zarządu było, żeby budynek jednak ocieplić. Ale tym razem na jej warunkach - kończy sąsiadka nr 2.

Sąsiadka nr 5

- Ona jest bardzo mądra, jakich słów używa, aż czasami to ja jej nie rozumiem. Bardzo jest pomocna, wysłucha i poradzi. Zawsze mówimy sobie "dzień dobry", zawsze się uśmiecha i proponuje pomoc - mówi starowinka, którą spotykam pod śmietnikiem tuż obok bloku pani Krystyny Pawłowicz.

Sąsiadka nr 3

- Nie wierzyłam, że ludzie będą na nią głosować, ale z drugiej strony wiem, że ona się potrafi przymilić. Niech pan porozmawia w sklepie spożywczym, tym po drugiej stronie ulicy. Tam się pan dowie, że pani Krystyna bardzo im pomogła - mówi sąsiadka, ale do domu nie wpuszcza, rozmawiamy przez próg.

- Ale finansowo pomogła? - pytam.

- Tego nie wiem, musiałby pan z panią M. porozmawiać, ale z tego co słyszałam, to pomogła prawnie - mówi sąsiadka i zamyka drzwi przed nosem.

Sąsiadka nr 2

- Niestety nie jest uczciwa, złapałam ją kiedyś na kłamstwie, ale nie mogę panu oficjalnie powiedzieć, na jakim, boję się, że mnie zacznie po sądach ciągać. Powiem panu tylko, że chodziło o pana Czesia. Pani Krystyna będzie wiedziała, o co dokładnie chodzi. Zawiodłam się na niej, pomyślałam sobie - to jest prawnik? To jest poseł? Zresztą, proszę pana, ona jest skłócona z całą swoją rodziną, jeszcze kilka lat temu jej brat tu ze 2 - 3 razy przyjechał, ale od tamtej pory go nie było. Z siostrą też nie rozmawia, ale o tym na pewno pan słyszał. Całe życie mieszkała z mamą, jak jeszcze tata żył, to zaadaptowali strych i powiększyli to mieszkanie. Prócz tego ma jeszcze kawalerkę, pokój z kuchnią pod wynajem - mówi sąsiadka.

Sąsiadka nr 1

- Podobna jest do mamy, czy do taty? - pytam.

- Do ojca, on był blondynem, kręcone włosy, też taki wyprostowany, niewysoki facet, ale z ładną sylwetką. Polityką się interesował, gazety prenumerował, kiedyś je w kioskach odkładali. To jest rodzina, o której mogę powiedzieć tylko same dobre rzeczy - podkreśla sąsiadka.

- A teraz się spotykacie? Na sąsiedzką kawkę, ploteczki? - dopytuję.

- Nie, ona czasu nie ma. Wcześnie z domu wychodzi, w nocy wraca. Widuję ją, jak z siatami skądś wraca, nie ma ochrony, żadnej obstawy, zawsze jest sama. Powiem panu, że dla niej nie ma różnicy z kim rozmawia, czy z dozorcą, czy ze starowinką, czy z jakąś szychą. Zawsze jest ciepła, serdeczna i pomocna. Jest bardzo pobożna i jest prawdziwą patriotką. Mój syn się od niej zaraził i też wywiesza flagi podczas świąt państwowych - mówi sąsiadka.

- Kibicuje jej pani? - pytam.

- Ja w ogóle jestem za PiS. Może w końcu będzie sprawiedliwie? - kończy sąsiadka nr 1.

Sąsiadka nr 4

- Powiem panu tak, jeżeli pan napisze o niej źle, to się pan może różnych rzeczy spodziewać. Nawet, że pana do sądu poda. Ona to uwielbia - mówi szeptem sąsiadka.

- Ale za co? - pytam.

- Jak to za co. Za obrazę posła. Zresztą, nieważne za co - kończy.

Epilog

Dzwonię do Krystyny Pawłowicz. Przedstawiam się, mówię skąd jestem, ale nie mam szans wyjaśnić, w jakiej sprawie chcę rozmawiać.

- Z pańską gazetą nie będę rozmawiała. Wy zawsze kłamiecie na mój temat. Niech pan się nie gniewa, pan jest na pewno bardzo miły, wszystkiego dobrego - kończy i odkłada słuchawkę.

Wysyłam oficjalnego maila na jej poselską skrzynkę mailową. W kilku słowach opisuję czego będzie dotyczył mój tekst i proszę o komentarz do sytuacji z zebrania wspólnoty mieszkaniowej, o którym opowiedzieli mi sąsiedzi. Odpowiedź pani poseł otrzymuję jeszcze tego samego dnia:

- Opisuje Pan sytuację i przypisuje mi Pan wypowiedzi, które nie miały miejsca. Czy dysponuje Pan dowodami na wyżej wymienione pomówienia? - podpisane Krystyna Pawłowicz.

Zobacz także