Dzikie historie w Warszawie. O dzikach, awanturze między kierowcami i bardzo pozytywnym zakończeniu

Wieczór. Jadę Wałem Zawadowskim do klubu sportowego, na squasha. W tej okolicy nieraz widziałam lisy, kiedyś sarnę. Nagle coś ciemnobrązowego, niedużego, ale krępego przecina mi drogę. Biegnie bardzo rączo, jak szybki pies, jest jakieś 20 metrów przede mną. Nie jadę szybko, ale hamuję.

"Dzik!" krzyczymy z koleżanką. I ona radzi mi, żebym uważała, bo zwierzaków może być więcej. Faktycznie, zaraz pędzi drugi - większy, biały w ciemne łaty. Jestem nimi zachwycona. Trwa to jednak krótko. W lusterku widzę coraz szybciej zbliżające się światła potężnego SUV-a. Dalej zdarzenia biegną zgodnie z moimi przewidywaniami. SUV mnie szybko wyprzedza.

A mnie trafia taka złość jak w "Dzikich historiach" Almodovara. Bo jest ograniczenie prędkości 40 km/h, wąska droga, spowalniacze na jezdni co kilkadziesiąt metrów i biegające dziki! Wciskam klakson i trzymam. Samochód przede mną się zatrzymuje i wysiada młody mężczyzna. Też wysiadam. Krzyczymy na siebie jak w filmie hiszpańskim lub włoskim. Jak na niego, że przecież dziki, tu nie powinno się szybko jeździć i że świat się staje coraz gorszy przez takich jak on. On na mnie, że może ja muszę przez dziki tak wolno jechać, bo mam za słaby wzrok. Ja na niego, że idiota. Itd...

Wracamy do samochodów, jedziemy. Oboje go tego samego klubu. Awantura trwa dalej w najlepsze, jak w włoskiej komedii. Nie będę przytaczać wszystkich wstydliwych szczegółów. Wystarczy, że on krzyczy na mnie, że tak się zdenerwowałam, bo na pewno wiem, że nie mam racji, że jechałam za wolno, a tam można jeździć szybciej, a on tu często jeździ i wie jak, a ja na niego, że jego mózg jest wielkości odwrotnej proporcji do jego samochodu. Rozchodzimy się w recepcji. Squash ze znajomą jeden z najlepszych. Adrenalina... Mam refleksję, że ten kierowca trochę dostał za wszystkie przykre sytuacje na warszawskich ulicach, brak kultury, który staje się przykrą codziennością.

Spodobało ci się? Polub nas

Ale to nie koniec! Po squashu wracamy na parking do samochodu. Za wycieraczką mam dwa lizaki, dwa batony i liścik na żółtej karteczce: Proszę się nie gniewać na idiotów :)

Nie gniewam się. I uważam, że zareagowałeś super, dzięki temu ta historia ma pozytywne zakończenie! Niestety nie wiem, jak się nazywasz, więc mam nadzieję, że przeczytasz ten artykuł. Też mi przykro. Trochę przesadziłam, więc też się nie gniewaj. Ale pomyśl też o dzikach, lisach i sarnach, które mieszkają na Zawadach! I o innych uczestnikach ruchu drogowego. Dziękuję :)
Więcej o: