1500 zł za 4 lekcje angielskiego. W zamian: leżenie w hamaku, danie szefa kuchni, komfort nauki

Agnieszka Bolikowska wróciła ze Stanów Zjednoczonych i postanowiła otworzyć nietypową szkołę językową. Jedzenie, wino, hamak, a języka uczysz się mimochodem. Nikt cię nie ocenia, nie poprawia, nie każe uczyć słówek. Komfort nauki gwarantowany. Bajka? Za jedyne 1490 zł za 4 spotkania. Warto? Sprawdziłam.

Spodobało ci się? Polub nas

Wstukuję w wyszukiwarkę - kurs angielskiego Warszawa. Szkół językowych mnóstwo. Prześcigają się w promocjach, rabatach, zniżkach na kolejne semestry nauki czy naukę drugiego języka. Średnia cena za kurs - około 800 zł za semestr. W tym około 60 zajęć 45-minutowych. W niektórych szkołach dodatkowo 30 godzin i drugi język gratis.

Zajęcia indywidualne - z nauczycielem Polakiem - średnia cena to około 40-50 zł za godzinę zegarową. Z native speakerem trzeba zapłacić trochę więcej, bo około 70-80 zł za godzinę. Ile trzeba wybulić za godzinę nauki w Językodajni? Bagatela 320 zł za jedno 1,5 godzinne spotkanie (wersja tańsza).

Językodajniametrowarszawa.pl

Informację na temat szkoły otrzymuję mailem. Za chwilę dzwoni osoba odpowiedzialna za PR i zaprasza na spotkanie. Prawie 1500 zł za cztery spotkania? Czy kogokolwiek to zainteresuje? - zastanawiam się i zapoznaję się ze szczegółami oferty.

Pierwsze, co przykuwa moją uwagę, to informacja o jedzeniu.

Na każdym spotkaniu uczestnicy otrzymują specjalnie dla nich przygotowane danie znanego szefa kuchni. Szef co prawda nie robi go sam - jego przepis to inspiracja dla polskich kucharzy współpracujących z Językodajnią do stworzenia własnej „wariacji na temat”, ale mimo że ich nazwiska mówią mi niewiele, to wierzę, że wiedzą, co w kuchni robią. Co będziemy wcinać na pierwszym spotkaniu? Wędzonego łososia z burakami i chrzanem. Brzmi dobrze. Idę!

Zajęcia odbywają się w jednym z apartamentowców na Pradze Północ. Za taką cenę mógłby być przynajmniej Mokotów - nie obrażając rozwijającej się dynamicznie, lub odrobinę wolniej, Pragi. Apartamentowiec ładny, pan w recepcji bardzo uprzejmy. Instruuje, na które piętro pojechać. A na górze przed drzwiami wejściowymi stoi hipsterski rower z tabliczką - Językodajnia. Wchodzę.

Językodajniametrowarszawa.pl

Wita mnie Agnieszka Bolikowska, pomysłodawczyni i nauczycielka. Jest na bosaka. Po rowerze przed wejściem to kolejny komunikat, że będzie swobodnie i przytulnie. Jak w domu. Moje myśli znajdują odbicie w tym, jak wygląda pokój zajęć. Kanapa, fotele i hamak z poduszką z napisem - oczywiście po angielsku - „Make yourself at home”. Na stole czeka już na mnie talerz z łososiem, Agnieszka podaje mi kieliszek wina Sauvignon Blanc z Nowej Zelandii (specjalnie dopasowane do dania) i już w ogóle odechciewa mi się czegokolwiek uczyć. Jeszcze nie wiem, że specjalnie się w trakcie tej lekcji nie zmęczę (a podobno nauczę). Czas zacząć.

Oprócz mnie są jeszcze trzy kobiety - średnia wieku na oko - 35 lat. Zadbane, w modnych okularach, swetrach workach, otwarte, sympatyczne. Jesteśmy lekko spięci, ale Agnieszka rozładowuje atmosferę. Nie tylko winem.

Również głosem. Mówi powoli, ładnie. Jej głos hipnotyzuje.

Na stole oprócz łososia leżą tabliczki z napisem „Love actually, is all around”. Dzień wcześniej były Walentynki, więc temat spotkania mogłam przewidzieć. Agnieszka opowiada (już po angielsku) - o daniu, winie, filmie „Love acutally”, który otrzyma każda z nas, by później obejrzeć go - oczywiście w wersji oryginalnej.

W myślach liczę - film, jak podpowiada mi Ceneo.pl - 9 zł. Danie z łososiem to taka większa przystawka - w knajpie zapłaciłabym około 35-40 zł. Trzeba jeszcze doliczyć „robociznę”. I wino - u Mielżyńskiego - 74 zł. Wypiłam około dwa kieliszki - razem prawie 30 zł.

To wino to fajna sprawa - myślę na głos. Niestety wino to dodatek - będzie tylko na pierwszych i ostatnich zajęciach. Agnieszka twierdzi, że ma z jednej strony pozytywne działanie - rozluźnia, z drugiej, rozluźnić może za bardzo. A o naukę przecież chodzi. Trudno.

1,5 godziny zlatuje jak z bicza trzasnął. Trochę gawędzimy, każda uczestniczka „ma swoje pięć minut”, nikt nie zostaje pominięty. Agnieszka prowadzi dla nas wizualizację, podczas której mamy wrócić do przeszłości i odnowić wspomnienia związane z naszą pierwszą miłością. Później w parach opowiadamy sobie o naszych byłych chłopcach. W między czasie podjadam łososia. Niezły!

Językodajniametrowarszawa.pl

Na końcu rozmawiam z Agnieszką, która tłumaczy mi, czym kierowała się przy tworzeniu swojej autorskiej koncepcji (w USA of course). Pomijając nie akademickie metody typu wizualizacja, relaksacja (prawdopodobnie Agnieszka wiele tego typu ćwiczeń ma w zanadrzu), dwa aspekty wydają się najważniejsze i są to argumenty, które mogłyby zachęcić do udziału w zajęciach.

Nie ocenianie. Tworzenie przyjaznej atmosfery. Celem jest zachęcenie do mówienia, a nie zamykanie, wytykanie błędów, poprawianie każdej literówki, każdego źle wypowiedzianego słówka. Bo - jak pyta Agnieszka - czy żeby się czegoś nauczyć - trzeba cierpieć?

Zgadzam się z nią i od razu przypominam sobie lekcje angielskiego w liceum, podczas których siedziałam jak na szpilkach, bo nie wiedziałam, w którym momencie zostanę wywołana do odpowiedzi na tematy, na które nie miałam wtedy nic do powiedzenia (wojna kambodżańsko-wietnamska na przykład). Coś z tego pamiętam? Nic.

Najwięcej nauczyłam się, wyjeżdżając do Anglii do pracy na kilka miesięcy. To właśnie tam pokochałam mówienie po angielsku, z akcentem. Wracałam do Polski i wszyscy rżeli, gdy zamiast Polish-English słyszeli z moich ust British-English. Nie każdy miał możliwość wyjazdu zagranicę, nie każdy ma taką możliwość teraz, nie każdy może miał do czynienia z językiem od małego - tak jak ja - i nie boi się mówić. Są tacy, co wciąż się boją. I w Językodajni rzeczywiście mogą nie bać się oceny.

Drugi aspekt to nauka języka poprzez to, co nas interesuje. Agnieszka na podstawie formularza, który uzupełnia się przed spotkaniem oraz indywidualnych konsultacji zbiera potrzebne informacje na temat danej osoby. Dzięki temu wie, jakie tematy podejmować, by zainteresować, by tym samym zachęcić do wydawania opinii. Każdy uwielbia wypowiadać się na tematy, w których czuje się ekspertem. W jakim języku - przestaje mieć to jakieś znaczenie.

Wierzę, że to działa. Ale czy zapłaciłabym ponad 300 zł za 1,5 godziny w „babskiej” atmosferze, przy kieliszku wina i kawałku interesującego łososia? Ja nie. Zapytałam o to samo moją mamę - 60-latkę, która w wieku lat 59 postanowiła uczyć się angielskiego. Po chwili zastanowienia również stwierdziła, że to zbyt droga zabawa. Na kursie, na który uczęszcza, czuje się swobodnie, jest z niego zadowolona. I nawet zaczęła mówić po angielsku. Z kolei koleżanka - majętna, acz lękliwa i nie wygadana zainteresowała się tematem.

Językodajnia

metrowarszawa.pl

Poprosiłam również o opinię znajomego-nauczyciela. O metodzie wypowiadał się w samych superlatywach. - Fajna sprawa, przemyślana. Widać, że osoba, która to organizuje, miała na to pomysł i znalazła niszę. Próbuje również wdrożyć coś, co w Polsce dopiero raczkuje - metody nauczania, które postrzegane są jako nieszkolne, tym samym jako nieskuteczne. To oczywiście bzdura. Ale cena - rzeczywiście z kosmosu - powiedział.

Nisza, która znajduje i zapewne będzie znajdować odbiorców - ludzi o podobnej mentalności, którzy w Językodajni znajdą szkołę angielskiego, ale i miejsce wyciszenia, odpoczynku od codziennych spraw, trosk, gdzie spędzą czas w bardzo przychylnej i nie oceniającej atmosferze. Bo, jak podkreśla Agnieszka, chodzi o całe doświadczenie (w wersji premium), którego w żadnej szkole językowej nie doświadczysz. Czego tu nie lubić...

Więcej o: