Apel metrowarszawa.pl: Rodzice na rowery! [TATA W MIEŚCIE]

Pod domem mam przedszkole. Rodzice przywożą swoje maluchy SUVami, terenówkami czy innymi, zwykłymi brykami. Nigdy na rowerze. Od razu wyjaśnię. Mieszkam w tym mieście, wiem, jak wygląda sytuacja na ulicach, jak spalony most wydłuża mi drogę do pracy i ile czasu spędzam w korkach. Sam jestem tatą, co prawda rocznego szkraba i wciąż szukam sposobów jak spędzić z nim jak najwięcej czasu, wycisnąć dzień do cna, żeby tylko z nim dłużej pobyć.

Spodobało ci się? Polub nas

No i stoję w tym porannym korku, w zapchanym autobusie, słuchawki na uszach i obserwuję stojące w korku samochody. Wśród nich spotykam ogromne landary, siedmioosobowe SUVy, samochody rodzinne. W środku rodzic, czasem mama, częściej tata i z tyłu przypięte dziecko. Rodzic już w pracy, z zestawem głośnomówiącym w uchu i z nosem w telefonie, bo w korku więc można. Dziecko z tyłu, też z nosem tylko, że w tablecie coś tam sobie ogląda. Nie wiem co się dzieje w tym samochodzie, kim są i gdzie wspólnie jadą. Domyślam się, że tato wiezie dziecko do przedszkola czy do szkoły. I nie ma znaczenia, że w SUVie, że z telefonem czy z tabletem. Znaczenie ma, że nie rozmawiają, milczą i każdy z nich jest w swoim świecie.
I tak sobie myślę jadąc tym autobusem do pracy: Ile mam czasu dla mojego synka w ciągu dnia? Ile czasu spędzam w pracy i dojeżdżając do niej? Ile pracy przynoszę do domu, gdzie czeka na mnie syn? Ile czasu spędzam na pierdołach, odświeżając fejsa, gapiąc się na jakieś bzdety, czy nawet bardzo ważne informacje niezbędne do pracy, czyli znów praca. Rachunek jest smutny. Większość dnia, pewnie tak jak wy, spędzam w pracy, zdarza mi się przynosić ją do domu, dużo o niej myślę ale też, pewnie tak jak wy, siedzę na facebooku czy innych instagramach. A cenny czas płynie, kap, kap, kap...
Mój synek jest jeszcze malutki. Odkąd się urodził nasze życie się zmieniło. I nie chodzi mi nawet o to poczucie odpowiedzialności, strachu wymieszanego z miłością czy radości z pierwszego kroku czy słowa. Chodzi mi o zwykły dzień, poniedziałek, wtorek, środę. Odkąd się pojawił wstajemy dużo wcześniej. Na początku miałem z tym problemy, pewnie tak jak wy. Teraz strasznie to lubię, i nawet jak jestem niewyspany (bo np. przyniosłem sobie pracę do domu)to przed pracą, dzień w dzień 2-3 godziny jesteśmy razem: Długo wstajemy, później biesiadujemy przy twarożku, grzankach i kawie. Mały ma swój fotelik kuchenny, siada z nami do stołu i to jest takie fajne bo jesteśmy razem, coś razem robimy i to jest nasz czas. Później jest jeszcze chwila na wspólne przewalanie się, przytulasy, mycie zębów, znów przytulasy. Często razem z mamą odwożą mnie windą na dół, albo odprowadzają na przystanek. Podobnie jest po pracy. Chodzimy na długie spacery, szwędamy się po Grochowie, eksplorujemy bazar, łazimy na ogródki działkowe i do Skaryszaka. Czasem chodzimy coś zjeść, czasem psa przegonić i przekompać w parku. I nie ma w tym nic wyjątkowego.
Więc po co o tym pisać? No chyba trzeba. Widzę podjeżdżające pod przedszkole samochody i rodziców, którzy pędzą żeby odstawić swoje dzieciaki. Chwilę wcześniej stali w gigantycznym korku i mimo tego, że jechali razem, to tato był już w pracy, a maluch w swoim świecie. Nie oceniam, podpowiadam. Może gdyby choć raz w tygodniu udało się wstać pół godziny czy nawet godzinę wcześniej i malucha do przedszkola, czy do szkoły odwieźć rowerem, to ten wspólny czas nabrałby sensu. Taka wspólna droga, tym bardziej póki jeszcze są warunki, słonko świeci i jest w miarę ciepło, może być bardzo przyjemna. I dla was i dla waszego malucha.
Mnie też to czeka i bardzo się z tego cieszę. Mimo tego, że będą musiał wymienić swoją ukochaną kolarkę na bardziej rodzinny rower, którym będę mógł wozić syna. No bo przecież SUVa sobie nie kupię.
Stoję w tym porannym korku, w zapchanym autobusie, słuchawki na uszach i obserwuję stojące w korku samochody. Wśród nich spotykam ogromne landary, siedmioosobowe SUVy, samochody rodzinne. W środku rodzic, czasem mama, częściej tata i z tyłu przypięte dziecko. Rodzic już w pracy, z zestawem głośnomówiącym w uchu i z nosem w telefonie, bo w korku - więc można.
Dziecko z tyłu, też z nosem tylko, że w tablecie coś tam sobie ogląda.
Nie wiem, co się dzieje w tym samochodzie, kim są i gdzie wspólnie jadą. Domyślam się, że tato wiezie dziecko do przedszkola czy do szkoły. I nie ma znaczenia, że w SUVie, że z telefonem czy z tabletem. Znaczenie ma, że nie rozmawiają, milczą i każdy z nich jest w swoim świecie.
I tak sobie myślę jadąc tym autobusem do pracy:
Ile mam czasu dla mojego synka w ciągu dnia?
Ile czasu spędzam w pracy i dojeżdżając do niej?
Ile pracy przynoszę do domu, gdzie czeka na mnie syn?
Ile czasu spędzam na pierdołach, odświeżając fejsa, gapiąc się na jakieś bzdety, czy nawet bardzo ważne informacje niezbędne do pracy, czyli znów praca.
Rachunek jest smutny. Większość dnia, pewnie tak jak wy, spędzam w pracy, zdarza mi się przynosić ją do domu, dużo o niej myślę ale też, pewnie tak jak wy, siedzę na facebooku czy innych instagramach.
A cenny czas płynie, kap, kap, kap...
Mój synek jest jeszcze malutki. Odkąd się urodził, nasze życie się zmieniło. I nie chodzi mi nawet o to poczucie odpowiedzialności, strachu wymieszanego z miłością czy radości z pierwszego kroku czy słowa. Chodzi mi o zwykły dzień, poniedziałek, wtorek, środę.
Odkąd się pojawił, wstajemy dużo wcześniej. Na początku miałem z tym problemy, pewnie tak jak wy. Teraz strasznie to lubię, i nawet jak jestem niewyspany (bo np. przyniosłem sobie pracę do domu), to przed pracą, dzień w dzień 2-3 godziny jesteśmy razem: Długo wstajemy, później biesiadujemy przy twarożku, grzankach i kawie. Mały ma swój fotelik kuchenny, siada z nami do stołu i to jest takie fajne, bo jesteśmy razem, coś razem robimy i to jest nasz czas.
Później jest jeszcze chwila na wspólne przewalanie się, przytulasy, mycie zębów, znów przytulasy. Często razem z mamą odwożą mnie windą na dół, albo odprowadzają na przystanek. Podobnie jest po pracy. Chodzimy na długie spacery, szwendamy się po Grochowie, eksplorujemy bazar, łazimy na ogródki działkowe i do Skaryszaka. Czasem chodzimy coś zjeść, czasem psa przegonić i przekąpać w parku. Przed snem czytamy i oglądamy książki, czasem jakąś baję, dużo słuchamy muzyki i tańczymy, jak opętani. I nie ma w tym nic wyjątkowego. Więc po co o tym pisać?
No chyba muszę: Widzę podjeżdżające pod przedszkole samochody i rodziców, którzy pędzą żeby odstawić swoje dzieciaki. Chwilę wcześniej stali w gigantycznym korku i mimo tego, że jechali razem, to tato był już w pracy, a maluch w swoim świecie.
Nie oceniam, podpowiadam: Może gdyby choć raz w tygodniu udało się wstać pół godziny czy nawet godzinę wcześniej i malucha do przedszkola, czy do szkoły odwieźć rowerem, to ten wspólny czas nabrałby sensu. Taka wspólna droga, tym bardziej póki jeszcze są warunki, słonko świeci i jest w miarę ciepło, może być bardzo przyjemna. I dla was i dla waszego malucha. No i dla waszego zdrowia. Mnie też to czeka i bardzo się z tego cieszę. Mimo tego, że będą musiał wymienić swoją ukochaną kolarkę na bardziej rodzinny rower, którym będę mógł wozić syna.
Więcej o: