Nie olewaj Warszawy! Stolica brzydko pachnie, bo przegrywa ze zwyczajami i biernością miasta

Smród! Tak najczęściej brzmi komentarz tych, którym przyszło spacerować Pasażem Wiecha czy odpoczywać nas Wisłą. Fetor jest coraz bardziej intensywny, publicznych toalet jakby nie przybywa, a dzikich wychodków za to coraz więcej. Takie piękne miasto, a tak brzydko pachnie. Nie olewaj!

Spodobało ci się? Polub nas

 

Śmierdzący problem
Pasaż Wiecha. W popularnej Cafe Relax jak zwykle tłum gości chcących napić się najlepszej kawy w mieście. Przed lokalem ogródek, w którym chętnie zasiadają turyści. Jest przyjemnie, bo przed palącym słońcem chroni cień rzucamy przez Domy Handlowe Centrum. Niestety, wystarczy podmuch wiatru, aby poczuć okropny fetor moczu, a co za tym idzie - zostać na dobre zniechęconym do popijania kawy w tej „reprezentatywnej” części miasta. Skąd ten smród? Praktycznie zewsząd - z zaułków, bram i tyłów budynku, w którym niegdyś mieściło się kino Relax. Turyści grymaszą i rezygnują, a mieszkańcy łapią się za głowę. - Nie idzie wytrzymać! To jest miejski szalet, a nie pasaż handlowy. Wstyd na cały świat, żeby w takim miejscu był taki nieporządek! - komentuje mieszkanka z pobliskiego bloku. Sprawa faktycznie wstydliwa bowiem zapaszki dotyczą nie tylko Wiecha, ale całej Warszawy. Dlaczego tak chętnie olewamy temat?
Zwyczaj olewania sprawy
Niestety, powodów jest kilka. Po pierwsze brakuje miejskich toalet, których w stolicy ze świecą szukać. Jest ich jak na lekarstwo, do tego słabo oznakowane. Jeżeli już uda nam się znaleźć publiczną toaletę to nie zawsze jest ona czynna. W efekcie wielu z nas, gdy potrzeba jest nagła, to cytując klasyka „załatwia się na własną rękę”.
Toalet brakuje w parkach, na placach zabaw, ale także w okolicach Bulwarów Wiślanych czy skwerów i placów miejskich. Toalet nie ma, potrzeby są. Na ten problem od lat narzekają mieszkańcy, a ratusz zdaje się na nasze - pilne sprawy - być głuchy.
Po drugie, miasto nie tylko udaje, że problemu nie ma, co bagatelizuje sprawę wychodząc chyba z założenie, że to tylko „sikanie” i nic się złego nie dzieje. Otóż dzieje się, i to bardzo złego. Mam wrażenie, że Ratusz nie szuka rozwiązań, po które sięgnęły już inne stolice Europy, a które problem miały podobny. Dziwne, bo rozwiązania są dość proste i oczywiste. W Amsterdamie na przykład znajdziemy publiczne pisuary, które dostępne są całą dobę. Dlaczego nie ustawić takich w Warszawie? Natomiast w miastach Szwecji toalety ukryte zostały w słupach reklamowych. Są dostępne przez całą dobę, do tego kompletnie za darmo. Są także płatne, ale i to rozwiązanie zdaje się lepsze, niż sikanie w bramie. Ba, do tego takie meble miejskie nie szpecą miasta i znakomicie komponują się z przestrzenią. A na pewno lepiej to wygląda i pachnie niż dzikie toalety na tyłach kamienic.
Dlaczego wciąż takich rozwiązań, jakie wykorzystuje zachodnia Europa, nie ma w naszym pięknym mieście? W efekcie coś, co wydawało się czynnością niewinną, właśnie staje się poważnym problem Warszawy. Po prostu stolica śmierdzi. Ratuszu - nie olewaj Warszawy!
Toi  Toi
Albo raczej oj, oj. To kolejny problem miasta. Bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że przenośne toalety, którymi wysadzona jest niemal cała Warszawa, a które mają za zadanie wypełnić toaletową niszę, to sprawa wręcz śmierdząca. Na tyle, że coraz rzadziej z nich korzystamy i nie dziwne, że większość z nas woli chadzać w przysłowiowe krzaki, niż wejść do kabiny brudnej i odpychającej smrodem. Tak strasznej, że naprawdę trudno w niej zrobić siku. Łatwiej natomiast, przepraszam za wyrażenie, się zwymiotować.
Powiecie - bez toalet źle, z toaletą jeszcze gorzej, że to szukanie dziury w całym? Pewnie tak, szczególnie dotyczy to wieczorów, gdy w kabinie Tojtoja zapadają egipskie ciemności, a próba załatwienia potrzeby graniczy z cudem.
Toi  Toi oczywiście nie jest patentem złym, w końcu „potrzeba” matką najlepszych wynalazków, ale nie możemy też przyjąć, że plastikowe kuwety mogą na stałe zastąpić publiczne toalety w formie tradycyjnej. Tak nie może wyglądać stolica kraju europejskiego. A na razie sprawa nie tylko brzydko pachnie, ale i brzydko wygląda. Jednym słowem - szpeci nasze wspaniałe miasto, które ma być wizytówką Polski.
[FOTO toi  toi pod centralnym, przy pętli.]
Efekty bardzo odczuwalne
Brak dostępu do publicznych toalet oraz brudne i odpychające zapachem Toi  Toi sprawia, że swoje potrzeby zmuszeni są niektórzy załatwiać tam, gdzie nadarzy się okazja. Są to nie tylko tereny zielone, ale także zaułki czy nawet główne ulice. Ba, mam wrażenie, że problem zasikanych ulic, parków i budynków dotyczy całego miasta. W sumie, gdzie człowiek się nie ruszy, czy to na spacer, czy też po zakupy napotkać może smród uryny. Czasem tak intensywny, że robi się po prostu nie dobrze. W sumie - olana jest cała Warszawa. Czy to wina tylko i wyłącznie braku publicznych toalet? Nie.
Powodem, dla którego tak brzydko zaczyna pachnieć w Warszawie, są także, niestety, nasze zwyczaje. Nie dbamy chyba o nasze miasto tak, jak dbać powinniśmy. Utarło się bowiem przekonanie, że sikanie w bramie, chodzenie w krzaki czy na tak zwaną stronę to nic złego. Tyle tylko, że zaraz sami możemy utopić się we własnym problemie. Dlaczego? Czasami to nie jest tylko kwestia braku toalet miejskich, ale naszego przyzwyczajenie i kultury osobistej. A może jej braku?
Narobiliśmy sobie biedy, a spacerowanie po pięknej Warszawie czy przesiadywanie w śródmiejskich kawiarniach zaczyna być mało przyjemne. Dlatego apel - nie olewaj Warszawy!

Śmierdzący problem

Pasaż Wiecha. W popularnej Cafe Relax jak zwykle tłum gości chcących napić się najlepszej kawy w mieście. Przed lokalem ogródek, w którym chętnie zasiadają turyści. Jest przyjemnie, bo przed palącym słońcem chroni cień rzucamy przez Domy Handlowe Centrum. Niestety, wystarczy podmuch wiatru, aby poczuć okropny fetor moczu, a co za tym idzie - zostać na dobre zniechęconym do popijania kawy w tej „reprezentatywnej” części miasta. Skąd ten smród? Praktycznie zewsząd - z zaułków, bram i tyłów budynku, w którym niegdyś mieściło się kino Relax. Turyści grymaszą i rezygnują, a mieszkańcy łapią się za głowę. - Nie idzie wytrzymać! To jest miejski szalet, a nie pasaż handlowy. Wstyd na cały świat, żeby w takim miejscu był taki nieporządek! - komentuje mieszkanka z pobliskiego bloku. Sprawa faktycznie wstydliwa bowiem zapaszki dotyczą nie tylko Wiecha, ale całej Warszawy. Dlaczego tak chętnie olewamy temat?

Zwyczaj olewania sprawy

Niestety, powodów jest kilka. Po pierwsze brakuje miejskich toalet, których w stolicy ze świecą szukać. Jest ich jak na lekarstwo, do tego słabo oznakowane. Jeżeli już uda nam się znaleźć publiczną toaletę to nie zawsze jest ona czynna. W efekcie wielu z nas, gdy potrzeba jest nagła, to cytując klasyka „załatwia się na własną rękę”.

Toalet brakuje w parkach, na placach zabaw, ale także w okolicach Bulwarów Wiślanych czy skwerów i placów miejskich. Toalet nie ma, potrzeby są. Na ten problem od lat narzekają mieszkańcy, a ratusz zdaje się na nasze - pilne sprawy - być głuchy.

Po drugie, miasto nie tylko udaje, że problemu nie ma, co bagatelizuje sprawę wychodząc chyba z założenie, że to tylko „sikanie” i nic się złego nie dzieje. Otóż dzieje się, i to bardzo złego. Mam wrażenie, że Ratusz nie szuka rozwiązań, po które sięgnęły już inne stolice Europy, a które problem miały podobny. Dziwne, bo rozwiązania są dość proste i oczywiste. W Amsterdamie na przykład znajdziemy publiczne pisuary, które dostępne są całą dobę.

Dlaczego nie ustawić takich w Warszawie? Natomiast w miastach Szwecji toalety ukryte zostały w słupach reklamowych. Są dostępne przez całą dobę, do tego kompletnie za darmo. Są także płatne, ale i to rozwiązanie zdaje się lepsze, niż sikanie w bramie. Ba, do tego takie meble miejskie nie szpecą miasta i znakomicie komponują się z przestrzenią. A na pewno lepiej to wygląda i pachnie niż dzikie toalety na tyłach kamienic.

Dlaczego wciąż takich rozwiązań, jakie wykorzystuje zachodnia Europa, nie ma w naszym pięknym mieście? W efekcie coś, co wydawało się czynnością niewinną, właśnie staje się poważnym problem Warszawy. Po prostu stolica śmierdzi. Ratuszu - nie olewaj Warszawy!

Toi  Toi

Albo raczej oj, oj. To kolejny problem miasta. Bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że przenośne toalety, którymi wysadzona jest niemal cała Warszawa, a które mają za zadanie wypełnić toaletową niszę, to sprawa wręcz śmierdząca. Na tyle, że coraz rzadziej z nich korzystamy i nie dziwne, że większość z nas woli chadzać w przysłowiowe krzaki, niż wejść do kabiny brudnej i odpychającej smrodem. Tak strasznej, że naprawdę trudno w niej zrobić siku. Łatwiej natomiast, przepraszam za wyrażenie, się zwymiotować.

Powiecie - bez toalet źle, z toaletą jeszcze gorzej, że to szukanie dziury w całym? Pewnie tak, szczególnie dotyczy to wieczorów, gdy w kabinie Tojtoja zapadają egipskie ciemności, a próba załatwienia potrzeby graniczy z cudem.

Toi  Toi oczywiście nie jest patentem złym, w końcu „potrzeba” matką najlepszych wynalazków, ale nie możemy też przyjąć, że plastikowe kuwety mogą na stałe zastąpić publiczne toalety w formie tradycyjnej. Tak nie może wyglądać stolica kraju europejskiego. A na razie sprawa nie tylko brzydko pachnie, ale i brzydko wygląda. Jednym słowem - szpeci nasze wspaniałe miasto, które ma być wizytówką Polski.


Efekty bardzo odczuwalne

Brak dostępu do publicznych toalet oraz brudne i odpychające zapachem Toi  Toi sprawia, że swoje potrzeby zmuszeni są niektórzy załatwiać tam, gdzie nadarzy się okazja. Są to nie tylko tereny zielone, ale także zaułki czy nawet główne ulice. Ba, mam wrażenie, że problem zasikanych ulic, parków i budynków dotyczy całego miasta. W sumie, gdzie człowiek się nie ruszy, czy to na spacer, czy też po zakupy napotkać może smród uryny. Czasem tak intensywny, że robi się po prostu nie dobrze. W sumie - olana jest cała Warszawa. Czy to wina tylko i wyłącznie braku publicznych toalet? Nie.

Powodem, dla którego tak brzydko zaczyna pachnieć w Warszawie, są także, niestety, nasze zwyczaje. Nie dbamy chyba o nasze miasto tak, jak dbać powinniśmy. Utarło się bowiem przekonanie, że sikanie w bramie, chodzenie w krzaki czy na tak zwaną stronę to nic złego. Tyle tylko, że zaraz sami możemy utopić się we własnym problemie. Dlaczego? Czasami to nie jest tylko kwestia braku toalet miejskich, ale naszego przyzwyczajenie i kultury osobistej. A może jej braku?

Narobiliśmy sobie biedy, a spacerowanie po pięknej Warszawie czy przesiadywanie w śródmiejskich kawiarniach zaczyna być mało przyjemne. Dlatego apel - nie olewaj Warszawy!

Więcej o: