"Bazar Olimpia to inny stan świadomości" - mówią wielbiciele niedzielnego targu staroci na Woli i mają rację

Są dwie szkoły: falenicka i otwocka. Pierwsza mówi, że na bazar trzeba przyjść bladym świtem, kiedy towar jest jeszcze nieprzebrany. Druga, że najlepiej przyjść tuż przed zamknięciem bazaru. Wtedy zaczyna się prawdziwy handel i warto się targować, bo sprzedawcy chcąc się pozbyć towaru, schodzą z ceny. Wypróbowałem obie. Która jest lepsza? Nie zdradzę, sami sprawdźcie.

Spodobało ci się? Polub nas

"Przepraszam, gdzie tu jest koniec kolejki"?

Upał straszny. Tłum ludzi, przepycha się jeden przez drugiego, zbiegowisko jakieś. Podchodzę bliżej i oczom nie wierzę, takich cen wędlin, jak żyję, nie widziałem.

- Kiełbasa wawelska 8 zł za kilogram, ser żółty 10 zł, szynka swojska 4 zł, żywiecka opakowanie 3 zł, salami 10 zł, boczek wędzony 8 zł - wymienia przez telefon na oko osiemnastolatek. - Mama, co mam brać? - pyta.

Sprzedawcy uwijają się, jak w ukropie, towar leży w wiklinowych koszach na drewnianych rozkładanych stołach, ludzie dosłownie wyrywają go sobie z rąk.

Bazar OlimpiaBazar Olimpia, fot. Igor Nazaruk

- Dobra ta kiełbasa? - pytam stającego na końcu ogonka mężczyznę. Pytam pro forma, mięsa nie jem od kilku miesięcy, ale ceny robią wrażenie.

- Panie, najlepsza! - odpowiada mi starszy jegomość. - Za taką cenę pan psa nie nakarmisz. A kiełbaska na grilla jest pierwsza klasa - dodaje.

- Ale strasznie jest gorąco, a oni lodówek nie mają - mówię.

- Widzę, że pan pierwszy raz na Olimpii - uśmiechając się pod nosem. - One mają lodówki w samochodach, wyciągają i towar schodzi, jak zły. Raptownie. Niech pan popatrzy - mówi.

Rzeczywiście, sprzedawca co chwilkę śmiga do samochodu zaparkowanego tuż za stoiskiem, wraca z naręczem kiełbas, układa je na drewnianej ladzie, a temperaturę sprawnym ruchem sprawdza łokciem.

- Tylko niech pan zdjęć nie robi, bo jak przyuważą, to kiełbaski pan nie kupisz - uprzedza moje poczynania pan starszy. Skoro nie kupuję, to ryzykuję i robię zdjęcie, ale nie towaru, tylko kolejki. Nie chcę mieć kłopotów, dopiero przyszedłem, nie ma jeszcze 8 rano.

Bazar OlimpiaBazar Olimpia, fot Igor Nazaruk

Moc Komety

- Klej Kometa! Wodoodporny, wieloczynnościowy, elastyczny, przeźroczysty, superszybki, nieplamiący!!! Sklei buta, dętkę, gumę, skórę, filc, drewno, plandekę, metal, kryształ, PCV i wszystko, co tylko zechcesz!!! Dla szewca, majstra i tapicera!!! - słyszę z oddali.

- W jakiej cenie ten klej?

- Panie, darmo! 10 złotych. Niech pan w przyszłym tygodniu buty przyniesie do sklejenia. Za darmo. Promocja, w ramach reklamy - przekonuje mnie sprzedawca i demonstruje „nieprawdopodobną moc Komety”. Dwie gumowe dętki smaruje niewielką ilością przeźroczystego kleju. Opowiadając, mocno je przyciska i demonstruje przy pomocy scyzoryka, że rozkleić się tego nie da. Trwa to dosłownie kilka sekund

- Taki jest mocny i szybki - chwali swój towar sprzedawca, który jest ze świata, że jak się coś zepsuło, to się to naprawiało, a nie wyrzucało, jak dziś.

- Szkoda, że te czasy minęły - myślę, ale szybko o tym zapominam, mijając ogromną kolekcję płyt disco polo. Z głośnika do tańca zaprasza „Sąsiadka z naprzeciwka”, wtóruje jej sprzedawca w imprezowym nastroju.

Bazar OlimpiaBazar Olimpia, fot Igor Nazaruk

"To nie jest olimpijska cena"

Niedzielny bazar na Olimpii zna każdy „szperacz” w Warszawie. Znają go poszukiwacze okazji, kolekcjonerzy, ale też kompulsywni zbieracze wszelkiego „dziadostwa”, amatorzy ciucholandów, emeryci tęskniący za atmosferą dawnych bazarów, w końcu ci, co wrzucają fotki wszystkiego na Insta.

Bazar OlimpiaBazar Olimpia, fot Igor Nazaruk

Bazar Olimpia, fot Igor NazarukBazar Olimpia, fot Igor Nazaruk

Bazar Olimpia, fot Igor NazarukBazar Olimpia, fot Igor Nazaruk

Niech nie zrazi się ten, kto trafi na bazar pierwszy raz. Towar rozkładany jest na brezentowych płachtach, kartonach, dywanach, szmacianych chodniczkach, łóżkach, karimatach, a nawet prosto na wysuszonej na pył ziemi.

A mimo to są tacy, którzy bez wizyty na „Olimpijce” nie wyobrażają sobie niedzieli. Jednym z nich jest Mateusz Szlachtycz, filmowiec, znawca polskiego komiksu, dokumentalista i miłośnik PRL-u. Od kilku dobrych lat odwiedza Olimpię co tydzień, zawsze z kumplem - Czachą. We dwóch raźniej.

Bazar Olimpia, fot Igor NazarukMateusz Szlachtycz, Bazar Olimpia, fot Igor Nazaruk

- Znajduję tu bezcenne dokumenty epoki PRL-u, dokumenty propagandowe, stare magazyny, pocztówki, zdjęcia itd. Ostatnio kupiłem oryginalny, kultowy rower „Wigry 3”. O właśnie, dobrze, że sobie przypomniałem. Jest tu koleś, który ma stare polskie rowery, w dobrej cenie i w dobrym stanie. Podejdziemy do niego. Ale widzę, że jesteś jakiś zagubiony? - pyta mnie Mateusz, ale już nawet na mnie nie patrzy, oczy mu się świecą, widzi coś u kolejnego sprzedawcy. - Po ile teleskop? - pyta. Sprzedawca mierzy okiem potencjalnego klienta, jakby miał w oku skaner.

- Od szanownego pana 1500 złotych - strzela.

- To nie jest olimpijska cena - odpowiada krótko Mateusz i odwraca się na pięcie. Już po chwili w rękach trzyma wydaną w latach 70. książeczkę „Olimpiada, której nie było”.

- A co to za Olimpiada? - pyta sprzedawczynię.

- No ta, której nie było - odpowiada rezolutnie miła pani i wszyscy wybuchamy śmiechem. Cena 3 zł. Bierzemy.

Bazar Olimpia, fot Igor NazarukBazar Olimpia, fot Igor Nazaruk

Bazar Olimpia, fot Igor NazarukBazar Olimpia, fot Igor Nazaruk

Bazar Olimpia, fot Igor NazarukBazar Olimpia, fot Igor Nazaruk

Ale już za chwilę wśród szpargałów znajdujemy prawdziwe cacuszko, kolekcjonerski rarytasik. Oryginalne okulary przeciwsłoneczne „Opta Katowice” za 50 zł. Cena do negocjacji, ostatecznie kupujemy je za 22 zł. Twarzowe, świetnej jakości szkła, stylowe ramki. Bomba.

- Tutaj złotówka ma zupełnie inną wartość niż na zewnątrz - mówi Mateusz. - Tu za złotówkę możesz już coś kupić, a to biuletyn, a to ładną pocztówkę, znaczek jakiś. Jestem kolekcjonerem, zbieram takie rzeczy - mówi Mateusz.

Bazar Olimpia, fot Igor NazarukBazar Olimpia, fot Igor Nazaruk

„Grzebiemy, szperamy, wszystko za złotówkę oddamy!”.

Mijamy stoiska: ze starymi winylami, garsonkami, wściekle czerwonymi damskimi szpilkami, stópkami, jakiś sztruksem, marmurkowym dżinsem, niekompletnymi planszówkami, zwojami kabli i ładowarek do nieistniejących już telefonów komórkowych, polskim czosnkiem (nie chińskim!!), porcelaną i innymi skorupami, dewocjonaliami, w tym podobizną najśmieszniejszego Jezusa, jakiego w życiu widziałem, butami nie do pary (ale prawy but ma pierwszeństwo!!!), zegarkami na rękę i na ścianę, narzędziami w tym elektronarzędziami, armaturą i AGD z początku tysiąclecia, miliardem zabawek, książek i innych rzeczy, których nawet nazwać nie potrafię.

 

Bazar Olimpia, fot Igor NazarukBazar Olimpia, fot Igor Nazaruk

Bazar Olimpia, fot Igor NazarukBazar Olimpia, fot Igor Nazaruk

- Tak, jestem zagubiony - odpowiadam pod nosem Mateuszowi.

Tuż przy wyjściu znajdujemy oryginalny hełm ćwiczebny dla skoczków spadochronowych z Kaliskich Zakładów Terenowych. Bagatela, jedyne 82 zł.

Bazar Olimpia, fot Igor NazarukBazar Olimpia, fot Igor Nazaruk

W tym czasie „z przyczajki”, inaczej mówiąc „z biodra” robię zdjęcie straganu ze starociami, ale słaby ze mnie fotoreporter.

- Pozwolenie jest?! - pyta handlarz. Na łokciu wytatuowany krzyż Wermachtu. Oj, będą kłopoty - myślę

- On tu pierwszy raz, nie wiedział, że trzeba zapytać - odpowiada za mnie Mateusz. Strasznie mi głupio, bez sensu, że nie zapytałem.

- Gdybyś nie był od nich, to wpi****l by był - mówi uśmiechając się pod wąsem handlarz. - Kiedyś się mówiło, że „towar macany należy do macanta”. Dziś tylko chodzą i zdjęcia cykają. Chyba zacznę pobierać opłatę za te zdjęcia, bo nic nie kupują, tylko cykają i na fejsa, że byli. A kogo to obchodzi, że ktoś łaził po bazarze? - pyta retorycznie sprzedawca.

- He he - odpowiadam

- He he - mówi sprzedawca.

Ot i cała rozmowa.

Olimpia to nazwa stadionu, który w niedzielę zamienia się w bazar na rogu ul. Górczewskiej i al. Prymasa Tysiąclecia.

Więcej o: