"W slipach każdy wygląda tak samo" - spowiedź starego ratownika z warszawskich basenów [LATO Z DAWNYCH LAT]

"Basen i woda mają to do siebie, że się kojarzą z luzem, urlopem, wakacjami. To stwarzało specyficzną atmosferę rozwiązłości i seksapilu. Hamulce niektórym puszczały."

Pan Janusz Pawelski ma 64 lata, wygląda na 10 lat mniej. Śmiga na rowerze codziennie, w zeszłym roku przejechał ponad 6 tys. kilometrów. Codziennie też gra w ping ponga bez trudu ogrywając siedemnastoletnich zawodników. Pracuje jako instruktor nauki jazdy, woli uczyć kobiety niż facetów, uważa że jeżdżą lepiej i uważniej.

Nam, z pikantnymi szczegółami opowiedział o pracy ratownika na basenach w Warszawie w latach 70. i 80.

Gdzie pan pracował?
Na kilku basenach od 1976 do 1989 roku. Nie wiem czy wszystkie pamietam, spróbuję: Inflandzka, Pałac Kultury, Anin, czyli basen tych rządowych, Gwardia, Warszawianka, Moczydło, Skra. Ale zanim zacząłem pracę musiałem zrobić kurs ratownika. Kwalifikowali się głównie ci, którzy trenowali pływanie. Na egzaminie trzeba było przepłynąć pod wodą 25 metrów i 50 metrów w 45 sekund.
Pan trenował?
Nigdy. Sam się nauczyłem pływać, podpatrywałem innych. Pierwszy raz popłynąłem na wsi w stawie na plecach. Miałem osiem lat.
A w Warszawie, jak pan był dzieckiem to nie chodził pan na basen?
W latch 60. mieszkałem blisko Legii i czasem chodziłem tam popływać. To były czasy Władysława Komara, olimpijczyka, jednego z najlepszych w historii miotaczy kulą. Przychodził na Legię, taki wielki chłop z niego był. Wino się lało, szampany, piwo można było na basenie w kiosku kupić. Panienki się koło niego kręciły. Inny świat. To był odzielny klan, później to zanikło. Na Warszawiankę też przychodzili znani ludzie, "celebryci", ale nazwisk nie pamiętam.
Ile miał pan lat kiedy został pan ratownikiem?
25, już stary chłop byłem.
No to stary rzeczywiście...
Jasne, że stary. Tam reszta to dzieciaki były, po 17 - 18 lat. Po kursie odbyłem praktyki na krytym basenie na ul. Inflandzkiej. Mówili, że zwariowałem, bo ciągle pływałem i pływałem. Chciałem tych co po 10 lat trenowali dogonić. Nigdy mi się nie udało, bo nie miałem trenera, ale chociaż próbowałem. Pierwszą pomarańczową czapeczkę i koszulke z napisem "ratownik" dostałem na basenach "Wisła" na Wale Miedzyszyńskim. Slipków nie dawali, trzeba było mieć swoje. Tam było sześć basenów, z których do dziś zostały dwa. W 1973 roku zamknięto ostatnie kąpielisko na Wiśle. Woda w rzece już się nie nadawała. Ale pamiętam też czyściuteńką Wisłę i tysiące ludzi na plaży. Później wszyscy znad rzeki na te baseny się przenieśli.
I trzeba było nad tym tłumem na basenie zapanować. Ratownik musiał być panem i władcą?
Za moich czasów, jak ratownik coś powiedział, czy gwizdnął to miał posłuch absolutny. Nie było dyskusji, że później czy, że ktoś czegoś nie zrobi. Musiał być ład i porządek. Chodziło głównie o bezpieczeństwo, żeby ktoś komuś na głowę nie skoczył, kręgosłupa nie złamał. Nie ukrywam, że niektórzy ratownicy na basenie wykorzystywali swoją  władzę.
A pan?
Ja nie lubię rządzić, jestem raczej wycofany. Pamiętam, przyszedłem pierwszego dnia do pracy a stary ratownik, który mnie miał wprowadzić mówi: Masz tu basen, patrz na niego a ja idę napić się czegoś. Strasznie się denerwowałem, ale cały czas patrzyłem na wodę. Tak byłem nauczony.
Bywało niebezpiecznie?
Na pierwszym basenie było spokojnie, ale bywało, że było strasznie dużo ludzi. Woda była tak mętna, że nic nie było widać. Wtedy trzeba było co pół godziny cały basen przenurkować. Przepisy były takie, że na jeden basen musiało być trzech ratowników, ale zwykle i tak  pracował tylko najmłodszy, reszta gdzieś się rozchodziła. Ale to chyba normalne, że młody musi pracować? Ale było też tak, że jak zostawał, to musiał bez przerwy na wodę patrzeć, jak poszedł - to poszedł, ale jak został - to musiał pracować, a nie bokiem do basenu siedzieć i panienki oglądać. Ciągle słyszałem od starszych "patrz na wodę".
Ale czemu woda nie była przezroczysta? Brudna?
Całą wodę z basenu wymieniało się raz w tygodniu. Niestety nie było takiego zwyczaju, zresztą teraz też chyba nie ma, żeby człowiek zanim do basenu wskoczy, to wszedł pod prysznic, olejki zmył i cały się umył. I mimo, że ta woda się w basenie systematycznie wymieniała, to i tak była brudna.  Jak było mało ludzi, to nie było problemu, bo woda "dochodziła" do siebie po kilku dniach, ale jak był upał i ful ludzi, woda przez noc nie zdążyła się przefiltrować.  Drugiego dnia znowu ful i znów się nie wymieniła, trzeciego dnia już był dramat. Widoczność na pół metra. Po zamknięciu basenu trzeba go było dokładnie przenurkować kilka razy. Sprawdzić czy nikogo nie ma na dnie.
Ale nikogo pan chyba nie znalazł?
Raz miałem bardzo nieprzyjemną sytuację. To było na Gwardii. Koniec dnia, fajrant, basen pusty. Wchodzę na wierzę, żeby skoczyć i przychodzi szatniarka: Panie Januszu, wszyscy wyszli, ale jedno ubranie zostało. No to mi sie już strasznie zrobiło. Przenurkowałem cały basen w zdłóż i w szerz, ale nikogo nie znalazłem. Pewnie się ktoś upił i go zabrali w slipach. Jakieś takie szczęście miałem przez te wszystkie lata, że nic się nie stało. Przepraszam, raz musiałem jednego chłopaka pompować. Skoczył z wirzy, ale nie pionowo tylko pod kątem i uderzył klatką piersiową w taflę wody. Nie wprawiony był, nie rozbił tafli rękami, tylko klatką piersiową i nie mógł złapać powietrza. Musiałem go napompować na stojąco, raz dmuchnąłem i odżył. Ale i tak się wystraszyłem. Zdarzało mi się też kiedyś tonącą dziewczynę wyciągać, ale to było proste, bo lekka była. Nie jest tak, jak pokazują na filmach, że jak ktoś się topi to krzyczy w niebogłosy. Człowiek topi się w całkowitej ciszy, nic nie mówi, nie drze się, nabiera wody i idzie na dno.
Pamiętam, że jako dziecko byłem na basenie z kolegą blondynem. Wyszedł z wody i miał totalnie zielone włosy.
Wodę uzdadniano nadmanganianem potasu i chlorem. Chlor przeraźliwie śmierdział i zostawiał w ustach metaliczny posmak, a nadmanganian zmieniał kolory. To było na porządku dziennym, z czasem już nie zwracałem uwagi ani na smród, ani na zielonowłosych blondynów i zielonowłose blondynki. Dziś się wodę ozonuje i nie ma takich niespodzianek.
Który z basenów pan najlepiej wspomina?
W Pałcu Kultury i Gwardię. Tam były największe skocznie w Warszawie, a ja uwielbiałem skakać. Przed olimpiadą w Moskwie w 80 roku kadra skoczków trenowała w Pałacu i któregoś razu zaproponowali, żebym z nimi poskakał. Nauczyli mnie salta robić, z 10 metrowej wierzy skakałem na główkę, na nogi się bałem. Pamiętam zwłaszcza Krzysztofa, tego młodego, on jest fotoreporterem w Gazecie Wyborczej. Miller chyba się nazywa. Był wielokrotnym mistrzem Polski w skokach z trampoliny i wierzy. Był jeszcze jeden, taki mały. Z nim się bardziej zakumplowałem, ale wyjechał do Stanów na stypendium i nie wrócił. Imienia nie pamiętam. Na koniec dnia, jak już basen był zamknięty, na Gwardię przychodzili czasem zapaśnicy. Też chcieli skakać. Musiałem z nimi toczyć boje, żeby nie skakali.Po 19 latach spotkałem jednego z nich, okazało się, że jest bratem mojego kumpla.
A gdzie był największy syf?
Na Inflandzkiej, zwłaszcza w czasach, jak ten balon postawili. Kafelki niedomyte, krany pourywane. Potem afera była, bo opadł ten namiot i ludzie mało co się nie potopili. Na Skrze na początku było dobrze, ale z czasem powinien się tam odbyć remont, bo rury odpływowo dopływowe się pozatykały i wodę do basenu nalewali wężami strażackimi. To był początek końca. Miasta przestało baseny dotować. Podobnie było z Legią, dopóki miasto dopłacało, to było dobrze, a później wszystko zaczęło się psuć, trawą zarosło i pozamykali baseny.
Kto przychodził na basen?
Każdy miał inną klientelę. Na Legię np. przychodzili sportowcy, na Skre rodziny z dziećmi, na  Wał Miedzyszyński Cyganie z Saskiej Kępy i Pragi
Buńczuczni?
Trochę, ale sobie z nimi radziłem. Dla żartu brali mnie na ręce. Mówiłem, żeby się nie wygłupiali, a oni swoje, ale w końcu odpuszczali. Agresji nie było, bo ja nie byłem do przodu. Tłumaczenie pomagało. Nie pili, nie przeszkadzali, nie kradli, tworzyli taką rodzinę, zawsze razem.
No i Prażanie przychodzili?
Z nimi też nie miałem żadnego kłopotu.
Jak wyglądała moda basenowa?
Faceci obowiązkowo nosili slipy kąpielowe, nie jakieś tam spodenki, czy bokserki, ale normalne, klasyczne slipy.  A panienki raczej w dwuczęściowych kostiumach, w miare kolorowych. Każdy się starał coś tam zza granicy zdobyć, bo u nas strojów kąpielowych raczej nie było. Mi kolega przywiózł z Włoch kąpielówki Adidasa. To chcieli ode mnie kupić te trzy paski, ale nie sprzedałem, bo mi się za bardzo podobały. Przez moment na basenach panowała też moda topless, ale krótko i zanikła.
Kiedy?
Na początku lat 80
Czyli w czasie, kiedy w kraju było najgorzej?
Tak, panienki normalnie się opalały topless, chodziły topless i nikt na nie uwagi nie zwracał. Nie było żadnych podglądanek, macanek, czy innych głupich reakcji.
Podobała się panu ta moda?
Tak, bo to były młode dziewczyny. Niech se każdy robi co chce. Mi nie przeszkadza.
A pamięta pan "basenowych podrywaczy"?
Więcej pamiętam basenowych zboczeńców. Na każdym znalazł się taki dziad co zaczepiał dzieciaki w wieku 10 - 12 lat. A to piłeczkę podawał, a to podsadzał, podnosił, a to do wody wrzucił, posmyrał, za rączkę chodził itd. Pamiętam złaszcza takiego jednego na Warszawiance.
Nie mówiło się wtedy o pedofilach?
Nie, raczej o zboczeńcach. Ale oni w gruncie rzeczy nie pozwalali sobie na wiele.
Dzieci na basen bez rodziców przychodziły?
Bardzo często były same. Ja też na Legię sam chodziłem.
Dzieci bez opieki na basenie, do tego interesujący się nimi pedofile?
Wtedy ludzie nie wiedzieli za bardzo o co chodzi. Ratownicy widzieli, bo ci zboczeńcy co dziennie na basen przychodzili. Ale byli nieszkodliwi, więc nawet nie musieliśmy interweniować, tylko mieć na oku.
Ekschibicjoniści też przychodzili?
Chyba takich nie było, a może byli, ale ja ich nie pamiętam. Homoseksualiści może też byli, ale się nie afiszowali, nie widziałem żadnych uścisków, trzymania się za rączkę, całusków. Na basenie raczej wszyscy byli hetero.
(śmiech)
A co z tymi podrywaczami?
Właściwie to nie wiem.
Panie Januszu, pan nie wie? Ale się pan święty zrobił.
Ja? Nigdy. Powiem tak: Ja swoich spraw na basenie nie załatwiałem, a innym facetom jakoś się nie przyglądałem, więc nie wiem czy i jak podrywali...
No dobrze, to powiem. Ratownik nie musiał nic podrywać. Panienki same do niego przychodziły.
Wystarczyło być ratownikiem i dziewczyny same wianuszkiem go otaczały?
Dosłownie wianuszkiem.
(śmiech)
Basen i woda maja to do siebie, że się kojarzą z luzem, urlopem, wakacjami. To stwarzało specyficzną atmosferę rozwiązłości i seksapilu. Hamulce niektórym puszczały. Był taki jeden ratownik na Warszawiance. Przystojny, nie musiał nikogo podrywać, dziewczyny same się do niego kleiły. I jak miał chęć z którąś "porozmawiać" to dawał jej znać. A, że szatnia ratowników nie wiedzieć czemu była w części damskiej, to taka dziewczyna niby do szatni, a szła do niego, a my za nią. Szli pod prysznic, a że nad prysznicami była taka pusta przestrzeń, to my po cichu się wdrapywaliśmy i wszystko z góry obserwowaliśmy. Nikt nas nigdy nie nakrył, a my mieliśmy o czym gadać. Takie to były podrywy ratowników.
Czyli taki ratownik miał utrudnione warunki pracy. Jak miał "patrzyć na wodę" otoczony wianuszkiem dziewcząt, nie daj Boże topless?
Musiał, jak pracował to musiał. W latach 70. tak nam do łba wbili na kursach, że ciągle patrzyliśmy na tę wodę. Mówili: Rób co chcesz, gadaj z kim chcesz, ale patrz na wodę. Później coraz gorzej było. Jak młodzi przyszli, to nie mieli już takiego nawyku. Miałem raz na Gwardii taki przypadek - tłum ludzi w basenie. Do brzegu podbiegło dwuletnie dziecko, położyło się na trawie i sturlało do wody. Nikt tego nie zauważył, ludzie dosłownie stali obok i nic nie widzieli. Dziecko poszło na dno. Na szczęscie nic mu się nie stało, bo szybko je wyłowiłem. Po chwili znalazłem mamusie, stała z papieroskiem i w słońcu się wygrzewała. Najczęściej był taki tłum na basenie, że nikt nie myślał o pływaniu. Stał jeden obok drugiego i się moczył.
Co musiał zrobić ratownik, żeby mieć posłuch w takim tłumie?
Już samo to, że był ratownikiem dawało mu z połowę tego posłuchu, resztę musiał sobie sam wypracować. Dzieciaki też były inne, słuchały starszych, a jak nie - kazałem pompki robić, przysiady, nie raz w d**ę jeden z drugim dostał.
Co na to rodzice?
Jeszcze poprawiali! Nikt mi uwagi nie zwracał, bo byłem ratownikiem. Nawet, jak gówniarz miał 15 - 17 lat to nie dyskutował. Jak zasłużył, to kazałem mu np. 20 pompek zrobić i dymał.
Jak pan sobie radził z pijanymi?
Ich to się wyrzucało.
Z basenu?
Z wody. Na basenie mógł przebywać, ale nie mógł pływać. Nie zdarzyło mi się, żeby ktoś był agresywny. Raz pamiętam, że musieliśmy we trzech iść jednego wyrzucić, ale to tylko jeden raz na 13 lat pracy. Ludzie kiedyś inni byli, szanowali panujące na basenie zasady, a później to się wszystko zpauperyzowało.
Ile zarabiał ratownik?
W sezonie, za pięć godzin dziennie, mniej więcej połowę tego co średnia krajowa. Natomiast na Gwardii 3/4 średniej. Tam najlepiej płacili, bluzy z kapturem dawali i buty. Bilet na basen kosztował 2 zł, za moją pensję mogłem kupić tysiąc takich biletów.
Kiedy padał deszcz i nikt na basen nie przychodził, musieliście być w pracy?
Na niektórcyh basenach trzeba było być, na innych nie. Pamiętam, że na Skrę raz przyszliśmy do pracy, nikogo nie było, to zaczęliśmy pić winka. Wszyscy się strasznie upili i zaczęliśmy pływać na golasa. Nawet się nie zorientowaliśmy, że słońce wyszło i ludzie na basen przyszli. Pływam sobie i patrzę a nade mną stoi matka z córeczką i mówi: Choć dziecko, bo tu jakiś pan goły pływa. Nic się nikomu nie stało, nic nie wydało, wszystko było w najlepszym porządku.
A zdarzały się dzikie imprezy na basenach?
Tylko o nich słyszałem, ale nie uczestniczyłem. Nocą się młodzież na basen przekradała i pływali, pili, bawili się. Ale najczęściej dozorca milicję wzywał i impreza szybko się kończyła. Były też takie imprezy umówione z dozorcą i z ratownikami. Płacili ekstra, za noc tak jak za 3 - 4  dni pracy i mogli robić co chcieli. Ja tylko pilnowałem, żeby się nie pozabijali.
A zarządcy basenu o tych imprezach wiedzieli?
No gdzie? Basenami nocą zarządzał dozorca. Jak był dobrze opłacony, nikomu problemów nie robił. Były też imprezy dla Świadków Jehowy. Basen się zamykało i oni chrzcili w tej wodzie.
A tzw. bananowa młodzież na baseny przychodziła?
Jakoś ich nie pamiętam. Na basenie wszyscy byli równi, w slipach każdy wygląda tak samo. Nie było widać, który bananowy jest.

Gdzie pan pracował?

- Na kilku basenach od 1976 do 1989 roku. Nie wiem, czy wszystkie pamiętam, spróbuję: Inflancka, Pałac Kultury, Anin, czyli basen tych rządowych, Gwardia, Wisła, Warszawianka, Moczydło, Skra. Ale zanim zacząłem pracę, musiałem zrobić kurs ratownika. Kwalifikowali się głównie ci, którzy trenowali pływanie. Na egzaminie trzeba było przepłynąć pod wodą 25 metrów i 50 metrów w 45 sekund. To nie był trudny egzamin.

Pan trenował?

- Nigdy. Sam się nauczyłem pływać, podpatrywałem innych. Pierwszy raz popłynąłem na wsi w stawie na plecach. Miałem osiem lat.

Kąpiący się na basenach RKS Skra przy ul. Wawelskiej 5 w Warszawie, 1975Kąpiący się na basenach RKS Skra przy ul. Wawelskiej 5 w Warszawie, 1975, fot. NAC

 

A w Warszawie, jak pan był dzieckiem, to nie chodził pan na basen?

- W latach 60. mieszkałem blisko Legii i czasem chodziłem tam popływać. To były czasy Władysława Komara, olimpijczyka, jednego z najlepszych w historii miotaczy kulą. Przychodził na Legię, taki wielki chłop z niego był. Wino się lało, szampany, piwo można było na basenie w kiosku kupić. Panienki się koło niego kręciły. Inny świat. To był oddzielny klan, później to zanikło. Na Warszawiankę też przychodzili znani ludzie, "celebryci", ale nazwisk nie pamiętam.

Ile miał pan lat, kiedy został pan ratownikiem?

- 25, już stary chłop byłem.

No to stary, rzeczywiście...

- Jasne, że stary. Reszta ratowników miała po 17 - 18 lat. Po kursie odbyłem praktyki na krytym basenie na ul. Inflanckiej. Mówili, że zwariowałem, bo ciągle pływałem i pływałem. Chciałem tych, co po 10 lat trenowali dogonić. Nigdy mi się nie udało, bo nie miałem trenera, ale chociaż próbowałem. Pierwszą pomarańczową czapeczkę i koszulkę z napisem "ratownik" dostałem na basenach "Wisła" na Wale Miedzeszyńskim. Slipek nie dawali, trzeba było mieć swoje. Tam było sześć basenów, z których do dziś zostały dwa. W 1973 roku zamknięto ostatnie kąpielisko na Wiśle. Woda w rzece już się nie nadawała. Ale pamiętam też czyściuteńką Wisłę i tysiące ludzi na plaży. Później wszyscy znad rzeki na te baseny się przenieśli.

Kąpiący się na basenach RKS Skra przy ul. Wawelskiej 5 w Warszawie, 1976-07Kąpiący się na basenach RKS Skra przy ul. Wawelskiej 5 w Warszawie, 1976-07, fot. NAC

I trzeba było nad tym tłumem na basenie zapanować. Ratownik musiał być panem i władcą?

- Za moich czasów, jak ratownik coś powiedział, czy gwizdnął to miał posłuch absolutny. Nie było dyskusji, że później czy, że ktoś czegoś nie zrobi. Musiał być ład i porządek. Chodziło głównie o bezpieczeństwo, żeby ktoś komuś na głowę nie skoczył, kręgosłupa nie złamał. Nie ukrywam, że niektórzy ratownicy na basenie wykorzystywali swoją władzę.

A pan?

- Ja nie lubię rządzić, jestem raczej wycofany. Pamiętam, przyszedłem pierwszego dnia do pracy a stary ratownik, który mnie miał wprowadzić mówi: Masz tu basen, patrz na niego a ja idę napić się czegoś. Strasznie się denerwowałem, ale cały czas patrzyłem na wodę. Tak byłem nauczony.

Kąpiący się na basenach RKS Skra przy ul. Wawelskiej 5 w Warszawie, 1976-07-17Kąpiący się na basenach RKS Skra przy ul. Wawelskiej 5 w Warszawie, 1976-07-17, fot. NAC

Bywało niebezpiecznie?

- Na pierwszym basenie było spokojnie, ale bywało, że było strasznie dużo ludzi. Woda była tak mętna, że nic nie było widać. Wtedy trzeba było co pół godziny cały basen przenurkować. Przepisy były takie, że na jeden basen musiało być trzech ratowników, ale zwykle i tak pracował tylko najmłodszy, reszta gdzieś się rozchodziła. Ale to chyba normalne, że młody musi pracować? Ale było też tak, że jak zostawał, to musiał bez przerwy na wodę patrzeć, jak poszedł - to poszedł, ale jak został - to musiał pracować, a nie bokiem do basenu siedzieć i panienki oglądać. Ciągle słyszałem od starszych "patrz na wodę".

Ale czemu woda nie była przezroczysta? Brudna?

- Całą wodę z basenu wymieniało się raz w tygodniu. Niestety nie było takiego zwyczaju, zresztą teraz też chyba nie ma, żeby człowiek zanim do basenu wskoczy, to wszedł pod prysznic, olejki zmył i cały się umył. I mimo, że ta woda się w basenie systematycznie wymieniała, to i tak była brudna. Jak było mało ludzi, to nie było problemu, bo woda "dochodziła" do siebie po kilku dniach, ale jak był upał i full ludzi, woda przez noc nie zdążyła się przefiltrować. Drugiego dnia znowu full i znów się nie wymieniła, trzeciego dnia już był dramat. Widoczność na pół metra. Po zamknięciu basenu trzeba go było dokładnie przenurkować kilka razy. Sprawdzić, czy nikogo nie ma na dnie.

Ale nikogo pan chyba nie znalazł?

- Raz miałem bardzo nieprzyjemną sytuację. To było na Gwardii. Koniec dnia, fajrant, basen pusty. Wchodzę na wieżę, żeby skoczyć i przychodzi szatniarka: Panie Januszu, wszyscy wyszli, ale jedno ubranie zostało. No to mi się już strasznie zrobiło. Przenurkowałem cały basen wzdłuż wszerz, ale nikogo nie znalazłem. Pewnie się ktoś upił i go zabrali w slipach. Jakieś takie szczęście miałem przez te wszystkie lata, że nic się nie stało. Przepraszam, raz musiałem jednego chłopaka pompować. Skoczył z wieży, ale nie pionowo tylko pod kątem i uderzył klatką piersiową w taflę wody. Nie wprawiony był, nie rozbił tafli rękami, tylko klatką piersiową i nie mógł złapać powietrza. Musiałem go napompować na stojąco, raz dmuchnąłem i odżył. Ale i tak się wystraszyłem. Zdarzało mi się też kiedyś tonącą dziewczynę wyciągać, ale to było proste, bo lekka była.

Nie jest tak, jak pokazują na filmach, że jak ktoś się topi to krzyczy wniebogłosy. Człowiek topi się w całkowitej ciszy, nic nie mówi, nie drze się. Nabiera wody i idzie na dno.

Baseny LegiaBaseny Legia, fot. NAC

Pamiętam, że jako dziecko byłem na basenie z kolegą blondynem. Wyszedł z wody i miał totalnie zielone włosy.

- Wodę uzdatniano nadmanganianem potasu i chlorem. Chlor przeraźliwie śmierdział i zostawiał w ustach metaliczny posmak, a nadmanganian zmieniał kolory. To było na porządku dziennym, z czasem już nie zwracałem uwagi ani na smród, ani na zielonowłosych blondynów i zielonowłose blondynki. Dziś się wodę ozonuje i nie ma takich niespodzianek.

Który z basenów pan najlepiej wspomina?

- W Pałacu Kultury i Gwardię. Tam były największe skocznie w Warszawie, a ja uwielbiałem skakać. Przed olimpiadą w Moskwie w 1980 roku kadra skoczków trenowała w Pałacu i któregoś razu zaproponowali, żebym z nimi poskakał. Nauczyli mnie salta robić, z 10 metrowej wieży skakałem na główkę, na nogi się bałem. Pamiętam zwłaszcza Krzysztofa Millera, tego młodego, on jest fotoreporterem w "Gazecie Wyborczej". Był wielokrotnym mistrzem Polski w skokach z trampoliny i wieży. Był jeszcze jeden, taki mały. Z nim się bardziej zakumplowałem, ale wyjechał do Stanów na stypendium i nie wrócił. Imienia nie pamiętam. Na koniec dnia, jak już basen był zamknięty, na Gwardię przychodzili czasem zapaśnicy. Też chcieli skakać. Musiałem z nimi toczyć boje, żeby nie skakali. Po 19 latach spotkałem jednego z nich, okazało się, że jest bratem mojego kumpla.

 

Mężczyzna wskakuje na główkę do basenu w Zalesiu Górnym, 1965Mężczyzna wskakuje na główkę do basenu w Zalesiu Górnym, 1965, fot. NAC

 

A gdzie był największy syf?

- Na Inflanckiej, zwłaszcza w czasach, jak ten balon postawili. Kafelki niedomyte, krany pourywane. Potem afera była, bo opadł ten namiot i ludzie mało co się nie potopili. Na Skrze na początku było dobrze, ale z czasem powinien się tam odbyć remont, bo rury odpływowo-dopływowe się pozatykały i wodę do basenu nalewali wężami strażackimi. To był początek końca. Miasta przestało baseny dotować. Podobnie było z Legią, dopóki miasto dopłacało, to było dobrze, a później wszystko zaczęło się psuć, trawą zarosło i pozamykali baseny.

Kto przychodził na basen?

- Każdy miał inną klientelę. Na Legię np. przychodzili sportowcy, na Skrę rodziny z dziećmi, na Wał Miedzeszyński Cyganie z Saskiej Kępy i Pragi.

Buńczuczni?

- Trochę, ale sobie z nimi radziłem. Dla żartu brali mnie na ręce. Mówiłem, żeby się nie wygłupiali, a oni swoje, ale w końcu odpuszczali. Agresji nie było, bo ja nie byłem do przodu. Tłumaczenie pomagało. Nie pili, nie przeszkadzali, nie kradli, tworzyli taką rodzinę, zawsze razem.

 

Mężczyźni i kobiety w strojach kąpielowych na odkrytych basenach WKS Legia przy ul. Łazienkowskiej w Warszawie, między 1958 a 1968Mężczyźni i kobiety w strojach kąpielowych na odkrytych basenach WKS Legia przy ul. Łazienkowskiej w Warszawie, między 1958 a 1968, fot. NAC

 

Prażanie przychodzili?

- Z nimi też nie miałem żadnego kłopotu.

Jak wyglądała moda basenowa?

- Faceci obowiązkowo nosili slipy kąpielowe, nie jakieś tam spodenki, czy bokserki, ale normalne, klasyczne slipy.  A panienki raczej w dwuczęściowych kostiumach, w miarę kolorowych. Każdy się starał coś tam zza granicy zdobyć, bo u nas strojów kąpielowych raczej nie było. Mnie kolega przywiózł z Włoch kąpielówki Adidasa. To chcieli ode mnie kupić te trzy paski, ale nie sprzedałem, bo mi się za bardzo podobały. Przez moment na basenach panowała też moda topless, ale krótko i zanikła.

Kiedy?

- Na początku lat 80.

Czyli w czasie, kiedy w kraju było najgorzej?

- Tak, panienki normalnie się opalały topless, chodziły topless i nikt na nie uwagi nie zwracał. Nie było żadnych podglądanek, macanek, czy innych głupich reakcji.

Podobała się panu ta moda?

- Tak, bo to były młode dziewczyny. Niech każdy robi, co chce. Mi nie przeszkadza.

 

Mężczyźni i kobiety w strojach plażowych na terenie odkrytych basenów kąpielowych WKS Legia przy ul. Łazienkowskiej w Warszawie, między 1958 a 1968Mężczyźni i kobiety w strojach plażowych na terenie odkrytych basenów kąpielowych WKS Legia przy ul. Łazienkowskiej w Warszawie, między 1958 a 1968, fot. NAC

 

A pamięta pan "basenowych podrywaczy"?

- Więcej pamiętam basenowych zboczeńców. Na każdym znalazł się taki dziad, co zaczepiał dzieciaki w wieku 10 - 12 lat. A to piłeczkę podawał, a to podsadzał, podnosił, a to do wody wrzucił, posmyrał, za rączkę chodził itd. Pamiętam złaszcza takiego jednego na Warszawiance.

Nie mówiło się wtedy o pedofilach?

- Nie, raczej o zboczeńcach. Ale oni w gruncie rzeczy nie pozwalali sobie na wiele.

Dzieci na basen bez rodziców przychodziły?

- Bardzo często były same. Ja też na Legię sam chodziłem.

Dzieci bez opieki na basenie, do tego interesujący się nimi pedofile?

- Wtedy ludzie nie wiedzieli za bardzo, o co chodzi. Ratownicy widzieli, bo ci zboczeńcy codziennie na basen przychodzili. Ale byli nieszkodliwi, więc nawet nie musieliśmy interweniować, tylko mieć na oku.

Ekshibicjoniści też przychodzili?

- Chyba takich nie było, a może byli, ale ja ich nie pamiętam. Homoseksualiści może też byli, ale się nie afiszowali, nie widziałem żadnych uścisków, trzymania się za rączkę, całusków. Na basenie raczej wszyscy byli hetero.

(śmiech)

 

Przebieralnia odkrytych basenów kąpielowych WKS Legia przy ul. Łazienkowskiej w Warszawie, między 1958 a 1968

Przebieralnia odkrytych basenów kąpielowych WKS Legia przy ul. Łazienkowskiej w Warszawie, między 1958 a 1968, fot. NAC

 

A co z tymi podrywaczami?

- Właściwie to nie wiem.

Panie Januszu, pan nie wie? Ale się pan święty zrobił.

- Ja? Nigdy. Powiem tak: Ja swoich spraw na basenie nie załatwiałem, a innym facetom jakoś się nie przyglądałem, więc nie wiem czy i jak podrywali...

No dobrze, to powiem. Ratownik nie musiał podrywać. Panienki same do niego przychodziły.

Wystarczyło być ratownikiem i dziewczyny same wianuszkiem go otaczały?

- Dosłownie wianuszkiem.

(śmiech)

Basen i woda mają to do siebie, że się kojarzą z luzem, urlopem, wakacjami. To stwarzało specyficzną atmosferę rozwiązłości i seksapilu. Hamulce niektórym puszczały. Był taki jeden ratownik na Warszawiance. Przystojny, nie musiał nikogo podrywać, dziewczyny same się do niego kleiły. I jak miał chęć z którąś "porozmawiać", to dawał jej znać. A, że szatnia ratowników nie wiedzieć czemu była w części damskiej, to taka dziewczyna niby do szatni, a szła do niego, a my za nią. Szli pod prysznic, a że nad prysznicami była taka pusta przestrzeń, to my po cichu się wdrapywaliśmy i wszystko z góry obserwowaliśmy. Nikt nas nigdy nie nakrył, a my mieliśmy o czym gadać. Takie to były podrywy ratowników.

Przebieralnia odkrytych basenów kąpielowych WKS Legia przy ul. Łazienkowskiej w Warszawie, między 1958 a 1968Przebieralnia odkrytych basenów kąpielowych WKS Legia przy ul. Łazienkowskiej w Warszawie, między 1958 a 1968, fot. NAC

 

Czyli taki ratownik miał utrudnione warunki pracy. Jak miał "patrzeć na wodę" otoczony wianuszkiem dziewcząt, nie daj Boże topless?

- Musiał, jak pracował to musiał. W latach 70. tak nam do łba wbili na kursach, że ciągle patrzyliśmy na tę wodę. Mówili: Rób co chcesz, gadaj z kim chcesz, ale patrz na wodę. Później coraz gorzej było. Jak młodzi przyszli, to nie mieli już takiego nawyku. Miałem raz na Gwardii taki przypadek - tłum ludzi w basenie. Do brzegu podbiegło dwuletnie dziecko, położyło się na trawie i sturlało do wody. Nikt tego nie zauważył, ludzie dosłownie stali obok i nic nie widzieli. Dziecko poszło na dno. Na szczęscie nic mu się nie stało, bo szybko je wyłowiłem. Po chwili znalazłem mamusię, stała z papieroskiem i w słońcu się wygrzewała. Najczęściej był taki tłum na basenie, że nikt nie myślał o pływaniu. Stał jeden obok drugiego i się moczył.

Co musiał zrobić ratownik, żeby mieć posłuch w takim tłumie?

- Już samo to, że był ratownikiem dawało mu z połowę tego posłuchu, resztę musiał sobie sam wypracować. Dzieciaki też były inne, słuchały starszych, a jak nie - kazałem pompki robić, przysiady, nie raz w d**ę jeden z drugim dostał.

Co na to rodzice?

- Jeszcze poprawiali! Nikt mi uwagi nie zwracał, bo byłem ratownikiem. Nawet, jak gówniarz miał 15 - 17 lat, to nie dyskutował. Jak zasłużył, to kazałem mu np. 20 pompek zrobić i dymał.

 

RKS Skra przy ul. Wawelskiej 5 w Warszawie, 1975RKS Skra przy ul. Wawelskiej 5 w Warszawie, 1975, fot.NAC

 

Jak pan sobie radził z pijanymi?

- Ich to się wyrzucało.

Z basenu?

- Z wody. Na basenie mógł przebywać, ale nie mógł pływać. Nie zdarzyło mi się, żeby ktoś był agresywny. Raz pamiętam, że musieliśmy we trzech iść jednego wyrzucić, ale to tylko jeden raz na 13 lat pracy. Ludzie kiedyś inni byli, szanowali panujące na basenie zasady, a później to się wszystko spauperyzowało.

Ile zarabiał ratownik?

- W sezonie, za pięć godzin dziennie, mniej więcej połowę tego co średnia krajowa. Natomiast na Gwardii 3/4 średniej. Tam najlepiej płacili, bluzy z kapturem dawali i buty. Bilet na basen kosztował 2 zł, za moją pensję mogłem kupić tysiąc takich biletów.

A kiedy padał deszcz i nikt na basen nie przychodził, musieliście być w pracy?

- Na niektórych basenach trzeba było być, na innych nie. Pamiętam, że na Skrę raz przyszliśmy do pracy, nikogo nie było, to zaczęliśmy pić winka. Wszyscy się strasznie upili i zaczęliśmy pływać na golasa. Nawet się nie zorientowaliśmy, że słońce wyszło i ludzie na basen przyszli. Pływam sobie i patrzę a nade mną stoi matka z córeczką i mówi: Chodź dziecko, bo tu jakiś pan goły pływa. Nic się nikomu nie stało, nic nie wydało, wszystko było w najlepszym porządku.

SkraSkra, fot. NAC

Zdarzały się dzikie imprezy na basenach?

- Tylko o nich słyszałem, ale nie uczestniczyłem. Nocą się młodzież na basen przekradała i pływali, pili, bawili się. Ale najczęściej dozorca milicję wzywał i impreza szybko się kończyła. Były też takie imprezy umówione z dozorcą i z ratownikami. Płacili ekstra, za noc tak jak za 3 - 4  dni pracy i mogli robić, co chcieli. Ja tylko pilnowałem, żeby się nie pozabijali.

Zarządcy basenu o tych imprezach wiedzieli?

- No gdzie? Basenami nocą zarządzał dozorca. Jak był dobrze opłacony, nikomu problemów nie robił. Były też imprezy dla Świadków Jehowy. Basen się zamykało i oni chrzcili w tej wodzie.

A tzw. bananowa młodzież na baseny przychodziła?

- Jakoś ich nie pamiętam. Na basenie wszyscy byli równi, w slipach każdy wygląda tak samo. Nie było widać, który bananowy jest.

Więcej o:
Skomentuj:
"W slipach każdy wygląda tak samo" - spowiedź starego ratownika z warszawskich basenów [LATO Z DAWNYCH LAT]
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX