"Kraków jest hermetyczny, a w Warszawie każdy się odnajdzie". Co obcokrajowcy myślą o Warszawie?

- W Szwecji stawia się bardziej na kreatywność, dzieciaki na szwedzkim nie czytają lektur w kółko, tylko uczą się pisać artykuły, bądź krótkie opowieści. Ponadto, tam nie jest tak, że twoja przyszłość zależy od jednego egzaminu, ale od tego, jak pracowałeś przez ostatnich kilka lat - mówi Nathalie Bergström, która w Polsce jest od 10 lat, w Warszawie od prawie trzech.

Cały cykl: Cudzoziemcy w Warszawie

Spodobało ci się? Polub nas

Jak znalazłaś się w Polsce?

- W bardzo dziwny sposób. Miałam tu przyjechać na rok w ramach wymiany międzynarodowej w moim liceum, żeby poduczyć się polskiego. Moja mama jest Polką, więc czułam, że chcę poznać lepiej Polskę i język polski. I tak wszyscy moi znajomi jechali do Stanów Zjednoczonych, a ja - do Polski. I jak minął rok, zdecydowałam się zostać.

Gdzie trafiłaś na początku?

- Do Gdyni, do III Liceum Ogólnokształcącego. I tam doznałam szoku.

Dlaczego?

- Edukacja w polskiej szkole diametralnie różni się od edukacji w szkole szwedzkiej. W Polsce stawia się nacisk przede wszystkim na teorię, nie na praktykę. Przykładowo Szwedzi uczą się chemii mieszając różne związki chemiczne, wy rysujecie ją na tablicy. Nic dziwnego, że dziś, jak wspomnę o estrach, to nikt nie wie, o co chodzi. Podobnie jest z angielskim - nacisk na teorię, ale nie na przekazywanie narzędzi, które pozwalałyby korzystać z tego języka. No i ten wyścig szczurów i uczenie się wyłącznie „pod maturę”. Więc ciężko było mi się na początku przestawić.

Co obcokrajowcy myślą o WarszawieNathalie Bergstrom

A jak jest w Szwecji?

- W Szwecji stawia się bardziej na kreatywność. Dzieciaki na szwedzkim nie czytają w kółko lektur, tylko uczą się pisać artykuły bądź krótkie opowieści. Na fizyce budują drewniane mosty i samoloty, które muszą chociażby przez chwilę utrzymać w powietrzu po wyrzuceniu z okna. Przynajmniej ja tak miałam w szkole. I, co najważniejsze, nie ma czegoś takiego jak matura. W pierwszej klasie liceum ma się określoną liczbę przedmiotów, jak na przykład szwedzki bądź matematyka, które trzeba zaliczyć, ale poza tym licealiści sami wybierają sobie przedmioty. Część trwa cały rok, druga część - jeden semestr. Gdy się kończy jeden przedmiot - np. Szwedzki A - to licealiści piszą z niego coś, co się nazywa „sprawdzian narodowy”. Jest to narzędzie Ministerstwa Edukacji, żeby sprawdzać poziom nauczania i posiadanej wiedzy w poszczególnych miastach i regionach. Uzyskany wynik jednak o niczym nie decyduje. Decydują stopnie, które się zdobywało przez wszystkie lata nauki. Twoja przyszłość nie zależy od jednego egzaminu, ale od tego, jak pracowałeś przez ostatnie trzy lata.

Brzmi jak bajka... Co więc sprawiło, że postanowiłaś jednak zostać?

- Ludzie, których poznałam. Moja mama nie była zachwycona, gdy powiedziałam jej, że chcę zostać, ale jak już podeszłam do matury, zdałam ją i mogłam pójść na studia, to zmieniła zdanie.

Jakoś wytrwałaś w tym systemie?

- Tak. Nikt co prawda nie wierzył, że po dwóch latach nauki w Polsce zdam maturę, ale się udało. I szczerze mówiąc nie uważam, żeby polska matura była jakaś bardzo trudna. Choćby z języka polskiego. Nie musisz przeczytać wszystkich lektur, żeby ją zdać. Wystarczy podejść do matury rozszerzonej, wybrać analizę wiersza i trochę pomyśleć nad jego głębszym znaczeniem. Udało mi się zdać 5 przedmiotów w trybie rozszerzonym i dostałam się na studia, czyli na politologię do Gdańska.

Później z kolei trafiłaś do Krakowa. Jak wspominasz to miasto?

- Raczej źle. Zupełnie nie mogłam tam się odnaleźć. Mam wrażenie, że ludzie z Krakowa są do swojego miasta szczególnie mocno przywiązani i niełatwo dopuszczają do siebie i akceptują obcych. Przez przypadek powiesz przy kimś, że idziecie „na dwór”, a nie „na pole” i już krzywo na ciebie patrzy. To dość hermetyczne środowisko. Czułam się tam bardzo samotna. Poza tym byłam przyzwyczajona do mieszkania nad Bałtykiem - i w Sztokholmie, i w Gdyni miałam do morza dwa kroki. A w Krakowie? Wisła. To było dziwne. Więc Kraków opuszczałam z myślą, że jest super, ale nie dla mnie, że ludzie trochę za bardzo są przeświadczeni o tym, że ten Kraków jest najlepszy.

A to podobno „warszawfka” jest megalomańska? No i też nie ma morza...

- Nie ma, ale tu tak bardzo mi to nie przeszkadza. I tej megalomanii też nigdy tutaj nie odczułam. Może łatwiej było mi się w Warszawie odnaleźć ze względu na pracę, jaką wtedy wykonywałam. Trzy lata temu po przyjeździe, pracowałam głównie ze Szwedami, więc siłą rzeczy czułam się trochę jak wśród swoich. Było tu też dużo moich znajomych z liceum, którzy studiowali na SGH czy Uniwersytecie Warszawskim i potem w Warszawie zostali. Szybko odkryłam też, że w Warszawie jest mnóstwo bardzo różnych ludzi, różnych środowisk. Mam poczucie, że każdy by się tu prędzej czy później odnalazł.

Co obcokrajowcy myślą o WarszawieNathalie Bergstrom

Warszawa podoba ci się jako miasto?

- Uwielbiam Warszawę.

Dlaczego?

- Lista jest długa. Przede wszystkim uwielbiam ją za to, że tyle się w niej dzieje - wystawy, koncerty, spotkania, wykłady, kina letnie. Jest milion różnych knajp i to nie tylko w samym centrum miasta. Można spotkać tylu różnych ludzi.

A co jest takim bezdyskusyjnym plusem jeżeli chodzi o Warszawę?

- Jest tanio. I to pod każdym względem. To jest świetne, zwłaszcza latem, kiedy Warszawa eksploduje życiem. Bardzo się cieszę, że po lewej stronie Wisły remontowane są bulwary, że między Mostem Poniatowskiego a Łazienkowskim jest tyle knajp. Podoba mi się, że nawet we wtorek czy w środę jest mnóstwo ludzi na mieście. Sztokholm w ciągu tygodnia wieje pustkami, wychodzi się głównie w piątki i w soboty. I strasznie podoba mi się to, że Warszawa jest tak pięknie oświetlona na święta. Zwłaszcza w zeszłym roku to wyglądało niesamowicie.

Z drugiej strony warszawiacy narzekają, że miasto nie ma na co wydawać pieniędzy.

- Osoby, które tak uważają, wysłałabym do Sztokholmu, gdzie na święta nie było praktycznie ani jednej świecącej żarówki, żeby przekonały się, jak smutno wygląda miasto bez dekoracji. Jestem pewna, że doceniłyby Warszawę całą oświetloną.

A jak porównujesz warszawską komunikację publiczną do sztokholmskiej?

- Sztokholm ma bardzo dobrze rozbudowane metro, które dojeżdża daleko na przedmieścia. I, co ważne, cały region sztokholmski obsługuje jeden zarząd organizacji transportu, więc w praktyce to wygląda tak, że masz jeden bilet na cały region.

Czyli tak jakby u nas był jeden bilet na województwo mazowieckie?

- Powiedzmy. Ale to nie jest tutaj konieczne. Fakt, że za jedyne 110 zł miesięcznie możesz korzystać ze wszystkich środków transportu miejskiego na terenie Warszawy już jest super. Największy absurd jest w Trójmieście. Gdynię obsługuje jeden zarząd, Gdańsk - drugi, a Sopot obsługiwany jest przez Gdynię i Gdańsk, ponieważ jest pośrodku. Jest jeszcze trzeci zarząd, który obsługuje Wejherowo. Nie ma wspólnego organizatora dla całego regionu. Na bilet metropolitalny na wszystkie środki komunikacji miejskiej trzeba wydać 220 zł! Więc jak w Warszawie ktoś narzeka na ceny biletów, to mówię mu, żeby pojechał do Trójmiasta.

Jak porównujesz swoje życie w Warszawie do życia swoich znajomych ze Sztokholmu? Żyjesz na dużo niższym poziomie?

- Oczywiście jest tak, że tu płaca jest niższa, ale też płaci się niższe podatki i są dużo niższe koszty życia. Mogę bez problemu spotkać się ze znajomymi przynajmniej trzy razy w tygodniu, wyjść na kolację na miasto, stać mnie również, żeby wyjechać na fajny urlop. W Sztokholmie tak żeby po prostu napić się drinka raczej się nie wychodzi. W Polsce lampka wina kosztuje 10-12 zł, w Sztokholmie to koszt rzędu 100 koron, czyli ok. 40 zł. Już prędzej idzie się na kawę lub spotyka się w domach, nie mówiąc już o „biforach”, które zawsze organizuje się w domach.

I o której się wychodzi na miasto?

- Później niż w Polsce, najwcześniej po północy.

Nie ma kolejek do klubów?

- Są, zawsze. Ale nie ma wyjścia, trzeba stać.

A w Warszawie?

- Do niektórych również, ale nie wszystkich. Do wielu wejdziesz również zupełnie za darmo, wystarczy, że na FB klikniesz „wezmę udział”. Ja chodzę do Syreniego Śpiewu albo do Klubokawiani, gdzie też wchodzę za darmo, bo mam meldunek z Gdyni. A teraz, latem, świetne jest to, że są te wszystkie bary nad Wisłą, gdzie w ogóle nie ma kolejek. Po prostu przychodzisz i jesteś. Możesz tańczyć na parkiecie, możesz siedzieć na bulwarach albo na leżakach lub pić przy barze.

W Sztokholmie też są takie miejsca?

- Tak, na kei, ale one są na ogół o wiele bardziej ekskluzywne. Nie do pomyślenia byłoby kupienie wina czy piwa w plastikowym kubku i wypicia go sobie na leżaku. W ogóle w Sztokholmie to, do jakiego trafisz baru, zależy od tego, w której dzielnicy się znajdujesz - są te bardziej ekskluzywne z droższymi barami, jest bardziej hipsterska z hipsterskimi, itd. W Warszawie wszystko jest przemieszane.

Co obcokrajowcy myślą o WarszawieNathalie Bergstrom

Podoba ci się to?

- Bardzo, bo wszystko się miesza i można dzięki temu poznać mnóstwo ciekawych ludzi. No i też wszędzie można znaleźć coś dla siebie, nieważne, czy mieszkasz na Pradze czy w centrum.

W Warszawie spotykasz się wcześniej ze znajomymi w domu, zanim wyjdziecie do klubu czy raczej od razu wychodzicie?

- To zależy. Zimą rzadziej się wychodzi, z czasem jak robi się cieplej, to coraz częściej idzie się w plener- nad Wisłę, na plażę pod Poniatakiem. A jak nie w plener, to na przykład do Pawilonów, które w ogóle są dla mnie ewenementem. Takiego miejsca nigdy byś w Sztokholmie nie znalazła. Podobnie jest z shot barami, w których możesz kupić wódkę za 4 zł. Tyle to w Szwecji kosztuje najtańsza guma do żucia.

Przyjeżdżają do ciebie znajomi ze Sztokholmu?

- Raczej nie, ostatnio przyjechały do mnie koleżanki z Francji i były zachwycone Warszawą. Jak je zabrałam do Pawilonów, to oniemiały z wrażenia.

Dlaczego?

- Zobaczyły ceny, które szybko przeliczyły sobie na euro.

Masz jakieś swoje ulubione restauracje w Warszawie?

- Ta lista szybko się zmienia, w Warszawie ciągle coś się zamyka i znów otwiera. Ta knajpiana scena jest niesamowicie dynamiczna. Z ostatnich moich ulubionych knajp to Między Ustami na Mokotowskiej i Rusiko na Alejach Ujazdowskich - świetna gruzińska knajpa. Właścicielem jest Gruzin, a w kuchni pracuje jego matka i jej siostry, które, oczywiście, nie znają słowa po polsku.

A bary?

- Zawsze byłam wielką fanką Cudów na Kiju, z kolei siostrzana knajpa Zamieszanie zupełnie nie przypadła mi do gustu. Wydaje mi się, że cena za te butelkowane drinki jest zbyt wysoka. Wolę kupić kieliszek dobrego wina w tej samej cenie. Z innych knajp to takim stałym moim adresem jest Socjal na Foksal.

A na Placu Zbawiciela bywasz?

- Kto nie bywa? (śmiech)

W Sztokholmie znalazłoby się podobne miejsce?

- O nie, chyba nigdzie nie ma takiego miejsca. Tęcza, obok kościół, wokół mnóstwo knajp. Chyba każdy obcokrajowiec powie, że to wyjątkowe miejsce.

No i Charlotte.

- Tak, to jest dla mnie fenomen nie do zrozumienia. Strasznie nadęta obsługa i właściwie to samo możesz dostać w Karmie. Przychodzi tam cały przekrój społeczeństwa - i gimnazjalistki, które robią sobie zdjęcia na Instagrama, i biznesmeni na spotkania, i hipsterzy, ale i młode pary z dzieckiem w wózku.

W Sztokholmie też są takie miejsca, w których warto się "pokazać”?

- Oczywiście. Ale to nikogo nie dziwi. Myślę, że w Polsce ten trend jest jeszcze po prostu bardzo młody.

Wróćmy jeszcze na chwilę do spraw bardziej przyziemnych. Miałaś kiedyś jakieś ciekawe doświadczenia z polskimi urzędami?

- Właściwie jedno, kiedy wyrabiałam sobie dowód. Musiałam na niego czekać pół roku.

Aż tyle? Dlaczego?

- W moim nazwisku jest Ö. Gdy wysyłali moje dane z Urzędu Miasta w Gdyni do Warszawy, to pani w Warszawie w przesłanym mailu w miejscu Ö wyświetlił się wykrzyknik. Pół roku zajęło im, żeby się zorientować, gdzie tkwi problem.

Twoje imię też pisze się nietypowo.

- Przez to, że kończy się na „e”, ludzie czasami nie wiedzą, czy jestem mężczyzną czy kobietą. A nazwisko też nic nie mówi o płci. Albo mówiąc do mnie wymawiają moje imię z „h” w środku, które jest nieme. Dlatego wolę, żeby Polacy mówili do mnie po prostu Natalia.

Miałaś kiedykolwiek jakieś przykre doświadczenia z warszawiakami?

- Zdarzyło mi się chyba z dwa razy. Któregoś dnia, gdy jeszcze mieszkałam na Muranowie, stanęłam sobie pod blokiem i zapaliłam papierosa. Podszedł do mnie jakiś starszy pan i krzyknął: „Wypie***j, słoiku, z Warszawy!” Byłam w szoku. Pytam go, czy ma jakiś problem i skąd taka pewność, że jestem słoikem? On na to, że rodowity warszawiak nigdy nie stałby pod blokiem i palił papierosa, kiedy jest wiatr - i tu wymienił jakiś określony kierunek wiatru. No, zagiął mnie tą odpowiedzią, więc nawet nie wiedziałam, jak mam zareagować.

A jak oceniasz polskich facetów? Czy zauważasz duże różnice między nimi a Szwedami? Np. w związku?

- Nigdy nie byłam w związku ze Szwedem, więc trudno mi porównać polskich mężczyzn do szwedzkich. Ale odnoszę wrażenie, że polscy mężczyźni oczekują innych rzeczy od związku niż Szwedzi. W Szwecji normą się staje, że gdy rodzi się dziecko, mężczyźni biorą połowę urlopu rodzicielskiego i siedzą w domu przez np. pół roku, a kobieta w tym czasie wraca do pracy. W Polsce mężczyzna dostaje zaledwie dwa tygodnie urlopu ojcowskiego, a kobieta zostaje w domu z dzieckiem przez praktycznie cały okres urlopu rodzicielskiego. To jest w Szwecji właściwie niespotykane. Tam stawia się na równouprawnienie, taki model wpajany jest już od najmłodszych lat. Myślę, że w Polsce jeszcze długo potrwa, zanim na przykład związki będą na takim poziomie równouprawnienia, że dla wszystkich będzie względnie oczywiste, że domem zajmują się obie osoby, oraz że rodzice dzielą się urlopem rodzicielskim po równo. W ten sposób każde z nich może spędzić z nowym potomkiem tyle samo czasu, poznając go i wychowując.

W jakich sytuacjach przejawia się ten brak równouprawnienia?

- W Polsce mam wrażenie, że wciąż funkcjonuje tradycyjny podział obowiązków, choć czuję, że powoli się to zmienia. Kobiety częściej zajmują się domem, gotują, sprzątają, piorą, a mężczyźni coś naprawiają, gdy nachodzi taka potrzeba bądź wymieniają żarówki. U mnie w domu obowiązkami się dzieli, do tego jestem przyzwyczajona i tak też w większości domów w Szwecji jest. U mnie to rozwiązanie bardzo dobrze się sprawdza.

Czy wśród swoich koleżanek Polek dostrzegasz potrzebę tego równouprawnienia? Czy może wręcz przeciwnie - ten tradycyjny model bardzo im pasuje?

- Częściowo tak, częściowo nie. Większość moich koleżanek nie określa się jako feministki. Myślę, że te różnice wywodzą się raczej z różnic kulturowych i w mentalności oraz z faktu, że Polska jest znacznie bardziej religijna niż Szwecja, która jest państwem protestanckim. Ale mam koleżanki, które otwarcie mówią o sobie, że są feministkami. One dostrzegają potrzebę większego równouprawnienia. Wydaje mi się jednak, że wciąż są w mniejszości.

Mogłabyś w Warszawie zapuścić korzenie?

- Nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie, jeszcze się nad tym nie zastanawiałam. Lubię się przemieszczać, w ciągu 10 lat mieszkałam już w trzech miastach Polski, na razie jestem tutaj, ale nie wiem, co się wydarzy.

Czyli nie myślałaś o tym, żeby kupić tutaj mieszkanie?

- Nie i nie czuję takiej presji. Odkąd mieszkam w Warszawie, to wynajmuję mieszkania. Różnej jakości, od bardzo różnych ludzi. Tu nie jest tak jak w Szwecji, że jest określona kwota, za jaką możesz mieszkanie wynajmować. Wolna amerykanka, ale jak się dobrze trafi, to za naprawdę niewielkie pieniądze można w Warszawie fajnie mieszkać. Na pewno nie chciałabym zobowiązać się na 40 lat, biorąc kredyt. Wolę płacić czynsz, bo jak coś pójdzie nie tak, to nie ja będę musiała się tym przejmować. Nie podoba mi się mieszkanie? Wypowiadam umowę i szukam innego.

A jak jest wśród Szwedów w twoim wieku?

- Obecnie w Sztokholmie jest bardzo duży deficyt mieszkań. Rodzice zapisują dzieci w kolejce do wynajęcia mieszkania od państwa w wieku 18 lat. Na naprawdę fajne mieszkanie w fajnej lokalizacji można czekać nawet 15 lat. A zakup mieszkania od prywatnego właściciela wiąże się z ogromnym kosztem. Ostatnio z ciekawości sprawdzałam ceny mieszkań. Trzypokojowe mieszkanie w Sztokholmie, czyli jakieś 50 m2 było wycenione na 10 mln koron, czyli 4,5 mln zł! Ale są też tańsze, dalej od centrum. Młodzi biorą kredyt i kupują mieszkania.

Nie obawiają się tych kredytów? Nie wolą mieszkać dłużej z rodzicami?

- Nie, w Szwecji w ogóle bardzo duży nacisk kładzie się na samodzielność i niezależność. Nie jest tak, że dzieci mieszkają z rodzicami do 30. roku życia. Ponadto, w Szwecji pomoc ze strony państwa jest o wiele większa niż w Polsce. Szwecja buduje państwo opiekuńcze od lat 20. XX wieku. Młodzi czują się bezpieczniej, więc wcześniej wychodzą z domów, wcześniej decydują się na dzieci.

Mogłabyś urodzić dziecko w Warszawie?

- Na razie cenię sobie wolność. Ale jak się nad tym zastanawiałam, to dochodziłam do wniosku, że jednak wolałabym urodzić w Szwecji. Dużo czyta się o tych sytuacjach, w których polskie matki na oddziałach nie są traktowane w sposób odpowiedni. Chyba bym się tego obawiała. Co do wychowania, to też nie wygląda to tutaj najlepiej. Mam znajomych, którzy mieszkają na Bemowie, nie są małżeństwem, ale wspólnie wychowują dziecko. We wszystkich formularzach, które wypełniali w przedszkolach uczciwie o tym mówili. I co się wydarzyło? Nie dostali miejsca ani w przedszkolu publicznym, ani nawet prywatnym. Wyprzedziły ich samotne matki lub osoby twierdzące, że samotnie wychowują dziecko. W Szwecji taka sytuacja nie miałaby miejsca. Nie wiem, czy odważyłabym się więc wychowywać dziecko w Warszawie.

Czy jest jakaś rzecz, którą koniecznie chciałabyś przenieść ze Sztokholmu do Warszawy?

- Jest wiele takich rzeczy, ale to, co od razu przychodzi mi na myśl, to mój sztokholmski klub piłkarski. Tak zostałam wychowana, żeby być wierną wyłącznie jednemu klubowi piłkarskiemu, więc mam też problem z tym, żeby zrozumieć na czym polegają tak zwane sztamy pomiędzy różnymi klubami Ekstraklasy. Zdarza mi się pojechać do Sztokholmu wyłącznie po to, żeby zobaczyć mecz. Więc przeniosłabym go tutaj razem z naszym stadionem. Jednocześnie do Legii nic nie mam i liczę na to, że kiedyś i na mecz warszawskiego klubu się wybiorę.

Więcej o: