Warszawa wg Chrisa: Błąd w pracy? Stres. Tracisz klienta? Stres. Frank w górę? Stres. Co obcokrajowcy myślą o Warszawie?

- W Anglii stres związany z pracą i codziennym życiem jest mniejszy, ludzie są o wiele spokojniejsi i bardziej pewni siebie. Jak popełnią w pracy błąd, to nie zamartwiają się na śmierć. Wiedzą, że jak im się noga raz powinie, to zaraz się coś znajdzie, bo jest wiele możliwości i przede wszystkim - wsparcie państwa. W Warszawie jest na odwrót. Błąd w pracy? Stres. Tracisz klienta? Stres. Frank w górę? Stres. Przez to Polacy koncentrują się na kwestiach finansowych, to dla nich naprawdę ważne - mówi Christopher Moore z Londynu, który w Polsce jest od 9 lat.

Cały cykl: Cudzoziemcy w Warszawie

Spodobało ci się? Polub nas

Jak znalazłeś się w Warszawie?

- W wakacje 2007 roku w Cambridge poznałem Agnieszkę, która przyjechała do Anglii do pracy. Zakochaliśmy się w sobie. Po trzech miesiącach przeniosłem się do Warszawy.

Jakie były twoje pierwsze wrażenia po przyjeździe do Warszawy?

- Zanim na dobre przeniosłem się do Polski, przyjechałem do Agnieszki na kilka dni. To był koniec października. Wylądowałem na lotnisku Etiuda, które było chyba najdziwniejszym lotniskiem, jakie w życiu widziałem. Potem od razu jechaliśmy na imprezę Halloween do Grójca. Wcześniej myślałem o Polsce, że to biedny i szary kraj i jak znalazłem się w Grójcu, to rzeczywiście okazało się, że to szary i biedny kraj. Pamiętam ten straszny autobus z lat 60. czy 70. bez zawieszenia, który podskakiwał na każdej dziurze. Gdy dojechaliśmy na miejsce, wszędzie na ulicy stali alkoholicy, w knajpach ludzie byli strasznie niemili, nikt nie chciał nas obsłużyć. Impreza z kolei zorganizowana była w jakiejś opuszczonej szkole...

Ale potem odkryłeś Warszawę?

- Tak, na szczęście. (śmiech) I przyszedł czas na zwiedzanie miasta. Te 9 lat temu jeszcze się w Warszawie tyle nie działo. Właściwie tydzień wystarczył, żeby zobaczyć wszystkie najważniejsze miejsca i zabytki. Więc jak już się przeniosłem na stałe, to zwiedzanie Warszawy miałem z głowy.

Co obcokrajowcy myślą o WarszawieChristopher Moore

Teraz jest inaczej?

- O tak! Jest rewelacyjne Centrum Kopernika, Muzeum Powstania Warszawskiego, Stadion Narodowy, a nie ten bazar pełen Wietnamczyków i Rosjan. Raz tam byłem i właściwie przez cały czas się stresowałem, że ktoś mi ukradnie portfel. I we wszystkich tych miejscach ciągle coś się dzieje - nie jest tak, że idziesz na wystawę i z głowy. Są zajęcia dla dzieci, wystawy, mnóstwo wydarzeń. Stadion Narodowy to moim zdaniem ogromny sukces Warszawy. Zimą działa lodowisko, latem jest mnóstwo atrakcji. Nie jest tak, że zbudowali go tylko na Euro 2012 i odbywają się tam wyłącznie wydarzenia sportowe.

Jak przyjechałeś do Warszawy, to miałeś problem z załatwianiem spraw typu wynajęcie mieszkania, podpisanie umowy na telefon?

- Na początku nie, wszystko zorganizowała dla mnie Agnieszka. Zamieszkałem przy ulicy Grottgera, która była dość niesamowita, wciąż były tam dziury po pociskach z czasów wojny. Do pracy jechałem z przystanku Dworkowa. Idąc tam, za każdym razem mijałem pomnik żołnierzy „Baszty” upamiętniający warszawskich powstańców. A potem wsiadałem do oldskulowego tramwaju, bo jeszcze wtedy nie było tak dużo nowych, i jechałem na socrealistyczny pl. Konstytucji. Czułem, że naprawdę poznaję Warszawę, jej historię, właściwie prowadząc zwyczajne życie. To było ciekawe doświadczenie.

Miałeś problem ze znalezieniem pracy?

- Nie, zupełnie. Bardzo szybko zacząłem uczyć angielskiego. Wtedy jeszcze nie było tak dużo Anglików w Warszawie, więc native speaker był bardzo pożądany.

Coś się zmieniło w tej kwestii?

- Poziom umiejętności językowych się zwiększył, jest trochę większa konkurencja, jeżeli chodzi o szkoły językowe, ale jednocześnie bardzo rozwija się rynek pracy dla obcokrajowców. Kilku moich znajomych nie uczy już angielskiego, pracują w międzynarodowych firmach, np. jako korektorzy.

A co cię najbardziej drażniło, gdy tu przyjechałeś?

- Na początku nic, bo przeżywałem miesiąc miodowy. Miałem mieszkanie, super dziewczynę, dobrze zarabiałem, imprezowałem, wszystko było takie tanie.

Załatwianie spraw urzędowych również było przyjemne i proste?

- (śmiech) To był koszmar! Urząd skarbowy, do którego byłem zapisany, był jednym wielkim labiryntem małych korytarzy i wąskich schodów. Nic tam się nie zgadzało. Najpierw musiałem wypełnić formularz. Godzinę zajęło, zanim udało mi się go zdobyć, później musiałem go wypełnić, a następnie zanieść - oczywiście - do innego pokoju. Pani była dla nas strasznie niemiła. Gdy zapytaliśmy, gdzie złożyć PIT, odpowiedziała: Nie zadawajcie głupich pytań, sami znajdźcie. Później okazało się, że popełniłem błąd przy wypełnianiu formularza, więc znów musiałem stać w kolejce do tej niemiłej pani, od której go dostałem, żeby dowiedzieć się, co zrobiłem źle. Gdy już wystałem swoje, poinformowała mnie, że ona nie może mi pomóc, bo się tym nie zajmuje, że są od tego inni, ale, oczywiście, nie wiedziała, gdzie ich znajdę. Zaczęliśmy sami szukać. Natknęliśmy się na panią, która siedziała przy biurku sama, nikt przy niej nie stał, nigdzie nie było informacji, czym się zajmuje. Powiedzieliśmy, że szukamy osoby, która pomaga przy wypełnianiu PIT-ów. Na co ona: A to właśnie ja! - O świetnie... Razem spędziliśmy w urzędzie jakieś trzy godziny. Już nigdy tam nie wróciłem. W następnych latach ktoś robił wszystko za mnie. Teraz urząd skarbowy przenieśli na ulicę Postępu. Jest nowocześnie, ludzie są o wiele bardziej przyjacielscy. Ale i tak unikam chodzenia do urzędów.

Miałeś jeszcze jakieś problemy urzędowe?

- Właściwie za każdym razem: gdy rejestrowałem samochód, ubiegałem się o becikowe czy rejestrowałem moją córkę po urodzeniu. W Warszawie nie jest tak, że wszystkie - dla ciebie logicznie powiązane ze sobą sprawy - możesz załatwić w jednym miejscu. Jedną załatwiasz w Śródmieściu, drugą na Mokotowie, trzecią jeszcze gdzie indziej. I wszędzie to trwa strasznie długo, a do wszystkiego trzeba dochodzić samemu, bo nikt nie chce nic powiedzieć. Kilka razy musiałem iść do KRS-u zarejestrować samochód. Gdy poszedłem tam po raz trzeci - oczywiście, w tej samej sprawie - to nawet Polacy do mnie podchodzili i pytali, co mają zrobić. Na tym etapie już byłem w stanie im pomóc.

A jak jest w Anglii?

- W Anglii wszystko załatwia się przez internet. I te 10 lat temu, kiedy przyjechałem do Warszawy, również wszystko załatwiało się przez internet. Sprawozdanie podatkowe nie jest tak skomplikowane, wypełniasz je na komputerze i przesyłasz online. A jak masz problem, to wchodzisz na odpowiednią stronę, gdzie wszystko jest wytłumaczone. I nie tak, żebyś nie zrozumiał. Polacy mają, niestety, taką tendencję do oczekiwania, że będziesz wiedział wszystko. Nie ważne, czy to lekarz, czy pielęgniarka, czy mechanik, czy monter kuchni - gdy tylko miałem coś do załatwienia z każdą z tych osób, za każdym razem oczekiwano ode mnie, że będę wiedział i rozumiał wszystko: - No jak to? Nie wie pan, jak działa to urządzenie? - Gdybym wiedział, tobym nie korzystał z pana usługi... I wszystko mówią takim skomplikowanym językiem, jakby chcieli, żebym nie zrozumiał... - Trzeba było uważać na lekcjach w szkole - nie raz to słyszałem.

W Anglii ludzie są bardziej pomocni?

- Bez porównania. Wszyscy są mili. Gdy o coś zapytasz, zrobią wszystko, żeby ci pomóc, bez względu na to, kim czy skąd jesteś. Polacy mają tendencję do mówienia od razu „nie” bez względu na to, o co chodzi. Po prostu nie. Dopiero, kiedy zaczniesz im tłumaczyć, dlaczego czegoś od nich chcesz i dobrze to uzasadnisz, to może zmienią zdanie. I to się tyczy wszystkiego. Nawet pożyczenia długopisu. - Mogę pożyczyć długopis? - Nie. - OK, ale mój przestał pisać, a muszę podpisać się pod tym dokumentem, zaraz go zwrócę. - No dobra... To się, oczywiście, bardzo zmienia, ale cały czas można się spotkać z takim nastawieniem.

A jak jest ze znajomością angielskiego w polskich urzędach?

- Jak przyjechałem do Warszawy, to praktycznie nikt nie mówił po angielsku, pojedyncze osoby. Idziesz wyrobić kartę pobytu, mijasz tych wszystkich Wietnamczyków - przynajmniej 9 lat temu tak było - dochodzisz do okienka i okazuje się, że ze wszystkich pracowników tylko jedna osoba mówi po angielsku. Przeżyłem taką zabawną sytuację, kiedy zgubiłem kartę pobytu i musiałem ubiegać się o kolejną. Pani w okienku wręczyła mi długopis i kartkę, i powiedziała, że zanim złożę podanie o nową kartę, najpierw muszę napisać, że starą zgubiłem. Oczywiście, wszystko musiało byś napisane po polsku. Zdębiałem. No ale trudno, więc pytam ją: - Jak jest po polsku „I lost”? Ona na to: - „Zgubiłem”. Mówię: - OK, a czy może mi to pani przeliterować? W konsekwencji sama to za mnie napisała, a ja tylko podpisałem.

Co obcokrajowcy myślą o WarszawieChristopher Moore

Mimo to mieszkasz cały czas w Polsce, otworzyłeś firmę, ożeniłeś się, masz dzieci, kupiłeś samochód, mieszkanie. Dobrze ci się tu mieszka?

- Oczywiście. Warszawa niewiele już różni się od innych stolic europejskich. Bardzo się zmieniła, odkąd tu przyjechałem. O wiele więcej się dzieje, również na rynku finansowym. Jest coraz więcej inwestycji, coraz więcej osób kreatywnych, które chcą realizować w Polsce swoje pomysły na biznes. Nie są może aż tak innowacyjne, ponieważ wiele przeniesionych jest z Zachodu, ale to i tak jest świetne. Miasto również się zmienia, jest coraz więcej rzeczy, które można robić z dziećmi. Polska jest bardzo prodziecięca. W Anglii dzieci są zauważane, ale nie słuchane, w żadnym pubie nie ma specjalnego kącika dla dzieci, zdarza się, że jak poprosisz o kartkę i kredki, to ci dadzą. W Warszawie nawet w tych najbardziej trendy miejscach, jak kluby, w ciągu dnia można spędzić czas z dziećmi. Tak było w Sketchu na Foksal. Bardzo lubiłem to miejsce. Szkoda, że już go nie ma.

Gdzie jeszcze jest fajnie z dzieciakami?

- Lubię Trzy Kolory na Czerskiej, bo mają fajną trampolinę, ale obsługa jest kiepska (śmiech). Fajne jest Nabo na Sadybie, jest kilka kawiarni w Wilanowie. W Basil & Lime zorganizowali na dole miejsce dla dzieci, jedzenie jest dobre, fajna obsługa, przyjazny szef kuchni - tam też lubimy chodzić.

A bez dzieci?

- Zależy od wieku. Najpierw zaczynasz od Pawilonów, potem przenosisz się na Poznańską, pl. Zbawiciela, a kończysz w jakiejś ekskluzywnej restauracji (śmiech). Dla mnie ważne jest to, żeby wypić dobre piwo. Teraz w Warszawie już nie jest tak, że możesz wybierać wyłącznie między piwem Żywiec i Tyskie, jak to było jeszcze 10 lat temu. Jest coraz więcej miejsc z najróżniejszymi rodzajami piwa, bardzo podoba mi się ta moda. Ale są też takie, w których czuć jeszcze taką typową Polskę, jak bary mleczne czy kawowe. Ja chodziłem czasem do Carino na Nowogrodzkiej. Wspaniała obsługa...

Co obcokrajowcy myślą o WarszawieChristopher Moore

Jest twoim zdaniem drogo w restauracjach?

- Na pewno jest drożej niż kiedyś, ale obiektywnie i w porównaniu do Anglii, jest tanio. I coraz więcej powstaje miejsc naprawdę fajnych, w których można zjeść za przyzwoite pieniądze - nie tylko schabowego czy mielonego z surówką, ale i owoce morza, jedzenie indyjskie, tajskie. Poza tym są i zwyczajne miejsca, i te najbardziej ekskluzywne. Jak przyjechałem do Warszawy, to jedyną droższą restauracją był Belvedere. Teraz jest Nolita, Amber Room, a nawet restauracja z gwiazdką Michelin, czyli Amaro. Bardzo podoba mi się, że tego typu miejsca są w Polsce coraz bardziej doceniane.

A transport publiczny?

- Transport publiczny, zwłaszcza autobusy, wciąż szwankuje, ale teraz jeżdżę przede wszystkim samochodem, więc moim głównym problemem są korki.

A co jest nie tak z autobusami?

- Bez względu na porę roku zawsze jest w nich gorąco. Zimą, bo ogrzewanie działa tak, że wręcz się dusisz, ale latem też, bo wtedy z kolei klimatyzacja nie działa.

A w Anglii?

- Jest dokładnie tak samo (śmiech). Jedyne, co w Polsce jest lepsze, to to, że nie trzeba czekać godzinę na każdym przystanku, zanim wszyscy wejdą do autobusu. I mam wrażenie, ze bilety na autobus są zbyt drogie - nie jak masz kartę miejską i wykupujesz trzymiesięczny kontrakt, ale jak kupujesz bilet jednorazowy. Poza tym nigdy nie wiesz, czy bilet 20-minutowy starczy ci na całą podróż.

W Londynie transport jest tańszy?

- Autobusowy nie. Ale w Londynie praktycznie wszystko ogarnia metro. Właściwie nie pamiętam, żebym jeździł tam autobusami, bo wiadomo, że autobusy zawsze stoją w korkach.

No właśnie. A metro?

- W Polsce jest piękne, zwłaszcza II linia. Jest przestrzennie, czysto. W Londynie czujesz się jak w trumnie, metro znajduje się głęboko pod ziemią, jest brudno, biegają szczury i ten specyficzny zapach... No i Warszawa jest o wiele mniejsza, więc w kilkanaście minut możesz dostać się z jednego końca miasta na drugi. W Londynie nie opłaca się po pracy wracać do domu, żeby potem znów wychodzić na miasto, dlatego tak często widuje się ludzi pijących wczesnym wieczorem - w garniturach. W Warszawie możesz spokojnie wrócić do domu i potem znów wyjść, i nie masz specjalnie poczucia, że musisz się spieszyć.

Jak oceniasz ludzi mieszkających w Warszawie?

- Są coraz bardziej tolerancyjni. Kiedyś, zwłaszcza w niektórych miejscach, takich szemranych pubach jak Ferment czy Student, często dochodziło do różnych spięć. Widziałem któregoś razu, jak chłopak w dresach krzyczał na studenta rozmawiającego z kimś po angielsku. Mówił: - To jest Polska, tu się mówi po polsku, dlaczego mówisz po angielsku? Takich miejsc jest coraz mniej. Najlepszym przykładem jest Dworzec Centralny. Przed remontem w piątek wieczorem strach było tam pójść, dziś to zwyczajne, kulturalne miejsce. Praga również. 10 lat temu w życiu nie poszedłbym na Ząbkowską, teraz to fajne miejsce z super knajpkami. Od czasu do czasu stanie ci na drodze człowiek z zakrwawioną twarzą i będzie prosił o papierosa, ale tacy jak on są na ogół nieszkodliwi. Dasz mu fajkę, podziękuje ci i pójdzie dalej.

A w Londynie?

- Myślę, że w Londynie teraz jest o wiele gorzej, przede wszystkim ze względu na problemy na tle etnicznym. Jest dużo gangów, które ze sobą walczą. Dużym problemem są narkotyki. Dochodzi często do ataków z nożem. Oczywiście, nie wszędzie, tylko w konkretnych dzielnicach. Ale panuje też duża bieda. W Polsce jest tak, że ta bieda koncentruje się poza miastami, w Londynie na jego obrzeżach.

Czy myślisz, że twoje życie w Anglii byłoby lepsze niż w Polsce?

- Na pewno byłoby łatwiej, przede wszystkim dlatego, że tam ta „siatka asekuracyjna” jest o wiele grubsza niż w Polsce. Ludzie czują się bezpieczniej. Wiedzą, że jak stracą pracę, to państwo im pomoże - opłacić mieszkanie, znaleźć nową pracę. W Polsce musisz radzić sobie sam. Jeśli stracisz pracę i nie będziesz mógł dalej spłacać kredytu, to rząd ci nie pomoże. Musisz mieć rodzinę, przyjaciół, życzliwe ci osoby, od których będziesz mógł pożyczyć trochę pieniędzy. I dzięki temu, że w Anglii ten stres związany z pracą i codziennym życiem jest mniejszy, ludzie są o wiele spokojniejsi i bardziej pewni siebie. Jak popełnią w pracy błąd, to nie zamartwiają się na śmierć, nie obawiają się tak bardzo utraty pracy. Wiedzą, że jak im się raz nie uda, to zaraz się coś znajdzie, bo jest wiele możliwości i przede wszystkim - wsparcie. A w Polsce na odwrót. Błąd w pracy? Stres. Tracisz klienta? Stres. Frank w górę? Stres. Przez to Polacy koncentrują się na kwestiach finansowych, to dla nich naprawdę ważne.

Czyli to wsparcie powinno być większe?

- Powinno przede wszystkim działać. Płacę ogromny ZUS z tytułu prowadzenia działalności gospodarczej. Pieniądze, które dostałem podczas urlopu tacierzyńskiego, nie starczyły nawet na pokrycie miesięcznego ZUS-u. Gdy Agnieszka zaszła w ciążę, ani przez chwilę nie zastanawialiśmy się, czy skorzystać z opieki NFZ czy prywatnej. Gdyby coś poszło nie tak, dostanie się do specjalisty trwałoby pewnie dłużej niż cała ciąża. Mam własną firmę, płacę spore podatki, a i tak muszę płacić za przedszkole dla córki i pewnie niedługo będę musiał płacić za żłobek dla syna. Nie dziwię się więc, że ludzie są wkurzeni. Bo to powinno się zmienić. W Anglii to działa o wiele lepiej. Ale nic dziwnego: angielska myśl ekonomiczna jest na o wiele bardziej zaawansowanym poziomie niż polska. Mieliśmy wielu geniuszy z dziedziny ekonomii, sektor bankowy w Anglii jest jednym z najprężniej działających. Polska jest pod tym względem wciąż niedoświadczona.

To czym problem, jeżeli chodzi o żłobki czy przedszkola? Warunki są niezadowalające?

- Również. W prywatnych jest mniej dzieci, poświęca się im więcej uwagi. Ale głównym problemem jest to, że takich placówek jest wciąż za mało i trzeba walczyć o miejsce. A ostatnie w kolejce są małżeństwa, w których oboje rodziców pracują.

W Anglii nie byłoby problemu dostać się do przedszkola?

Żadnego.

A jak jest ze standardem w przedszkolach? Jest wyższy niż w Warszawie?

- Jak rozmawiam ze znajomymi, którzy mają dzieci, to raczej podobny. Mam poczucie, że ludzie w Polsce, którzy opiekują się dziećmi, naprawdę się starają. Zauważyłem jednak coś innego. Że to rodzice czasem przesadzają pod względem oczekiwań.

Co obcokrajowcy myślą o WarszawieChristopher Moore

Polscy rodzice są wymagający?

- Bardzo. W wielu kwestiach kompletnie nie potrafią się wyluzować. Są źli, kiedy np. w sąsiednim przedszkolu zorganizowano wycieczkę do centrum Warszawy, a w ich nie. Gabi była już w centrum z 15 razy i jakoś nie czuję, żeby akurat wycieczka z przedszkolem wniosła coś więcej do jej życia, tym bardziej w jej wieku. Albo że mata w pokoju jest nie z takiego materiału, jak być powinna, albo że jest jakaś mała dziura w płocie i dzieci na pewno uciekną. Potrafią się czepiać o wszystko. I wszystkim przejmować. Każda mała rzecz urasta do rangi wielkiego problemu. Gdy coś się wydarzy w przedszkolu, zwoływane jest od razu zebranie, wszyscy rodzice muszą się stawić i dyskutować. Naprawdę mam czasem poczucie, że tracą mój czas. W Anglii do wszystkiego podchodzi się bardziej pragmatycznie. Wiesz, że nie możesz mieć wszystkiego i nie zawsze może być tak, jak ty chcesz. W Polsce twoje dziecko jest najważniejsze i podkreśla się to na każdym kroku.

Kiedyś myśleliście z Agnieszką o tym, aby przenieść się do Anglii. Wciąż to rozważacie?

- Tak, cały czas. Ale, co może wyda się dziwne, powodem nie byłyby kwestie socjalne czy te dotyczące jakości życia. Lubię swoje życie w Warszawie, podoba mi się tutejszy styl, ludzie, jest nowocześnie, europejsko, naprawdę fajnie. Problemem jest polska mentalność, zwłaszcza w kwestii edukacji. Tutaj nie uczy się kreatywności, ale bycia robotem. Już widzę, że moja córka nie będzie w przyszłości ciężko pracującą matematyczką, ale raczej lekkoduchem, który będzie tańczyć i tworzyć. W Polsce niespecjalnie się takie osobowości wspiera. Wszyscy idą tym samym trybem, robią to samo i oceniani są tak samo. Gabi jeszcze nie chodzi do szkoły, a już widzę, że jest z tym problem. Bo, gdy ona w przedszkolu chce tańczyć, to nie może, bo wszyscy mają śpiewać i tylko śpiewać. W Anglii rozwija się dziecięce pasje. Kochasz tańczyć? Tańcz. Kochasz śpiewać? Śpiewaj. W Polsce? Serio, tańczenie? Myślisz, że na tym zarobisz w przyszłości? Pisanie? Z pisania nie ma kasy. Dziennikarstwo? Chyba żartujesz. Może jednak ekonomia, prawo, medycyna? Ale to znów jest to, co czym mówiłem wcześniej - poczucie bezpieczeństwa. Dla Polaków zrobienie czegoś ryzykownego nie mieści się w głowie, bo to może mieć swoje konsekwencje finansowe w przyszłości. I tak to wygląda: macie dobrych prawników, lekarzy, ale z tymi wokalistami to już u was słabo...

Więcej o:
Skomentuj:
Warszawa wg Chrisa: Błąd w pracy? Stres. Tracisz klienta? Stres. Frank w górę? Stres. Co obcokrajowcy myślą o Warszawie?
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX