Lude: "Warszawa to miasto bling-blingowe". Co obcokrajowcy myślą o Warszawie?

"Wyobrażam sobie taki spot o Warszawie, w którym wieczorem cała Wisła żyje - jedni siedzą w tych wszystkich barach nad Wisłą, inni są na łodziach i zrelaksowani płyną po rzece, a jeszcze inni gdzieś tam palą na dziko ognisko i jedzą kiełbaski. Warszawa to miasto, którego nie można opuścić". Dlaczego? Na to i wiele innych pytań odpowiada Lude Reno z Martyniki Francuskiej, reporter, aktor, człowiek orkiestra, który z Warszawą związany jest od prawie 11 lat. Wywiadem z Ludem rozpoczynamy nowy cykl "Co obcokrajowcy myślą o Warszawie".

Cały cykl: Cudzoziemcy w Warszawie

Spodobało ci się? Polub nas

Co obcokrajowcy myślą o Warszawie

Lude Reno/ Facebook.com

Jak to się stało, że trafiłeś do Warszawy?

- Pochodzę z Martyniki Francuskiej, z Karaibów Francuskich. Jak opuściłem Martynikę, to trochę podróżowałem, potem trafiłem do Paryża na dłużej. I gdy tak leżałem ze znajomymi któregoś leniwego dnia, stwierdziliśmy, że pora wyjść ze strefy komfortu i zrobić w końcu coś nietypowego, do czego nie byliśmy do tej pory przyzwyczajeni.

I co postanowiliście?

- Postanowiliśmy, że świetnym pomysłem będzie wyjazd w jakieś dziwne miejsce. Polska wydawała się idealna: wystarczająco egzotyczna, aby nabrać dystansu do pewnych rzeczy, jednocześnie wciąż w Europie. Więc jak widzisz, to nie miłość przywiodła mnie do Polski, chociaż nie ukrywam, że jak koleżanka mojego kolegi - Polka, powiedziała mu, że najpiękniejsze kobiety są w Polsce, to uznaliśmy, że trzeba to koniecznie sprawdzić. Wybraliśmy się na wycieczkę po Europie i jak trafiliśmy do Polski, to rzeczywiście się zakochałem, ale w pierogach z mięsem (śmiech). Potem w trakcie tej podróży poznaliśmy jakichś łysych chłopaków, którzy dali nam płyty z polskim hip hopem - Vienio, Pele, itd. Pomyśleliśmy: "Co? W Polsce jest hip hop?" Niesamowite. Ludzie naprawdę ze zdziwieniem patrzyli na dwóch czarnych słuchających polskiego hip hopu i krzyczących „Wszystko, co najlepsze”. Po powrocie do Paryża, gdzie robiłem staż dla telewizji Trace, poszedłem do szefa, powiedziałem: Dajcie mi dwie kamery, jadę do Polski robić reportaż o polskim hip hopie.

Kiedy to było?

- W grudniu 2003 roku. Pierwsza reakcja, gdy stałem w grudniu na przystanku tramwajowym w Warszawie, była: "Ale tutaj zimno!" To był szok. Ludzie stali na tym przystanku, a na ich ramionach leżał śnieg! Teraz się nie dziwię, że Polacy nie chodzą zawsze uśmiechnięci. Nie można się ciągle uśmiechać, jak śnieg nieustannie wpada ci do ust. Jednocześnie atmosfera w Warszawie była gorąca, bo poznałem super ludzi, wszystkich wielkich polskich hip hopowców - Wojtka Sokoła, Pono i Fu. Pokazali mi warszawskie kluby, zabierali na koncerty, robili freestyle do kamery. Wszystko mam nagrane. Nikt inny tego nie ma. Żyłem w amoku - do 6 rano na imprezie, potem jak we mgle do jakiegoś pokoju, kilka godzin snu i znów to samo. Do Paryża wróciłem zauroczony Warszawą. Powiedziałem szefowi: "Chcę być waszym korespondentem z Polski".

I jak zareagowali?

- Popukali się w głowę. Powiedzieli, że mogę jechać do Brazylii. Ja powiedziałem: "Nie, ja chcę do Warszawy". Nie mieli jednak pieniędzy na to, żeby opłacić mi podróż i zakwaterowanie, więc sprzedałem wszystko, co miałem - mojego nowego Maca, iPada, czyli całe moje hipsterkie życie, kupiłem małą kamerę XM2 i małego Maca z lat 90. i pojechałem autobusem do Warszawy.

I?

- I w autobusie już piłem wódkę z Polakami. Po 28 godzinach byłem w Warszawie. To było dokładnie 24 sierpnia 2004 roku. Przez jakiś czas mieszkałem na Mokotowskiej 56. Tam obok był sklep, w którym pracowała taka piękna dziewczyna. Codziennie tam chodziłem. Od tamtej pory minęło prawie 11 lat. Aż ciężko mi uwierzyć, że w jakimś mieście udało mi się spędzić aż tyle czasu. To nie leży w mojej naturze.

Co obcokrajowcy myślą o WarszawieLude Reno/ Facebook.com

Czy życie na Martynice można w ogóle porównywać do życia w Warszawie?

- To jest zupełnie inny świat. Karaiby Francuskie to bardzo specyficzne miejsce. Z jednej strony raj na ziemi, z drugiej - piekło, bo są takie rejony, gdzie strach chodzić. Ludzie to jedna wielka mieszanka. Nie jesteś w stanie powiedzieć, kto jest kim, totalny milkshake. Tutaj całkiem zmieniła mi się osobowość. Zwłaszcza po tylu latach. Czasem mam wrażenie, że bliżej mi do Lutka Renowskiego niż Lude'a Reno. Gdy przyjechałem do Warszawy, to właściwie nie przebywałem z Francuzami. Wciąż robiłem reportaże dla Trace, więc siedziałem z menelami na Pradze, albo rozmawiałem z celebrytami, albo milionerami. W sumie zrobiłem dla francuskiej telewizji około 80 reportaży o Warszawie.

Miałeś jakieś problemy z wynajęciem mieszkania?

- Nie, tutaj wystarczy, że pokażesz dowód osobisty i będziesz regularnie płacił czynsz. Ale nawet jak zdarzyło mi się zalegać z czynszem, to ludzie byli wyrozumiali - wiedzieli, że dopiero się tu sprowadziłem, szukam pracy, aklimatyzuję się. Na pewno pomogło mi również to, że mam francuskie obywatelstwo.

A załatwianie spraw urzędniczych, wypełnianie PIT-ów?

- Musisz mieć dobrych przyjaciół z Polski, którzy ci w tym pomogą.

Czy to życie w Warszawie było na początku wyzwaniem?

- O tak. To był szok kulturowy, ale właśnie o to mi chodziło. Człowiek, kiedy stawia czoła czemuś całkiem obcemu i nowemu, staje się bardziej kreatywny, musi jakoś poradzić sobie z nowym językiem, z pracą. Pamiętam, że w moim pierwszym mieszkaniu przy Mokotowskiej 56 była taka naklejka z napisem „There is no substitute for experience” („Nic nie zastąpi doświadczenia”) i mogę bez zawahania powiedzieć, że te 10 lat w Warszawie to była szkoła życia.

Jak poradziłeś sobie z językiem? Nie mówisz idealnie, ale wszystko rozumiesz i można z Tobą normalnie porozmawiać. Chodziłeś na jakiś kurs?

- Nie, wszystkiego nauczyłem się od ludzi. Jak dopada cię głód, to nie masz wyjścia - musisz się dogadać. Gdy przyjechałem do Warszawy miałem ze sobą tylko rozmówki francusko-polskie. Podchodziłem do ludzi i pytałem: „Jak się to mówi?”, „Co to dokładnie znaczy?”. Gdy jedna osoba się zmęczyła, podchodziłem do kolejnej. Miałem w związku z tym różne śmieszne, a czasem żenujące sytuacje. Długo myślałem, że „szacunek” to „stosunek”, więc jak krzyczałem z nowymi ziomkami „Stosunek ludzi ulicy!”, to naprawdę dziwnie na mnie patrzyli. Człowiek czuje się w takich sytuacjach bardzo samotny.

Czy życie w Warszawie jest drogie w porównaniu z życiem w Paryżu czy na Martynice?

- Nie, jest bardzo tanio. I to było super, jak jeszcze pracowałem dla telewizji Trace. Potem, gdy musiałem zacząć szukać pracy w Polsce, to już nie było tak kolorowo. Ale spotkałem super ludzi, z którymi współpracuję do dziś - z Fundacji Inna Przestrzeń, dla której robię różne projekty, na przykład filmowe dla dzieciaków czy Fundacji im. Roberta Schumanna.

Twoje pozytywne nastawienie budzi podziw. A miałeś jakieś nieprzyjemne doświadczenia związane z warszawiakami?

- Oczywiście, ale zawsze starałem się podchodzić do nich z humorem. I to działa. Kiedyś na przykład, gdy szedłem parkiem, usłyszałem, jak ktoś krzyknął: „Ej, patrz, jakiś czarnuch”. Spojrzałem na swoją rękę i wykrzyczałem: „O Matko Boska, jestem czarny!”. Chłopaki tak się śmiali, że za chwilę podeszli i mnie przeprosili. Wiele razy usłyszałem „Dobry czarnuch to martwy czarnuch”. Na początku chciałem takich ludzi bić, ale potem stwierdziłem, że tylko utwierdzę ich w przekonaniu, że jestem dziką małpą, więc postanowiłem robić coś zgoła odmiennego. Podchodziłem i podawałem im na przykład rękę. Albo mówiłem: "Ty widzisz czarnucha, a ja widzę człowieka, który czasem jest szczęśliwy, czasem smutny, który czuje, kocha, który ma jedną miłość w życiu". Albo jak chcieli mnie bić, to mówiłem, że skoro uważają się za wyższą rasę, to dlaczego zachowują się jak małpy. Wiele razy kończyło się to wspólnym piciem do rana. Trzeba łamać to kółko nienawiści.

Co obcokrajowcy myślą o WarszawieLude Reno

Nigdy się z nikim nie pobiłeś?

- Nigdy. Nawet jak byłem na Żylecie z kamerą i kręciłem ludzi wyciągających rękę w geście „Heil Hitler”. Ale nie byłem sam.

Masz jakieś miejsca w Warszawie, które lubisz najbardziej?

- Milion. Lubię Pole Mokotowskie, Ogród Saski, w ogóle lubię parki.

A z knajp?

- Lubiłem chodzić do Punktu na Koszykowej, do Powiększenia. Ale tak naprawdę tych miejsc jest milion. Bo wszystko tak szybko się zmienia. Warszawa cały czas żyje, co chwilę gdzieś wyrasta nowe miejsce, inne z kolei znika. Jestem dumny, że mogłem być świadkiem tych wszystkich zmian. Wiele z nich udało mi się nakręcić. Są ujęcia, w których Złotych Tarasów jeszcze nie ma i nagle takie, w którym już są, gdzieś był jakiś oldschoolowy bar mleczny, a teraz jest superhipsterski, gdzieś tam był sklep z kapeluszami, teraz jest coś zupełnie innego. Warszawa to przykład miasta, w którym nic nie trwa wiecznie. Cały czas panuje architektoniczny burdel, ale to akurat mi się podoba i chciałbym, żeby zostało. Mieszkałem w różnych miejscach i, oczywiście, każde zmienia się w inny sposób. Długo mieszkałem na Ochocie, która zmieniała się bardzo powoli. Niesamowite jest to, jak ewoluowała Praga, zwłaszcza w okolicach ulicy Ząbkowskiej, którą uwielbiam. Warszawa dziś to takie miasto bling-blingowe.

Jakie?

- Które świeci. Wyobrażam sobie taki spot o Warszawie, w którym wieczorem cała Wisła żyje - jedni siedzą w tych wszystkich barach nad Wisłą, inni są na łodziach i zrelaksowani płyną po rzece, a jeszcze inni gdzieś tam palą na dziko ognisko i jedzą kiełbaski.

A ludzie?

- Kiedyś jak szedłem ulicą i widziałem jakiegoś czarnoskórego, to się na niego rzucałem: "Bracie!" - krzyczałem! (śmiech) Myślałem, że jestem tutaj zupełnie sam. Teraz jest o wiele bardziej kolorowo, bardzo mi się to podoba. Warszawa to miasto, którego nie można opuścić.

Dlaczego?

- Mieszkałem w różnych miejscach - we Francji, w Stanach, na Karaibach, ale nigdzie nie zagrzałem długo miejsca, tylko w Warszawie. Myślę, że Warszawa i w ogóle Polska odgrywa w Europie bardzo istotną rolę - to przykład kraju, który jest w stanie wdrożyć system kapitalistyczny, bardzo szybko się rozwijać i ewoluować. To, co zmienia się wolniej, to mentalność ludzi. Dopiero za kilka pokoleń pewnie odczujemy taką realną zmianę w Polakach.

Co obcokrajowcy myślą o WarszawieLude Reno

A jacy jesteśmy teraz?

- Polacy się boją, nie są zbyt pewni siebie, albo przeciwnie - są zbyt pewni siebie, nastawieni na karierę, robienie pieniędzy, co wynika z jakichś kompleksów. Mam często również wrażenie, że nie są do końca szczerzy.

A co jest lepszego w Warszawie niż na przykład w Paryżu?

- Imprezy! (śmiech)

Dlaczego?

- W Paryżu jest fajnie, jak wychodzisz z kolegami i siedzicie razem. Ale jak chcesz kogoś poznać, to nie ma takiej możliwości, każdy siedzi zamknięty w swojej grupie. A tutaj" „O cześć, jak masz na imię? Takiego jak ty jeszcze nie widziałem, ale fajny jesteś, napij się ze mną. Jak do ciebie mówią? Murzynie? Dobra, Murzynie, pijemy! Twoje zdrowie! Legia!” (śmiech)

Trochę to przeczy temu, co się mówi o Polakach, że są raczej zamknięci.

- Zależy, o której godzinie.

A co cię w Warszawie wkurza?

- Że nie ma morza i drzew mango. Na szczęście, są już moje ukochane pain au chocolat.

Śledzisz to, co dzieje się w polskiej polityce?

- I tak, i nie. Bardzo mocno utkwiły mi w pamięci różne zdarzenia ważne dla Polski, jak śmierć papieża czy katastrofa w Smoleńsku. Współczułem Polakom i obserwowałem, jak reagują w tych sytuacjach. Ale zawsze z dystansem. Nie angażuję się w politykę. Jak podróżujesz po świecie, to widzisz, że wszędzie jest tak samo. Polityka jest jak gra w ping-ponga: raz społeczeństwo głosuje na jednych, za chwilę na drugich. Zawsze są próby poprawiania systemu, ale wiadomo, że nie ma idealnego rozwiązania.

Co obcokrajowcy myślą o WarszawieLude Reno

Mógłbyś powiedzieć, że Warszawa jest twoim domem?

- W pewnym sensie tak, lubię tu być, lubię tu wracać. Ale myślę, że raczej kilka miesięcy w roku będę podróżował i robił różne projekty zagranicą, jak teraz w Guadalupe, gdzie prowadzę warsztaty filmowe z dzieciakami, a potem będę wracał do Warszawy. Chciałbym zrobić w życiu coś więcej. Wyobrażam sobie, że mógłbym otworzyć organizację w Polsce, zatrudniać Polaków, stworzyć coś, co potem mogłoby żyć. Chciałbym przekazać dalej to, co Warszawa mi dała. Wkrótce z dwiema nauczycielkami z Warszawy chcemy otworzyć Fundację - będzie się nazywała IMEA - od Innovation, Multicultural, Education, Art. Chcę, żeby było to miejsce, w którym będą spotykać się bardzo różni ludzi i tworzyć coś razem - organizować warsztaty czy różne akcje kulturalne. Chodzi o to, żeby wzbudzić ferment, zachęcić tych ludzi do poznawania różnorodności i korzystania z niej. W ten sposób chcę zmieniać tę polską mentalność. Żeby ludzie nie bali się, że jeśli mieszka koło nich Nigeryjczyk czy Wietnamczyk, to od razu oznacza, że od jutra nie będą mieli pracy i co do ust włożyć. Albo że ich żona będzie ich z nimi zdradzała. Polacy muszą wiedzieć, że nikt im polskiej kultury nie ukradnie.

Lude Reno - reporter, scenarzysta, reżyser i aktor. W pracy reporterskiej zajmuje się przeważnie tematami kulturalnymi i społecznymi, głównie z Polski i Europy Wschodniej. Dla francuskiej telewizji Trace TV nakręcił ponad 80 autorskich reportaży. Napisał także dwa scenariusze na potrzeby produkcji kinowych. Współpracował z takimi reżyserami, jak Xawery Żuławski czy Bartek Ignaczuk. Obecnie prowadzi szkolenia video dla dzieci i młodzieży w ośrodku czeczeńskim Sintar i dla Fundacji Roberta Schumana oraz współpracuje z Fundacją Inna Przestrzeń i portalem Kontynent Warszawa- Warszawa Wielu Kultur. Był głównym bohaterem jednego z odcinków "Alternatywnego Przewodnika po Wielokulturowej Warszawie" wyprodukowanego przez Kontynent Warszawa. Grał również w kilku polskich serialach - "Usta usta", "Hotel 52" czy "Układ Warszawski".

Więcej o: