Zdjęcia na szkle? Paweł "Światłoczuły" Śmiałek z Żoliborza robi zdjęcia metodą sprzed 150 lat

17.02.2015 09:00
Anna

Anna (Paweł Śmiałek, ambrotypia)

Najpierw, w sieci trafiłem na te portrety. Magnetyczne oczy, oniryczne światło. Później zobaczyłem oryginał. Trójwymiarowy obraz namalowany światłem, na pokrytym srebrem czarnym szkle. Twarz, jak z innej epoki, mimo, że zdjęcie powstało kilka dni wcześniej.

Spodobało ci się? Polub nas

Autorem portretów jest Paweł Śmiałek. Jak to w życiu, okazało się, że to kolega kolegi. Pracują razem w Białołęckim Ośrodku Kultury, Paweł jest realizatorem oświetlenia.
On jest światłoczuły - mówi mój kumpel - Zresztą, jak go poznasz, to sam zrozumiesz.
Spotykamy się w pracowni Pawła na Żoliborzu. W niewielkim, wąskim i do granic możliwości zagraconym pomieszczeniu pachnie rozpuszczalnikami, eterem, spirytusem i czymś słodkim, czego nie potrafię nazwać. Ogromne, nie zasłonięte niczym okna oświatlają pracownie. W samym centrum, tak, że ciągle trzeba uważać, żeby się o niego nie potknąć, stoi ogromny ukraiński aparat wielkoformatowy. Przypomina aparat z XIX wieku i mimo, że został wyprodukowany w latach 90 XX wieku, niewiele różni się od tych sprzed 160 lat.
W rogu pracowni, obok kranu z bieżącą wodą, stoi przenośna ciemnia fotograficzna, prostokątny, zamykany szczelnie namiot. W środku, ubrudzone chemią kuwety, karafki, butelki i czerwone światło. Przy ścianie, magazynowy regał, po sufit zastawiony butelkami, pojemnikami, słojami i buteleczkami wypełnionymi niewiadomego pochodzenia zawartością.
W przeciwieństwie do Pawła gubię się w tym chaosie. Ciągle się o coś potykam, lekko kręci mi się w głowie, nie czuję się dobrze. On jest w swoim królestwie. Doskonale wie, gdzie co leży, do czego służy i przede wszystkim, jak tego używać. Ręce ma ubrudzone czarną substancją, twierdzi, że tego się nie da uniknąć zajmując się ambrotypią.
Technikę pierwszy raz zastosowano w 1852 roku, do dziś nie zmieniła się praktycznie zupełnie, wymaga wielu poświęceń i stuprocentowego skupienia, ale efekt jest wyjątkowy. Nazwa ambrotypia, nazywana też mokrym kolodionem, pochodzi z greki, ambrotos oznacza "wieczny”. Dobrze przygotowany ambrotyp może przetrwać wieki.  Portret powstaje z tzw. „pierwszego światła”, które pada na przygotowany wcześniej srebrowy materiał światłoczuły. Nie potrzebne są negatywy, czy pliki cyfrowe. Konieczna jest cierpliwość i aptekarska dokładność. Proces, od samego początku, czyli od oblewania szklanej płytki srebrowym materiałem światłoczułym, poprzez uczulanie, naświetlanie i wywoływanie, musi być wykonany w ciągu kilku, kilkunastu minut. Jeden fałszywy ruch i wszystko trzeba zaczynać od początku.
- Jesteś w stanie odróżnić cyfrowe zdjęcie obrobione w photoshopie od oryginalnego kolodionu? - pytam
- Jasne. Różnią się plastyką i głębią ostrości. Inaczej układają się  cienie, inaczej wyglądają przejścia z ostrości w nieostrości. Poza tym - oczy. W kolodionie wyostrzają się naturalnie. Głębokie czernie kontrastują z srebrno-szarą bielą. Długi czas naświetlania i uczulenie materiału głównie na kolor niebieski i fioletowy pomagają wydobyć spojrzenie. Do tego plastyka wielkiego formatu i portret zaczyna żyć. Bardzo ciężko jest to podrobić. Mimo bardzo zaawansowanej technologii, nie powstała jeszcze tak doskonała metoda wyświetlania, czy druku, żeby mogła się równać z oryginalną ambrotypią. Cząsteczki srebra opalizują, więc szybka nabiera trójwymiarowej głębi - mówi Paweł.
Rzeczywiście, twarz z portretu na którą patrzę, zmienia się w zależności od kąta patrzenia. Najpierw na czubku nosa widzę wyraźną solaryzację, zmieniam kąt patrzenia i solaryzacja gładko przechodzi na policzki, znów zmieniam i światło skupia się na czole. Efekt jest imponujący, twarz zmienia się i nabiera głębi.
Każdy z ambrotypów jest unikatowy, bo proces jest niestabilny, nie zawsze przebiega w ten sam sposób. Każdy portret wygląda inaczej, posiada przeróżne artefakty, rysy, chemiczną mgłę, lekkie przebarwienia itd. Aby zabezpieczyć srebro przed utlenieniem, pokrywa się je werniksem z żywicy krzewu sandrakowego i oleju lawendowego. Jeśli zdjęcie było wykonane na przeźroczystym szkle, to aby otrzymać ambrotyp, szkło trzeba pokryć czarna farbą. Srebro lśni milionem drobinek dodając zdjęciu trójwymiarowości, niektórzy mówią, że magii.
Portret powstaje w specyficznej atmosferze. W pracowni panuje całkowita cisza, opary eteru, nieruchoma modelka, długi czas naświetlania, w końcu moment, kiedy jej twarz ukazuje się na szkle, zaledwie kilka minut po wykonaniu zdjęcia.
W tym kontekście dwudziestowieczny polaroid, to tylko marna kopia ambrotypii, fotografia cyfrowa jest zaledwie kopią kopii.
- Przez trzy lata zrobiłem prawie tysiąc portretów, ale jeszcze nie zbliżyłem się do ideału, czyli pozbawionej skaz, czystej szyby. Jest kilka, które mi się podobają. Lubię na nie patrzeć, czasami wpatruję się w nie godzinami, sam nie wiem po co. To uzależnia - mówi Śmiałek, który zanim zacznie zacznie fotografować, musi jeszcze wiele przygotować. Kolodion fotograficzny jest już gotowy. Paweł pracował nocą, więc nie trzeba już w alkoholu i eterze rozpuszczać nitrocelulozy z dodadkiem kilku różnych soli. Chemikalia używane w tym procesie są trujące i niebezpieczne dla zdrowia. Azotan srebra może oślepić, eter wybucha w temperaturze wrzenia 34 st. C, kadm jest rakotwórczy, a jego okres półtrwania w organizmie to minimum 13 lat. Wielu śmiałków przed Śmiałkiem oddało życie w ofierze ambrotypii, dlatego Paweł do pracy używa odzieży ochronnej, okularów, rękawiczek i maski z filtrami z aktywnym węglem.
Przez kolejne kilka minut Paweł poleruje szklaną szybkę, o wymiarach 10x13 cm. Szyba nie może mieć najmniejszej skazy czy zacieku.
Helena jest drobną szatynką, ma duże czarne oczy i południową urodę. Śmiejemy się, że wygląda, jak klasyczna femme fatal dla której mężczyźni tracą głowę od stuleci. Pochodzi z Armenii, studiowała w Krakowie, jest aktorką, tancerką i choreografka. To będzie jej trzeci portret.
Kiedy szyba jest już perfekcyjnie czysta zamykam się z Pawłem w ciemni. Zanim zacznie prace długo wpatruje się w światło lampki. Nie pytam co robi. Wszystko odbywa się w absolutnej ciszy. Bardzo uważnie wylewa i pokrywa szybę przygotowanym wcześniej kolodionem fotograficznym. Warstwa musi być idealnie równa, nadmiar spływa do małej buteleczki.
Od tej pory to proces dyktuje tempo. Wszystko dzieje się szybko, a mimo to, każdy ruch jest przemyślany, wypracowany i celowy. Szklana płytka pokryta kolodionem, trafia do azotanu srebra, dokładnie na 3 minuty. Tam uczula się na światło. Uczulona ląduje w światłoszczelnej kasetce i szybko do aparatu.
Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć i obraz zostaje naświetlony. Naświetlanie trwa zazwyczaj od kilku, nawet do kilkudziesięciu sekund.
Naświetlona, "namalowana” światłem płyta znów trafia do ciemni i natychmiast jest wywołana mieszaniną związków żelaza, wody i kwasu.
Wciąż nie pada żadne słowo, nawet tramwaje za oknem jakby ucichły.
Paweł przez chwilę płucze wywołaną płytę, odpina błyskawiczny zamek przenośnej ciemni, wpuszczając do środka światło słoneczne. Pozostaje tylko utrwalić obraz za pomocą roztworu cyjanku potasu.
I następuje ten moment. Na szybie powoli wyłania się twarz Heleny. Świdrujące i ostre, jak żyletka oczy, najpierw zarys, ale już za chwilę - cała twarz. Wychodzi jakby z mgły. Po kilku sekundach przeszywa spojrzeniem.
To było magiczne - mówię, nie mogąc oderwać oczu od portretu.
Nie ma magii. Jest tylko światło i chemia - odpowiada światłoczuły Śmiałek.

Najpierw zobaczyłem zdjęcia Pawła Śmiałka. Potem jak to w życiu, okazało się, że autorem portretu jest kolega kolegi. Pracują razem w Białołęckim Ośrodku Kultury, Paweł Śmiałek jest tam realizatorem oświetlenia.

- On jest światłoczuły - mówi mi kumpel - Zresztą, jak go poznasz, to sam zrozumiesz.

 

DorotaPaweł Śmiałek

Spotykamy się w pracowni Pawła na Żoliborzu. W niewielkim, wąskim i do granic możliwości zagraconym pomieszczeniu pachnie rozpuszczalnikami, eterem, spirytusem i czymś słodkim, czego nie potrafię nazwać. Ogromne, nie zasłonięte niczym okna oświetlają pracownię. W samym centrum, tak, że ciągle trzeba uważać, żeby się o niego nie potknąć, stoi ogromny ukraiński aparat wielkoformatowy. Przypomina aparat z XIX wieku i mimo, że został wyprodukowany w latach 80. XX wieku, niewiele różni się od tych sprzed 160 lat.

ViktoriyaPaweł Śmiałek

W rogu pracowni, obok kranu z bieżącą wodą, stoi przenośna ciemnia fotograficzna, prostokątny, zamykany szczelnie namiot. W środku, ubrudzone chemią kuwety, karafki, butelki i czerwone światło. Przy ścianie, magazynowy regał, po sufit zastawiony butelkami, pojemnikami, słojami i buteleczkami wypełnionymi niewiadomego pochodzenia zawartością.

W przeciwieństwie do Pawła gubię się w tym chaosie. Ciągle się o coś potykam, lekko kręci mi się w głowie, nie czuję się dobrze. On jest w swoim królestwie. Doskonale wie, gdzie co leży, do czego służy i przede wszystkim, jak tego używać. Ręce ma ubrudzone czarną substancją, twierdzi, że tego się nie da uniknąć, zajmując się ambrotypią.

Technikę pierwszy raz zastosowano w 1851 roku, do dziś nie zmieniła się praktycznie zupełnie. Wymaga wielu poświęceń i stuprocentowego skupienia, ale efekt jest wyjątkowy. Nazwa ambrotypia, nazywana też mokrym kolodionem, pochodzi z greki, ambrotos oznacza "nieśmiertelny”. Dobrze przygotowany ambrotyp może przetrwać wieki, te z XIX wieku do dziś są świetnie zachowane.

AdriannaPaweł Śmiałek

Portret powstaje z tzw. „pierwszego światła”, które pada na przygotowany wcześniej srebrowy materiał światłoczuły. Niepotrzebne są negatywy, czy pliki cyfrowe. Konieczna jest cierpliwość i aptekarska dokładność. Proces, od samego początku, czyli od oblewania szklanej płytki srebrowym materiałem światłoczułym, poprzez uczulanie, naświetlanie i wywoływanie, musi być wykonany w ciągu kilku, kilkunastu minut. Jeden fałszywy ruch i wszystko trzeba zaczynać od początku.

- Jesteś w stanie odróżnić cyfrowe zdjęcie obrobione w Photoshopie od oryginalnego kolodionu? - pytam

- Jasne - odpowiada Śmiałek - Różnią się plastyką i głębią ostrości. Inaczej wyglądają przejścia z ostrości w nieostrości. Poza tym - oczy. W kolodionie wyostrzają się naturalnie. Głębokie czernie kontrastują z srebrno-szarą bielą. Długi czas naświetlania i uczulenie materiału głównie na kolor niebieski i fioletowy, pomagają wydobyć spojrzenie. Do tego plastyka wielkiego formatu i portret zaczyna żyć. Bardzo ciężko jest to podrobić. Mimo dzisiejszej, zaawansowanej technologii, nie powstała jeszcze tak doskonała metody wyświetlania, czy druku. Żadna z nich nie może się równać z oryginalną ambrotypią. Cząsteczki srebra opalizują, więc szybka nabiera trójwymiarowej głębi - mówi Paweł.

NataliaPaweł Śmiałek

Rzeczywiście, twarz z portretu, na którą patrzę, zmienia się w zależności od kąta patrzenia. Najpierw na czubku nosa widzę wyraźną solaryzację, zmieniam kąt patrzenia i solaryzacja gładko przechodzi na policzki, znów zmieniam i światło skupia się na czole. Efekt jest imponujący, twarz zmienia się i nabiera głębi.

Każdy z portretów - ambrotypów jest unikatowy, bo proces jest niestabilny i nie zawsze przebiega w ten sam sposób. Każdy kolejny portret wygląda inaczej, posiada przeróżne artefakty, rysy, chemiczną mgłę, lekkie przebarwienia itd.

Aby zabezpieczyć srebro przed utlenieniem, pokrywa się je werniksem z żywicy krzewu sandrakowego i oleju lawendowego. Jeśli zdjęcie było wykonane na przeźroczystym szkle, to aby otrzymać ambrotyp, trzeba pokryć je czarna farbą. Srebro lśni milionem drobinek, dodając zdjęciu trójwymiarowości, niektórzy mówią, że magii.

Anna Paweł Śmiałek

W pracowni panuje całkowita cisza. Opary eteru, nieruchoma modelka, długi czas naświetlania, w końcu moment, kiedy twarz ukazuje się na szkle, zaledwie kilka minut po wykonaniu zdjęcia, to wszystko sprawia, że proces przebiega w specyficznej, nieznanej mi wcześniej atmosferze. W tym kontekście dwudziestowieczny polaroid jawi mi się, jak marna kopia ambrotypii, fotografia cyfrowa jest zaledwie kopią kopii.

- Przez trzy lata zrobiłem prawie tysiąc szklanych płytek, ale jeszcze nie zbliżyłem się do ideału, czyli pozbawionej skaz, czystej szyby. Jest kilka portretów, które mi się podobają. Lubię na nie patrzeć, czasami wpatruję się w nie godzinami, sam nie wiem po co. To uzależnia - mówi Śmiałek, który zanim zacznie fotografować, musi jeszcze wiele przygotować.

Chemikalia używane w tym procesie są trujące i niebezpieczne dla zdrowia. Azotan srebra może oślepić, eter jest wybuchowy i wrze w temperaturze 34 st. C, kadm jest rakotwórczy, a jego okres półtrwania w organizmie to minimum 13 lat. Kilku śmiałków przed Śmiałkiem oddało życie w ofierze ambrotypii, dlatego Paweł do pracy używa odzieży ochronnej, okularów, rękawiczek i maski z filtrami z aktywnym węglem.

Przez kolejne kilka minut Paweł poleruje szklaną szybkę, o wymiarach 13x18 cm. Szyba nie może mieć najmniejszej skazy czy zacieku.

Helena Paweł Śmiałek

Helena jest drobną szatynką, ma duże czarne oczy i południową urodę. Śmiejemy się, że wygląda, jak klasyczna femme fatale, dla której mężczyźni tracą głowę od stuleci. Pochodzi z Armenii, studiowała w Krakowie, jest aktorką, tancerką i choreografka. To będzie jej trzeci portret.

Kiedy szyba jest już perfekcyjnie czysta, zamykam się z Pawłem w ciemni. Zanim zacznie pracę, długo wpatruje się w światło lampki. Nie pytam, co robi. Wszystko odbywa się w absolutnej ciszy. Bardzo uważnie wylewa i pokrywa szybę, przygotowanym wcześniej kolodionem fotograficznym. Warstwa musi być idealnie równa, nadmiar spływa do małej buteleczki.

Od tej pory to proces dyktuje tempo. Wszystko dzieje się szybko, a mimo to, każdy ruch jest przemyślany, wypracowany i celowy. Szklana płytka pokryta kolodionem trafia do azotanu srebra na 3 minuty. Tam uczula się na światło. Uczulona płytka ląduje w światłoszczelnej kasetce i szybko do aparatu.

Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć i obraz zostaje naświetlony. Naświetlanie trwa zazwyczaj od kilku, nawet do kilkudziesięciu sekund.

UrszulaPaweł Śmiałek

Naświetlona, "namalowana światłem" płyta znów trafia do ciemni i natychmiast jest wywołana mieszaniną związków żelaza, wody i kwasu. Wciąż nie pada żadne słowo, nawet tramwaje za oknem jakby ucichły. Paweł przez chwilę płucze wywołaną płytę, odpina błyskawiczny zamek przenośnej ciemni, wpuszczając do środka światło słoneczne. Pozostaje tylko utrwalić obraz. Czym? To już pilnie strzeżona tajemnica Śmiałka.

I następuje ten moment.

Na szybie powoli wyłania się twarz Heleny. Świdrujące i ostre, jak żyletka oczy, najpierw zarys, jakieś cienie, ale już za chwilę cała twarz. Wychodzi jakby z mgły. Po kilku sekundach przeszywa spojrzeniem.

- To było magiczne - mówię nie mogąc oderwać oczu od portretu.

- Nie ma magii. Jest tylko światło i chemia - odpowiada "Światłoczuły" Śmiałek.

Standardowo portret popiersie pojedynczej osoby: 13x18cm - 200 zł, 18x24cm - 300 zł, monidło (dwie osoby na zdjęciu) 18x24cm - 400 zł.

Zobacz także
  • 26-letnia Kamila za kierownicą autobusu miejskiego "Pani wygląda jak Sandra Bullock z filmu Speed". Poznajcie 26-latkę, która kieruje miejskim autobusem [WIDEO]
Skomentuj:
Zdjęcia na szkle? Paweł "Światłoczuły" Śmiałek z Żoliborza robi zdjęcia metodą sprzed 150 lat
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Najczęściej czytane