- 90 proc. członków firmy to rodzina - Magda Jabłkowska o Domu Towarowym Braci Jabłkowskich [WYWIAD i DUŻO ZDJĘĆ]

12.01.2015 09:00
DTBJ

DTBJ (Do Towarowy Braci Jabłkowskich)

"Naszym głównym celem nie jest to, żeby zarobić jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. Celem jest przetrwanie, by potem móc coś przekazać swoim dzieciom" - o rodzinnym biznesie, pracy z rodzicami, przyszłości firmy i pierwszej Jabłkowskiej, bez której marka Braci Jabłkowskich nigdy by nie powstała opowiada Magda, córka Ewy i Jana Jabłkowskich, spadkobierczyni słynnego warszawskiego rodu kupieckiego, właściciela najsłynniejszego domu towarowego w Warszawie.

Jak mówicie do siebie w pracy?

Magda Jabłkowska: (śmiech) Byliśmy zmuszeni trochę sformalizować sposób zwracania się do siebie, przynajmniej w takich sytuacjach jak spotkania służbowe. Nie brzmi to zbyt poważnie, jak mówimy - mamo, tato, córeczko. No ale w rzeczywistości tak właśnie jest, że jest mama, tata i dwie siostry.

DTBJMagda Jabłkowska z ojcem Janem Jabłkowskim/ K.Krystosiak

No właśnie - siostry. Już nie bracia Jabłkowscy.

Dokładnie. Ale tak naprawdę jest nas dużo więcej. Firma to spółka akcyjna, 90 proc. członków to rodzina, pozostali to przyjaciele. Mimo że większość osób nie angażuje się aktywnie w działalność firmy, to idea jest taka, że każdy może coś dla niej lub w jej ramach robić. Nie jest ona bowiem po to, żeby finansować nam Mercedesy, ale po to, żeby wspierać działalność członków. Ale oficjalnie zatrudniona jestem ja i moja starsza o dwa lata siostra Marta.

Któraś z was bardziej angażuje się w firmę?

Obie w takim samym stopniu. Każda z nas w innym momencie poczuła, że chce się w nią zaangażować, każda znalazła sobie również całkiem inną działkę. Rodzice nigdy do niczego nas nie zmuszali.

Dom Towarowy Braci JabłkowskichWmurowanie kamienia węgielnego pod budynek przy Brackiej 25/ Dom Towarowy Braci Jabłkowskich

W 1950 roku odebrano wam budynek i firma przestała istnieć. Czy temat firmy w ogóle pojawiał się w domu?

Jej likwidacja odbyła się niezgodnie z ówczesnym prawem. Ale cały majątek został nam odebrany. Więc właściwie temat firmy aż do 89 roku, kiedy mój ojciec wraz z moim stryjem i kuzynką zabrali się za jej odtwarzanie, się nie pojawiał.

Dom Towarowy Braci JabłkowskichDom Towarowy Braci Jabłkowskich

Ale w waszej świadomości funkcjonował?

I nie tylko naszej. W 2004 roku, studenci socjologii UW zrobili badanie, w którym sprawdzali rozpoznawalność marki Braci Jabłkowskich wśród mieszkańców Warszawy. Okazało się, że jest ona rozpoznawalna nie tylko przez ludzi, którzy kiedyś odwiedzali Dom towarowy lub w nim pracowali, ale również przez tych, którzy nigdy tam nie byli. Znali go z opowieści babci, która kupowała tam płaszczyki lub dziadka, który wspominał, że była tam pierwsza w Warszawie szklana winda.

Dom Towarowy Braci JabłkowskichKawiarnia/ Dom Towarowy Braci Jabłkowskich

Legenda Braci Jabłkowskich przetrwała. Co roku w pierwszą niedzielę po Wielkiej Nocy w Kościele Wizytek odbywa się msza w intencji pracowników domu oraz ich rodzin. Za komuny zbierały się na niej setki osób. To dowodzi, jak bardzo pracownicy tej firmy byli do niej przywiązani.

Dom Towarowy Braci JabłkowskichDom Towarowy Braci Jabłkowskich

Dlaczego byli aż tak przywiązani?

Bo dużo od niej dostawali. Teraz nazywa się to „społeczna odpowiedzialność marki”. Pracownicy mieli zapewnioną ochronkę dla dzieci, czyli przedszkole, raz w tygodniu przychodził lekarz, żeby wszystkie dzieci przebadać. Funkcjonowało sześć klubów sportowych, była sekcja narciarska, tenisowa. Organizowano szkolenia dla pracowników, kursy językowe. Mój dziadek, który był ostatnim dyrektorem przed zamknięciem firmy, wysyłał swoich pracowników za granicę na pokazy mody oraz do pracowni krawieckich, aby nauczyli się nowych wzorów i potem te światowe trendy wdrażali w firmie.

DTBJDom Towarowy Braci Jabłkowskich

Na ulicy Chmielnej funkcjonowała biblioteka pracownicza, był klub, w którym można było poczytać gazety, pograć w ping ponga, organizowano potańcówki, bezpłatne teatrzyki dla dzieci, na dachu w kawiarni śpiewał Mieczysław Fogg. Naszym zdaniem to właśnie te elementy zapewniły nam taką pamięć.

Dom Towarowy Braci JabłkowskichWarszawski Dziennik Narodowy. R. 2, 1936.11.29, nr 328B/ Dom Towarowy Braci Jabłkowskich

A jak jest teraz?

Teraz jest tak, że zatrudniają się u nas dzieci lub wnuki dawnych pracowników. W sekretariacie na przykład pracowała wnuczka pani, która kiedyś pracowała w dziale z odzieżą damską. Mamy również takiego legendarnego pracownika, który zaczął u nas pracować w wieku 15 czy 16 lat. Zaczynał jako chłopiec na posyłki, potem piął się coraz wyżej. Był w firmie aż do jej zamknięcia. Gdy tylko odzyskaliśmy budynek, stwierdziliśmy, że przydałaby się nam do pracy jakaś zaufana osoba. Wiedzieliśmy, że na coroczne spotkania w kościele ten starszy już pan przychodzi ze swoim synem. Od razu pomyśleliśmy, że idealnie by się nadawał. Zgodził się bez zastanowienia, a podobno, gdy powiedział o tym ojcu, ten popłakał się ze szczęścia.

DTBJmateriały prasowe

Te relacje z pracownikami wciąż są dla was ważne?

Tak. Jako firma rodzinna możemy skupić się nie tylko na zarabianiu pieniędzy, ale przede wszystkim na tym, co zapewni firmie trwałość i długowieczność. Jest taka anegdotka, świetnie pokazująca różnice między firmą rodzinną a korporacją. Bo czym jest kwartał? Dla korporacji kwartał to trzy miesiące, dla firmy rodzinnej to 25 lat. Naszym głównym celem nie jest to, żeby zarobić jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. Celem jest przetrwanie, by potem móc coś przekazać swoim dzieciom.

Z drugiej strony taka firma to ogromna odpowiedzialność.

Bo nie odpowiadasz wyłącznie za siebie, ale również za rodzinę i właśnie pracowników. Jak firma upada, na lodzie są wszyscy. Ja dodatkowo czuję ciężar tych 130 lat. Nie chciałabym, żeby mój dziadek czy pradziadek przewracali się w grobie z powodu jakiejś głupoty, jaką zrobiłam. Ale ma to też swoje plusy. Człowiek jest zdolny do większych poświęceń, również w sytuacji, w której trzeba firmę ratować. Może zacisnąć pasa, coś sprzedać, doinwestować z własnych funduszy, obniżyć pensje. Ma również większe poczucie bezpieczeństwa, bo pracuje wśród swoich. Kiedy dziecko mi zachoruje, to nie mam problemu z tym, żeby spóźnić się do pracy. Dostaję wsparcie od bliskich.

DTBJDom towarowy współcześnie/ K. Krystosiak

Znajomi ci zazdroszczą?

Raczej nie, chociaż niektórym wydaje się, że skoro pracuję w firmie rodzinnej, to mam łatwiej, nie muszę się wysilać. Prawda jest taka, że człowiek dużo bardziej angażuje się we własną firmę niż w cudzą. Jak coś się dzieje akurat wtedy, kiedy zaplanowałam sobie urlop, to oczywiste, że zostaję i działam. I wcale nie zarabiam tak dużo, jak by się mogło na pierwszy rzut oka wydawać.

To znaczy?

Zdecydowanie mniej niż inni na podobnych stanowiskach. Ale nie mam potrzeby posiadania luksusowego samochodu. Na życie mi starcza.

Kiedy poczułaś, że chcesz się zaangażować w rodzinny biznes?

Po studiach pedagogicznych zostałam zatrudniona na część etatu w firmie, która zajmowała się administracją kamienicy przy Chmielnej. Firma pracowała dla  nas, ale moim  pracodawcą była osoba niezwiązana z rodziną. Później pracowałam w agencji reklamowej, skąd po czterech latach wróciłam do rodzinnej firmy - z pełnym przekonaniem, że to właśnie w taki sposób chcę żyć i pracować. I nie chodzi tutaj o konkretny zawód, ale o styl życia, filozofię pracy. Byle dalej od wyścigu szczurów. Co nie znaczy, że praca z mamą i tatą jest łatwa.

DTBJWnętrze DTBJ/ Dom Towarowy Braci Jabłkowskich

Ciężko oddzielić kwestie zawodowe od prywatnych?

To jest niemożliwe. Dla rodziców zawsze będziemy dziećmi i zawsze będzie im się wydawać, że jeszcze trzeba nam w czymś pomóc. Nie patrzą na nas jak na pracowników. Nie czuję jeszcze, że byłabym w stanie przejąć firmę, ale pewne rzeczy wiem, że mogę robić sama i dobrze mi to wychodzi. Ale najważniejsze jest to, żeby chcieć i być w stanie wejść w coś, co już istnieje, zaakceptować tę wizję stworzoną przez nich, w którą oni są bardzo zaangażowani, a z którą może nie do końca się nawet zgadzamy.

Wchodziłaś do firmy z jakimś nastawieniem?

Wtedy nie było jeszcze wiadomo, jaka ta firma właściwie będzie. Miałam 9 lat, kiedy zaczął się proces odzyskiwania majątku. Pierwsze, co udało nam się odzyskać, to była kompletnie zrujnowana kamienica na Chmielnej. Zastanawialiśmy się, czy w ogóle ją przyjąć, bo byliśmy firmą rodzinną bez żadnego majątku. Za wszystko płacili członkowie rodziny z własnej kieszeni. Nasz flagowy budynek odzyskaliśmy dopiero w 2013 r.

Jak wam się żyło?

Daleko nam było do wyższej klasy społecznej. Ale dla nas pieniądze nigdy nie były celem. I mam nadzieję, że to się nie zmieni. Jeżeli już jest ich więcej, to nie wydaje się ich na samochody dla członków rodziny, ale na inwestycje lub realizację na przykład takich projektów, jak „Marzyciele i rzemieślnicy” na trzecim piętrze, za który odpowiedzialna jest moja siostra. To miejsce, w którym dojrzewać mają pomysły, które będą wpływały na poprawę jakości życia mieszkańców - szczególnie Warszawy, ale także innych miast w Polsce. Oprócz zarabiania pieniędzy, firma zawsze miała misję robienia czegoś dla społeczności lokalnej.

A co z działalnością handlową?

Na pewno nie będzie to typowa sprzedaż jak przed laty. Wtedy byliśmy jedynym domem handlowym, obecnie w Warszawie jest bardzo dużo takich miejsc. Na razie robimy remont. Powierzchnie przeznaczone na biura już są, za chwilę przyjdzie czas na handlówkę. Na pewno część powierzchni zajmie żywieniówka - ale nie typowe delikatesy, raczej miejsca, w których można zjeść coś dobrego, a następnie to samo kupić i zabrać do domu. Druga część powierzchni zostanie przeznaczona na polski design i polski styl życia, czyli produkty polskich projektantów, które można było do tej pory zakupić na przykład podczas targów weekendowych. Chcemy, aby było w Warszawie miejsce, gdzie produkty polskich projektantów można dostać w jednym miejscu. Na razie nie są one tak łatwo dostępne. Oprócz żywieniówki i designu - moda.

Siostra zajmuje się działalnością III piętra...

Jest też odpowiedzialna za PR i marketing.

A ty?

Moim konikiem zawsze była architektura, więc w firmie zajmuję się wszystkimi sprawami budowlanymi i architektonicznymi - remontem, komercjalizacją biur. Reklama to nie moja bajka.

Często się spieracie?

Tak (śmiech). Przede wszystkim z rodzicami. Ale to wynika z różnicy pokoleń i tego, że każdy z nas ma inny temperament i trochę inny pomysł na rozwój firmy. W większości przypadków jest to jednak twórcza konfrontacja.

Rodzice musieli być szczęśliwi, kiedy udało się w końcu odzyskać flagowy budynek firmy?

Dla mojego Taty to na pewno była życiowa misja. Mama przez wiele lat pracowała gdzie indziej. Mimo to, zawsze aktywnie uczestniczyła w tym boju. Ale jak się o coś walczy ponad 25 lat, to ten sukces nie jest już taki spektakularny. Poza tym, nie było czasu na spoczywanie na laurach. Od razu trzeba było myśleć, co dalej z firmą.

Jest taka osoba z rodziny, którą najbardziej lubisz lub którą najlepiej pamiętasz z rodzinnych opowieści?

Najlepiej pamiętam Anielę Jabłkowską, od której to wszystko się zaczęło. To ona wymyśliła ten biznes. Miała odwagę wystawić na zewnątrz słynną komodę i sprzedawać tasiemki, guziki, haftki. Dopiero potem jej bracia rozwinęli jej działalność. Ale bardzo podoba mi się idea, że to kobieta stworzyła fundamenty pod firmę Braci Jabłkowskich.

Dom Towarowy Braci JabłkowskichKomoda Anieli Jabłkowskiej/ Dom Towarowy Braci Jabłkowskich

Drugą osobą jest mój dziadek. Feliks Jabłkowski to postać mityczna - człowiek skromny, który bardzo dużo uwagi poświęcał swoim pracownikom. Znany był z tego, że codziennie przechadzał się po budynku i odwiedzał każdego pracownika po kolei. Wszystkich znał z imienia i nazwiska. Czyli z jednej strony silna i odważna Aniela, z drugiej skromny i wierzący głęboko w etos pacy dziadek Feliks.DTBJ

Feliks Jabłkowski/ Dom Towarowy Braci Jabłkowskich

Były jakieś czarne owce w rodzinie?

Nie mogę powiedzieć - solidarność krwi. (śmiech) Ale raczej nie było czarnych owiec. U nas jest tak - kto chce, ten może zaangażować się w firmę, ale to też nie jest tak, że może nic nie robić, tylko być i dostawać za to pieniądze. Zanim mój pradziadek zatrudnił kogokolwiek z rodziny, najpierw wysyłał go na szkolenia zagraniczne, żeby zobaczyć, do czego najlepiej się nadaje. Po powrocie było już wiadomo, na jakim stanowisku go obsadzić. Trzeba było się wykazać, żeby potem mieć do firmy szacunek.

Masz syna. On też będzie kiedyś kontynuował rodzinną tradycję?

Mój syn ma dopiero trzy lata, ale dziadek w żartach  już mówi do niego „dziedzicu”. (śmiech)

No i chłopak w końcu.

Tak. Ale ja wyznaję taką samą filozofię, co moi rodzice. Jeśli będzie chciał i będzie miał do tego przekonanie, to na pewno drzwi będą dla niego otwarte. Ale nie wiem, co będzie. Nie wiem nawet, czy będę miała co mu zostawić. Duży odsetek firm rodzinnych upada w trzecim pokoleniu. Pierwsze rozwija, drugie korzysta z tego, co zbudowało pierwsze, a trzecie często już nie rozwija dalej, „przejada” i firma upada.

Ty jesteś trzecim pokoleniem?

Licząc od odzyskania przez nas firmy, ja jestem drugim pokoleniem, więc mój syn będzie tym niefortunnym trzecim. Ale staramy się do tego podchodzić na luzie. Dużo przeżyliśmy i nie wiadomo, co nas jeszcze czeka. Na historię naszej firmy można spojrzeć tak, że to droga od sukcesu do sukcesu lub od porażki do porażki.

Dom Towarowy Braci JabłkowskichGrabież po powstaniu/ Dom Towarowy Braci Jabłkowskich

Wilno upadło, bo przyszła wojna. Budynek przy Brackiej w trakcie wojny bardzo nie ucierpiał, był tutaj szpital dla powstańców, później ludzie sami zgłaszali się do nas do pracy. Za michę zupy wstawiali szyby, nosili gruz. Potem przyszli komuniści i znów wszystko szlag trafił. Jak mawiał jeden z moich przodków - sukces to umiejętność podniesienia się z porażki. Zobaczymy, jak nam się to uda.

Skomentuj:
- 90 proc. członków firmy to rodzina - Magda Jabłkowska o Domu Towarowym Braci Jabłkowskich [WYWIAD i DUŻO ZDJĘĆ]
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX