"To był warszawski sznyt". Cieszkowski, najstarszy zakład kapeluszniczy stolicy kończy działalność po 150 latach. "Idziemy do rozbiórki"

Dwa psy ciągnące kapelusz, charakterystyczny logotyp zakładu kapeluszniczego Cieszkowski od 150 lat jest synonimem najwyższej jakości. Fason i warszawski sznyt doceniali wielcy tego świata. Dziś nad zakładem zawisły czarne chmury.
Dwa psy ciągnące kapelusz, charakterystyczny logotyp zakładu kapeluszniczego „Cieszkowski” od 150 lat jest synonimem najwyższej jakości. Fason i warszawski sznyt doceniali wielcy tego świata. Dziś nad zakładem zawisły czarne chmury
Warszawska Praga i jej główna arteria - ulica Targowa. Od 45 lat, nieopodal kolejowego wiaduktu przycupnął najstarszy warszawski zakład kapeluszniczy, zakład rodziny Cieszkowskich. Podświetloną szklaną witrynę widać z przystanku autobusowego. W środku piętrzą się czapki, kapelusze, meloniki i damskie nakrycia głowy mieniące się kolorami. Lustra, mała lada, a na zapleczu ponad stuletnie maszyny Singera, na których pracuje się do dziś. Pod jednym z luster tajemniczo wyglądająca metalowa głowa z korbką, jak w maszynce do mielenia mięsa. To maszyna do naciągania filcu i modelowania kształtu nakrycia głowy. Działa na gorąco. Ale zanim czapka na nią trafi trzeba przygotować szablon, wyciąć materiał, po naciągnięciu filcu na gorącej formie zaczyna się szycie i podklejanie, wszywanie tasiemek, podszewek, kokard, skór itd. To co najmniej 3 - 4 godziny pracy doświadczonego rzemieślnika. Biorąc pod uwagę, że sezon na nakrycia głowy trwa w Polsce 3 - 4 miesiące, trzeba się natrudzić, żeby wyjść na swoje. Klientów niestety z roku na rok jest coraz mniej.
- Idziemy do rozbiórki - żali się Alina Cieszkowska, ostatnia z rodziny kapeluszników Cieszkowskich
- Pani prezydent Hanna Gronkiewicz - Waltz zażyczyła sobie drogi w miejscu gdzie stoi mój zakład. Niby wiedzieliśmy o tym od 30 lat, ale dopiero w tym roku sprawa przyspieszyła. Mamy się wynieść do 18 maja 2015 roku. Ja już nie mam siły na kolejną przeprowadzkę. Poza tym nie stać mnie na 10 tys. czynszu. Ten lokal jest moją własnością ale grunt należy do miasta i nie ma przebacz - mówi Cieszkowska.
Historia warszawskich kapeluszników sięga XIX wieku. Jest barwna i dramatyczna, jak historia Warszawy.
- Stefan Cieszkowski czyli mój pradziadek, 150 lat temu wyjechał, jak to się mówi „na saksy”. Od dziadków dowiedziałam się, że w Wiedniu uczył się na kapelusznika u najlepszych specjalistów w Europie. Do Polski wrócił tuż przed końcem Powstania Styczniowego w 1864 roku. Pracował przez moment w Bielsku Białej, po czym przyjechał do Warszawy i na ul. Chmielnej 16, naprzeciwko nie istniejącej już łaźni „Diana” otworzył swój pierwszy sklep z nakryciami głowy tylko dla mężczyzn - zaczyna snuć opowieść Alina Cieszkowska.
Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości interes ruszył z kopyta. Rodzinnym biznesem zajął się Marcin, syn przedsiębiorczego Stefana. Marcin sklep i produkcję przeniósł na Nowy Świat 12. Młody kapelusznik zatrudniał aż 10 pracowników i skutecznie konkurował ze stoma ówczesnymi kapelusznikami w Warszawie. Nakrycia głowy w tym czasie nosili dosłownie wszyscy, od robotników po arystokratów.
- Proszę spojrzeć na stare fotografie, ryciny czy filmy. Każdy coś ma na głowie. To była i moda i konwenans, poza tym zimy były mroźne, nie to co teraz, niedługo dzieci zapomną co to są sanki, a my już całkowicie stracimy klientów - mówi Cieszkowska.
W kapelusze, cylindry, meloniki i inne nakrycia głowy zaopatrywali się u Marcina politycy, rentierzy, fabrykanci, mniejsi i więksi przedsiębiorcy, a przede wszystkim artyści, w tym wielkie gwiazdy kina, operetki czy teatru: Eugeniusz Bodo, Bolesław Mierzejewski, Władysław Szczawiński, Józef Redo.
Lepszej reklamy sobie młody kapelusznik nie mógł wymyślić.
Niestety plany dalszego rozwoju pokrzyżowała II wojna. Zakład zajęli Niemcy, którzy w lokalu otworzyli propagandową księgarnię. I znów było się trzeba wynieść, tym razem na Marszałkowską 74. W czasie powstania, sześciopiętrowa kamienica została doszczętnie zburzona, ocalała tylko brama.
- Ojciec tył tej bramy zabudował, z przodu zrobił witrynę a w środku urządził zakład. Niezłomny był ten mój ojciec i uparty. Materiałów praktycznie nie było. Kapelusznicy szyli z wojskowych płaszczy, starych jesionek, mundurów. Resztki materiałów kupowało się na targu na ul. Emilii Plater. Zakład w bramie dotrwał do 1950 roku  - mówi Cieszkowska.
Mimo problemów z materiałami wciąż szyło się m.in.: meloniki, cylindry, kapelusze, kaszkiety, berety, maciejówki z lakierowanym daszkiem, czapki studenckie, kolarki, angielki, szapoklaki itd.
- Szapoklak to coś na kształt cylindra, który się składa, kryty jedwabiem na metalowym rusztowaniu. W ostatnim szapoklaku, który mi po ojcu został zepsuło się rusztowanie i nie ma go kto naprawić. A angielek jeszcze wtedy nie było, robiło się czapki bardziej sztywne, angielka to mięciutka czapka na wzór popularnych angielskich czapek Kangola. Można angielkę złożyć i schować w kieszeni - mówi Cieszkowska.
Po wojnie interes po Marcinie przejął Stefan, ojciec dzisiejszej właścicielki zakładu. Ale zanim po wyprowadzce z bramy na dobre rozkręcił biznes, najął się do Operetki Warszawskiej. Stefan był samoukiem obdarzonym nieprzeciętnym słuchem i głosem.
- Musiał jakoś rodzinę utrzymać, a ja dzięki temu miałam świetne dzieciństwo, wychowałam się za kulisami sceny, ojciec zabierał mnie na próby. Żyło się nieźle, ale i tak zaczął się kręcić za lokalem. Ciągnęło go do tych kapeluszy, w końcu to jego korzenie. Do ojca, już na ul. Targową 67 przychodzili m.in.: Mieczysław Fogg, Adolf Dymsza, Ludwik Sempoliński. Najbardziej zapamiętałam jednak Mieczysława Wojnickiego, autora wielkiego hitu „Jabłuszko, jabłuszko, jabłuszko pełne snu”, który z czasem zaprzyjaźnił się z ojcem, bywał w naszym domu i czasami śpiewał mi „Jabłuszko” - wspomina Cieszkowska.
Z ul. Targowej na krótką chwilę zakład przeniósł się na ul. Ząbkowską, a od 1970 aż do dziś kapelusznicy urzędują na Targowej, tuż przy wiadukcie kolejowym, w samym sercu Pragi. Wtedy też do pracy dołączyła córka Alina. Pierwsza kobieta w wieloletniej męskiej historii zakładu.
- Fachu uczyłam się u ojca i w Zakładzie Doskonalenia Zawodowego na Podwalu. Skończyłam kurs modniarski, nauczyłam się robić damskie nakrycia głowy. Ojciec już nie żył, złamałam wieloletnią tradycję męskiego zakładu, ciągnęło mnie do damskich kapeluszy. Myślę, że gdyby żył zgodziłby się na to, bo w tym czasie na damskie nakrycia głowy zrobiło się wielkie zapotrzebowanie. Trafiłam kiedyś jaskrawo czerwony materiał i coś tam skleciłam. Wyszła całkiem zgrabna czapeczka. Wystawiłam ją na wystawę, podświetliłam tak, żeby ją było widać z przystanku. Od razu przyszła klientka, wzięła, była oczarowana. Zaczęłam modyfikować, zmieniać fasony, eksperymentować i się zaczęło szaleństwo, które trwało do niedawna. Najdroższe kapelusze jakie sprzedałam kosztowały koło 300 zł. Dwa rodzaje filcu nakładane na siebie, niepowtarzalne i unikatowe fasony, stylizowane na lata 20. Bardzo pracochłonne. Dziś już niestety klientek mam niewiele, sama już nie robię, zlecam robotę młodym, zdolnym, bo już siły nie mam. Wbrew pozorom to bardzo brudna robota, na manicure mogę sobie pozwolić od niedawna - mówi Cieszkowska.
W zakładzie pojawiają się klienci. Pani Alina wita ich w progu z promiennym uśmiechem. Nie ma w sobie natarczywości, raczej wysoką kulturę doświadczonego sprzedawcy.
- Proszę bardzo, niech państwo wejdą z psem, zimno jak diabli, szkoda zwierzaka na mrozie zostawić. Pomieścimy się. Słucham państwa - wita klientów.
- Ładną czapkę dla tego pana byśmy chcieli - mówi klientka w eleganckim płaszcz wykończonym futerkiem i takąż czapką
- W jakim rozmiarze?
- A ja wiem - mówi klient.
Cieszkowska wprawionym okiem ocenia rozmiar na 58.
- Mam dwadzieścia kilka różnych fasonów: maciejówki, maciejówki z lakierowanym daszkiem, szyprówki, czapki skórzane z ciepłym wykończeniem. A w jakim kolorze klient sobie życzy? - pyta Cieszkowska
- Ciemnym, stonowanym - odpowiada towarzyszka kupującego - Kurtkę ma brązową, niech pani coś zaproponuje.
Cieszkowska znika na zapleczu i po chwili prezentuje kilka fasonów czapek. Wśród nich jedną, którą z uśmiechem małego chłopca przymierza klient. Widzę, że już wie, że to ta.
- Mój ojciec nosił czapki od Cieszkowskich, jak byłem gówniarzem kupił mi, zdaje się, że u pani ojca, piękną kolarkę. To był warszawski sznyt i elegancja. Dumny byłem paradując w niej po Mokotowie. Mam ją do dziś, ale chyba już mi nie wypada w niej chodzić, ale nie zamierzam się jej pozbyć - opowiada szczęśliwy klient - Ile płacę?
- 95 złotych poproszę - z nieukrywaną dumą mówi Cieszkowska. Jest w swoim żywiole. Kiedy klienci wychodzą pytam.
- I co, taki zakład pani zamknie? Może jednak warto kolejny raz przenieść zakład w inne miejsce? Przecież klienci kochają wasze czapki.
- Zamknę. Ja chcę pożyć. Mam swoje lata, a z drugiej strony energia mnie roznosi. W końcu sobie na nartach pojeżdżę. Nie opowiadałam jeszcze panu o moim drugim pradziadku, Stanisławie Barabaszu. Był prekursorem narciarstwa w Polsce, ale to już inna historia - mówi
- A jakby się znalazł inwestor. Myślę, że nie jeden by się połasił na zakład ze stupięćdziesięcioletnią tradycją. Ile musiałby pani zaproponować?
- Co najmniej milion złotych. Taniej nie sprzedam - kończy Cieszkowska - A jak pan spotka Macieja Nowaka, tego krytyka kulinarnego z wielką głową, proszę mu przekazać, że czaka na niego kapelusz w rozmiarze 63,5 - dodaje.

Warszawska Praga i jej główna arteria - ulica Targowa - budynek 18. 45 lat temu, nieopodal kolejowego wiaduktu, przycupnął najstarszy warszawski zakład kapeluszniczy, należący do rodziny Cieszkowskich. Podświetloną szklaną witrynę widać z przystanku autobusowego.

Cieszkowski Fot. Igor Nazaruk

W środku piętrzą się czapki, kapelusze, meloniki i damskie nakrycia głowy mieniące się kolorami. Lustra, mała lada, a na zapleczu ponad stuletnie maszyny Singera, na których pracuje się do dziś.

Alina Cieszkowska Fot. Igor Nazaruk

Pod jednym z luster tajemniczo wyglądająca metalowa głowa z korbką, jak w maszynce do mielenia mięsa. To maszyna do naciągania filcu i modelowania kształtu nakrycia głowy. Działa na gorąco. Ale zanim czapka na nią trafi trzeba przygotować szablon, wyciąć materiał, po naciągnięciu filcu na gorącej formie zaczyna się szycie i podklejanie, wszywanie tasiemek, podszewek, kokard, skór itd. To co najmniej 3-4 godziny pracy doświadczonego rzemieślnika. Biorąc pod uwagę, że sezon na nakrycia głowy trwa w Polsce 3-4 miesiące, trzeba się natrudzić, żeby wyjść na swoje. Klientów, niestety, z roku na rok jest coraz mniej.

Forma do modelowanie na gorąco/miarka do kapeluszyFot. Igor Nazaruk

- Idziemy do rozbiórki - żali się Alina Cieszkowska, ostatnia z rodziny kapeluszników Cieszkowskich. - Pani prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz zażyczyła sobie drogi w miejscu, gdzie stoi mój zakład. Niby wiedzieliśmy o tym od 30 lat, ale dopiero w tym roku sprawa przyspieszyła. Mamy się wynieść do 18 maja 2015 roku. Ja już nie mam siły na kolejną przeprowadzkę. Poza tym nie stać mnie na 10 tys. czynszu. Ten lokal jest moją własnością, ale grunt należy do miasta i nie ma przebacz - mówi Cieszkowska.

Stefan Cieszkowski, pierwszy kapelusznik w rodzinie Stefan Cieszkowski, fot. archiwalna 1890 rok

Historia warszawskich kapeluszników sięga XIX wieku

Jest barwna i dramatyczna, jak historia Warszawy.

- Stefan Cieszkowski, czyli mój pradziadek, 150 lat temu wyjechał, na saksy. Od dziadków dowiedziałam się, że w Wiedniu uczył się na kapelusznika u najlepszych specjalistów w Europie. Do Polski wrócił tuż przed końcem powstania styczniowego w 1864 roku. Pracował przez moment w Bielsku Białej, po czym przyjechał do Warszawy i na ul. Chmielnej 16, naprzeciwko nieistniejącej już łaźni Diana, otworzył swój pierwszy sklep z nakryciami głowy tylko dla mężczyzn - zaczyna snuć opowieść Alina Cieszkowska.

reklamy zakładu w przedwojennej prasie warszawskiej reklamy publikowane w przedwojennych warszawskich magazynach

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości interes ruszył z kopyta. Rodzinnym biznesem zajął się Marcin, syn przedsiębiorczego Stefana. Marcin sklep i produkcję przeniósł na Nowy Świat 12. Młody kapelusznik zatrudniał aż 10 pracowników i skutecznie konkurował z ówczesnymi kapelusznikami w Warszawie. A tych było stu. Nakrycia głowy w tym czasie nosili dosłownie wszyscy, od robotników po arystokratów.

- Proszę spojrzeć na stare fotografie, ryciny czy filmy. Każdy ma coś na głowie. To była i moda i konwenans, poza tym zimy były mroźne, nie to, co teraz. Niedługo dzieci zapomną, co to są sanki, a my już całkowicie stracimy klientów - mówi Cieszkowska.

Alina Cieszkowska Fot. Igor Nazaruk

W kapelusze, cylindry, meloniki i inne nakrycia głowy zaopatrywali się u Marcina politycy, rentierzy, fabrykanci, mniejsi i więksi przedsiębiorcy, a przede wszystkim artyści, w tym wielkie gwiazdy kina, operetki czy teatru: Eugeniusz Bodo, Bolesław Mierzejewski, Władysław Szczawiński, Józef Redo. Lepszej reklamy młody kapelusznik nie mógł sobie wymyślić.

Niestety, plany dalszego rozwoju firmy pokrzyżowała II wojna. Zakład zajęli Niemcy, którzy w lokalu otworzyli propagandową księgarnię. I znów trzeba było się wynieść, tym razem na Marszałkowską 74. W czasie powstania sześciopiętrowa kamienica została doszczętnie zburzona, ocalała tylko brama.

Cieszkowski Marszałkowska 74, zakład w bramie zburzonej kamienicy. fot. archiwalna 1945 rok

- Ojciec tył tej bramy zabudował, z przodu zrobił witrynę, a w środku urządził zakład. Niezłomny był ten mój ojciec i uparty. Materiałów praktycznie nie było. Kapelusznicy szyli z wojskowych płaszczy, starych jesionek, mundurów. Resztki materiałów kupowało się na targu na ul. Emilii Plater. Zakład w bramie dotrwał do 1950 roku - mówi Cieszkowska.

czapka kolarka Fot. Igor Nazaruk

Mimo problemów z materiałami wciąż szyło się m.in. meloniki, cylindry, kapelusze, kaszkiety, berety, maciejówki z lakierowanym daszkiem, czapki studenckie, kolarki, angielki, szapoklaki itd.

- Szapoklak to coś na kształt cylindra, który się składa, kryty jedwabiem na metalowym rusztowaniu. W ostatnim szapoklaku, który mi po ojcu został, zepsuło się rusztowanie i nie ma go kto naprawić. A angielek jeszcze wtedy nie było, robiło się czapki bardziej sztywne. Angielka to mięciutka czapka na wzór popularnych angielskich czapek Kangola. Można angielkę złożyć i schować w kieszeni - mówi Cieszkowska.

Po wojnie interes po Marcinie przejął Stefan, ojciec dzisiejszej właścicielki zakładu. Ale zanim po wyprowadzce z bramy na dobre rozkręcił biznes, najął się do Operetki Warszawskiej. Stefan był samoukiem obdarzonym nieprzeciętnym słuchem i głosem.

Stefan Cieszkowski w Operetce Warszawskiej Stefan Cieszkowski w Operetce Warszawskiej, lata 1958 - 1964

- Musiał jakoś rodzinę utrzymać, a ja dzięki temu miałam świetne dzieciństwo, wychowałam się za kulisami sceny, ojciec zabierał mnie na próby. Żyło się nieźle, ale ojciec i tak zaczął się kręcić za lokalem. Ciągnęło go do tych kapeluszy, w końcu to jego korzenie. Do ojca, już na ul. Targową 67, przychodzili m.in. Mieczysław Fogg, Adolf Dymsza, Ludwik Sempoliński. Najbardziej zapamiętałam jednak Mieczysława Wojnickiego, autora wielkiego hitu „Jabłuszko, jabłuszko, jabłuszko pełne snu”, który z czasem zaprzyjaźnił się z ojcem, bywał w naszym domu i czasami śpiewał mi „Jabłuszko” - wspomina Cieszkowska.


Z ul. Targowej na krótką chwilę zakład przeniósł się na ul. Ząbkowską, a od 1970 aż do dziś kapelusznicy urzędują na Targowej, tuż przy wiadukcie kolejowym, w samym sercu Pragi. Wtedy też do pracy dołączyła córka Marcina, Alina. Pierwsza kobieta w wieloletniej męskiej historii zakładu.

- Fachu uczyłam się u ojca i w Zakładzie Doskonalenia Zawodowego na Podwalu. Skończyłam kurs modniarski, nauczyłam się robić damskie nakrycia głowy. Ojciec już nie żył, złamałam wieloletnią tradycję męskiego zakładu, ciągnęło mnie do damskich kapeluszy. Myślę, że gdyby żył zgodziłby się na to, bo w tym czasie na damskie nakrycia głowy zrobiło się wielkie zapotrzebowanie. Trafiłam kiedyś jaskrawoczerwony materiał i coś tam skleciłam. Wyszła całkiem zgrabna czapeczka. Wystawiłam ją na wystawę, podświetliłam tak, żeby ją było widać z przystanku. Od razu przyszła klientka, wzięła, była oczarowana. Zaczęłam modyfikować, zmieniać fasony, eksperymentować i się zaczęło szaleństwo, które trwało do niedawna - mówi.

Cieszkowscy Zakład kapeluszniczy Cieszkowski, ul. Targowa 18, lata 70.

- Najdroższe kapelusze, jakie sprzedałam kosztowały koło 300 zł. Dwa rodzaje filcu nakładane na siebie, niepowtarzalne i unikatowe fasony, stylizowane na lata 20. Bardzo pracochłonne. Dziś już niestety klientek mam niewiele, sama już nie robię, zlecam robotę młodym, zdolnym, bo już siły nie mam. Wbrew pozorom to bardzo brudna robota, na manicure mogę sobie pozwolić od niedawna - mówi Cieszkowska.

damski kapelusz Fot. Igor Nazaruk

W zakładzie pojawiają się klienci. Pani Alina wita ich w progu z promiennym uśmiechem. Nie ma w sobie natarczywości, raczej wysoką kulturę doświadczonego sprzedawcy.

- Proszę bardzo, niech państwo wejdą z psem, zimno jak diabli, szkoda zwierzaka na mrozie zostawić. Pomieścimy się. Słucham państwa - wita klientów.

- Ładną czapkę dla tego pana byśmy chcieli - mówi klientka w eleganckim płaszczu wykończonym futerkiem i takąż czapką.

- W jakim rozmiarze?

- A ja wiem? - mówi klient.

ponad 20 różnych fasonów Fot. Igor Nazaruk

Cieszkowska wprawionym okiem ocenia rozmiar na 58.

- Mam dwadzieścia kilka różnych fasonów: maciejówki, maciejówki z lakierowanym daszkiem, szyprówki, czapki skórzane z ciepłym wykończeniem. A w jakim kolorze klient sobie życzy? - pyta Cieszkowska.

- Ciemnym, stonowanym - odpowiada towarzyszka kupującego. - Kurtkę ma brązową, niech pani coś zaproponuje.

Cieszkowska znika na zapleczu i po chwili prezentuje kilka fasonów czapek. Wśród nich jedną, którą z uśmiechem małego chłopca przymierza klient. Widzę, że już wie, że to ta.

- Mój ojciec nosił czapki od Cieszkowskich. Jak byłem gówniarzem kupił mi, zdaje się, że u pani ojca, piękną kolarkę. To był warszawski sznyt i elegancja. Dumny byłem paradując w niej po Mokotowie. Mam ją do dziś, ale chyba już mi nie wypada w niej chodzić, ale nie zamierzam się jej pozbyć - opowiada szczęśliwy klient. - Ile płacę?

- 95 złotych poproszę - z nieukrywaną dumą mówi Cieszkowska. Jest w swoim żywiole.

Kiedy klienci wychodzą, pytam: - I co, taki zakład pani zamknie? Może jednak warto kolejny raz przenieść go w inne miejsce? Przecież klienci kochają wasze czapki.

- Zamknę. Ja chcę pożyć. Mam już swoje lata, a z drugiej strony energia mnie roznosi. W końcu sobie na nartach pojeżdżę. Nie opowiadałam jeszcze panu o moim drugim pradziadku, Stanisławie Barabaszu. Był prekursorem narciarstwa w Polsce, ale to już inna historia - mówi.

- A jakby się znalazł inwestor? Myślę, że nie jeden by się połasił na zakład ze stu pięćdziesięcioletnią tradycją. Ile musiałby pani zaproponować?

- Co najmniej milion złotych. Taniej nie sprzedam - żartuje Cieszkowska. - A jak pan spotka Macieja Nowaka, tego krytyka kulinarnego z wielką głową, proszę mu przekazać, że czeka na niego kapelusz w rozmiarze 63,5 - dodaje.

Więcej o:
Skomentuj:
"To był warszawski sznyt". Cieszkowski, najstarszy zakład kapeluszniczy stolicy kończy działalność po 150 latach. "Idziemy do rozbiórki"
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX