"Lenusiu, była już Twoja ulubiona bajeczka o śmierci" - w tęczowym przedszkolu "Pożaru w burdelu" słyszy Lena Piękniewska. Czemu? [WYWIAD]

Lena Piękniewska posiada niesamowity głos. Śpiewa w dwóch skrajnych spektaklach - w kabarecie, musicalu "Pożar w burdelu", bijącym w Warszawie rekordy popularności, gdzie wygłupia się, żartuje i przeklina na scenie i w "Kołysankach na wieczny sen" - recitalu, który nie pozwala zapomnieć o żydowskiej historii naszym miejsc, o ludziach, których już z nami nie ma.

Czy muzykowanie to tradycja w Twojej rodzinie? Wszystkie kobiety miały taki piękny głos?

Być może mają, ale nie ujawniają. Jestem pierwsza, która uprawia muzykę. Chociaż moja prababcia Helena ładnie śpiewała. I mam ciocię Nataszę, kuzynkę mojego taty, która dużo opowiada o mojej rodzinie - że wszyscy grali na skrzypcach, śpiewali. Mój tata chciał być dyrygentem, ale nikt mi do kołyski nie śpiewał. Moja mama się zarzeka, że ona nie ma żadnych talentów artystycznych.

To skąd u Ciebie muzyka?

Nie wiem. Od dziecka wiedziałam, że chcę mieć związek z muzyką. Jak miałam trzy lata, budowałam skrzypce, naciągałam żyłki. Frustrowało mnie, że one nie grają, nie wydają dźwięku. Myślałam, że oszaleję. Tęsknota za muzyką, za byciem w muzyce przeważała w moim życiu. Zawsze chciałam śpiewać. Zawsze chciałam być piosenkarką - tak jak każda dziewczynka chce być aktorką lub piosenkarką... Chociaż moja córka akurat  nie.

Moi rodzice byli zbyt zajęci sobą, żeby mnie posłać do szkoły muzycznej, zwrócić uwagę na to, że ja mam pragnienia w tej sprawie.

Jednak wszystko mnie prowadziło do muzyki. Skończyłam Akademię Sztuk Pięknych, ale np. profesor od malarstwa mówił: Lena daj indeks, zaśpiewaj Edith Piaf, a ja Ci dam piątkę z malarstwa. Zrobiłam dyplom z wyróżnieniem z rysunku. Tego samego dnia pokłoniłam się farbkom, kredkom i powiedziałam, że nigdy, przenigdy więcej.

Nie żałujesz?

Nie. Absolutnie to nie jest moja ścieżka. Przygodę z muzyką zaczęłam, jak miałam 14 lat, w Krakowie w Piwnicy pod Baranami, gdzie śpiewałam, przesiadywałam w garderobie Jeździłam z Poznania do Krakowa co tydzień, przez jakieś 3-4 lata. To było moje marzenie. Zobaczyłam ich w Poznaniu i chciałam tam być. W tych kostiumach, w tej muzyce, być z tymi ludźmi. Dla nastolatki to było atrakcyjne i wspaniałe. Poznałam tam Czesława Miłosza, Wisławę Szymborską, Hannę Suchocką, Tadeusza Mazowieckiego, Zbyszka Preisnera i Krzysztofa Kieślowskiego. Po śmierci Piotra Skrzyneckiego przestałam jeździć. Jakaś magia się skończyła.

Jaki to miało wpływ na Ciebie?

Wtedy, kiedy moje koleżanki miały chłopaków i rozwijały się romansowo, ja śpiewałam. Byłam na swojej ścieżce.

Chodziłam do bardzo dobrego liceum w Poznaniu, moi koledzy pracują gdzieś w Unii Europejskiej albo skończyli medycynę, tylko ja jedna taka obok. Na szczęście trafiłam na tak wspaniałych nauczycieli w tym liceum, że oni widzieli, że ja mam pasję i mnie wspierali. Nikt nie kazał mi w poniedziałek pisać sprawdzianów z fizyki (śmiech). Choć byłam dobrą uczennicą.

Występujesz w skrajnie różnych...

Tak - między burdelem a pieśnią żałobną. Całe moje życie.

Jak „Pożar w burdelu” i „Kołysanki na wieczny sen” łączysz artystycznie i emocjonalnie?

Daje mi to balans w życiu. Był czas, kiedy grałam tylko Kołysanki. To był bardzo ciemny czas. Towarzyszyły mu też moje podróże do Auschwitz. Odbywam je nadal, ale teraz jestem bardziej wolna. Natomiast, jak zaczęłam robić projekt kołysankowy, to byłam absolutnie unurzana w śmierci i związanych z nią historiach. W historii mojej rodziny. W historii innych rodzin. To był trudny czas. Ale dobrze, że miałam taki czas, taką przestrzeń. A teraz bardzo dobrze, że mogę to harmonizować, skacząc parę razy w miesiącu i robiąc te wszystkie "głupoty” w „Pożarze w burdelu”., że mogę się po prostu bawić sobą, muzyką. To połączenie wprowadza życiową harmonię.

Lena PiękniewskaFacebook/Pożar w burdelu

Tworzysz sama utwory, które pojawiają się w Kołysankach lub Burdelu?

Kołysanki napisałam prawie całe sama. W Burdelu napisałam piosenkę „Rozwiedź się” - dzień po moim rozwodzie. W dniu rozwodu przyszłam na próbę, więc Michał Walczak powiedział do mnie: Lena napisz sobie sama to „Rozwiedź się”, co ja ci będę pisać. I napisałam.

A jak się znalazłaś w Pożarze?

Przyjaźniłam się Anią Smołowik, która już nie gra w Burdelu i ona zaprosiła mnie na pierwszy kabaret. Jestem Jej za to bardzo wdzięczna. To było jeszcze na Chłodnej (klubokawiarnia Chłodna 25, tam na początku występował Pożar w burdelu - przyp.red.). I wniosłam wtedy od razu protest: Dlaczego nie ma nić o Żydach? Gracie na Chłodnej, co to ma być?

I Michał mnie wtedy zaprosił, żebym zaśpiewała o domku Kereta. Wychodziłam na jeden numer. To były złote czasy, kiedy zarabialiśmy 15 złotych. Wszyscy byli pijani. To było cudowne. I tak zostałam, a Michał Walczak stwierdził w końcu, że chce mieć musical.

Jakie są różnice między początkiem a tym, co robicie dzisiaj?

Zmiany są na każdym kroku. Począwszy od sceny, skończywszy na przelewach. Myślę, że jak weszliśmy do teatru, to wszystko się zmieniło. Nie można było ukryć wielu rzeczy. Na Chłodnej ciągle się przesuwaliśmy, nie było miejsca na to, żeby zatańczyć, jeden drugiego przepychał. A w teatrze jest ogromna przestrzeń, trzeba było np. zrobić układ choreograficzny. Przyszedł ogromny zespół - Wiktor Stokowski, perkusista Martinez.

Na Chłodnej Michał Górczyński grał na klawiszach, z których wylatywały tzw. czarne i na rozstrojonym pianinie. Zmieniło się wszystko. Po spektaklu już nie siedzimy i nie rozmawiamy, nie pijemy wina. Wszyscy mówią „dobranoc” i do domu.

Jest teraz trudniej czy łatwiej?

Zdrowiej.

A jest duma?

Nie, to jest właśnie ciekawe. Np. jak graliśmy „Wódkę” w Warszawskie Wytwórni Wódek "Koneser", na przedostatnim spektaklu widownia wstała na koniec, co podnosiliśmy kurtynę to była owacja na stojąco. Ja się nawet wzruszyłam, ale nikt z nas nie zastanawia się nad tym, że odnieśliśmy sukces.  To jest fajne, bo dzięki temu nikomu za bardzo nie odbiło. Nie uderzyła do głowy woda sodowa. Cieszymy się sobą i formułą Pożaru w Burdelu, myślę, że dla wszystkich nas jest to ogromna przygoda i zabawa.

Który odcinek jest Twoim ulubionym?

„Śmierć”, ale to wiadomo... Co jakiś, jak gramy w Burdelu tęczowe przedszkole, to pojawia się tekst: Lenusiu, była już Twoja ulubiona bajeczka o śmierci.

Również „Gorączka powstańczej nocy”. Ja jednak lubię te wszystkie wątki śmiertelne. One są mi bliskie.

A propos Powstania Warszawskiego. Ten kabaret jest mocno warszawski. Długo mieszkasz w Warszawie?

Cztery lata, ale rodzinne korzenie pochodzą z Warszawy. Mamy warszawską historię, powstańczą, gettową. Przyjechałam i wszystko tu było domowe.

Ogromną różnicę zauważam, jeśli chodzi o spotkania międzyludzkie, bliskość między ludźmi. W Poznaniu, gdy się źle czułam lub pragnęłam z kimś spotkać, miałam do wyboru parę domów, gdzie wiedziałam, że ktoś jest, że można posiedzieć. Tutaj nie mam czegoś takiego. Albo ktoś coś gra, albo jest na wernisażu, albo nagrywa płytę albo jest na urodzinach Englerta. (śmiech).

Czasem wykonuję rozpaczliwe telefony do Poznania, gdy widzę, że znajomi się spotykają, jedzą razem śniadania. Ja lubię celebrować życie w taki sposób, ale nie ma tu z kim celebrować. A może jest z kim tylko ja nie mam na to czasu. Sama ciągle jestem w jakimś biegu, mam mnóstwo rzeczy do załatwienia.

A gracie w tym roku szopkę wigilijną?

Od 27 grudnia do 4 stycznia. Na pewno będzie inna od zeszłorocznej, bo doszli Maria Maj, Przemek Bluszcz i Karolina Czarnecka. A zeszłoroczna szopka była najstraszniejszym odcinkiem burdelu dla mnie. Doprowadzała mnie do obłędu. Może dlatego, że ja mam straszną alergię, a siedziałam tam na sianie

Dla mnie zawsze stresujące są też role aktorskie. Ja nie jestem aktorką. Ale reszta zespołu używa dobrego argumentu, że skoro oni mogą śpiewać, to ja mogę grać.  A ja, jak widzę rolę z tekstem, to się bardzo stresuję. To jest trudne, jak się jest między świetnymi aktorami.

Chciałabym się dowiedzieć więcej o genezie „Kołysanek”. Jest tam między innymi piosenka poświęcona Twojej babci.

Moja babcia była jedyną osobą w mojej rodzinie, która towarzyszyła mi w tym projekcie kołysankowym. Wspierała mnie. Zmarła w zeszłym roku. Była osobą w wiecznej tęsknocie. Czy to rodzinne historie?

Jak Andrzej Marszewski z Poznania robił mi pierwszy koncert kołysankowy, bo do niego poszłam z tą ideą, to on wtedy mi mówił: Lena, ja ciebie błagam, jak ktokolwiek będzie cię o to pytał, to nie mów nic o duchach. Nie mów, że ci się przyśniło, że duchy do ciebie przychodzą.

To co ja mam powiedzieć? Że siedziałam w kawiarni i pomyślałam „o może zrobię taki projekt - Kołysanki na wieczny sen”?

To narodziło się w Berlinie. Byłam na warsztatach z Daanem van Kampenhoutem - to jest taki nauczyciel Żyd holenderski, który robi ustawienia rytualne, trochę oparte na Hellingerze, ale bardziej z duszą. Pracuje z duchem rodziny i ze zmarłymi. Będąc tam, miałam rzeczywisty kontakt z tą rodzinną historią. I tam zaczęło mi się to śnić na jawie. Przychodziły do mnie różne rzeczy. Teksty. Przychodziła do mnie nagle muzyka - tak jak „Rosa” dla babci. Potem moi koledzy robili z tego cały utwór.

To wszystko przyszło do mnie. Tak jak przychodzą inne rzeczy. Całe życie tonęłam na statkach. Od dziecka. Miałam 4 lata, rodzice mnie wzięli na Westerplatte, a ja dostałam obłędu tam. Jak się kładłam w wannie, dopuszczałam sobie zimnej wody, to ciągle mówiłam sobie: Tonę na statku. Myślałam, że w poprzednim wcieleniu utonęłam na Titanicu. Po latach okazało się, że moja prababcia była więźniarką obozu Ravensbruck i zginęła na statku. Niemcy wzięli część więźniarek na statek i zatopili go. Po latach w Auschwitz spotkałam Amerykankę, której siostra matki była na tym statku.

Chyba jak u wielu osób z jej pokolenia. Ostatnio czytałam „Oskarżam Auschwitz” Mikołaja Grynberga, tam się takie historie powtarzają.

To jest właśnie pokolenie tych, którzy ocaleli. Pokolenie ludzi takich jak ja i Mikołaj Grynberg to pokolenie ludzi, którzy muszą doświadczyć. Muszą coś zrobić, żeby albo przetransformować historię swojej rodziny jak ja albo w ogóle przetrawić coś, co się wydarzyło. Taki przykład. Moja córka chodzi do szkoły na Muranowie, jechała po nią, zobaczyłam starszą panią i pomyślałam sobie: ona pamięta czasy, kiedy tutaj działy się straszne rzeczy. To się nie mieści w głowie. I to nie było dwieście lat temu. To są historie naszych babć. Jak się kontaktujesz, to czujesz potrzebę przetransformowania tego, również dla samej siebie. Dla swojego zdrowia psychicznego musiałam zrobić „Kołysanki na wieczny sen”. Jak to zrobiłam, to zaczęli do mnie przychodzić ludzie, którzy rozpoznali w nich swoje rodzinne historie. Od strony sprawcy albo ofiary.

Te koncerty są bardzo różne. Np. graliśmy w Łodzi na podwórku, gdzie mi się wydawało, że będzie ciężko, a tam była radość, lekkość. Zagraliśmy w styczniu w Muzeum Historii Żydów Polskich i tam odwróciłam się do chłopaków, łzy mi kapały na podłogę,  machałam głową, że nie jestem w stanie nic więcej zrobić. Aż przypomniała mi się umowa, którą podpisałam z muzeum i szybko się pozbierałam (śmiech).

Na koncertach w Teatrze Żydowskim było inaczej. Miałam wrażenie, że ludzie przychodzą tam świadomie, wiedzą, na co idą. Czuję to ze sceny. Atmosfera jest ciężka. Jak na pogrzebie, żałobnym rytuale.

Kiedyś śpiewałam „Chawę”. Historię o tym, jak w wagonie znaleźli niedokończone zdanie, urwane: Ja Chawa jadę w tym transporcie z moim synem, jeśli spotkacie mojego starszego syna, to powiedzcie mu, że ja - tu zdanie się urywa. Zrezygnowałam ze śpiewania tego, bo dotrwanie do końca było dla nie za trudne.

Znasz hebrajski? Śpiewasz też po hebrajsku.

Umiem czytać. Mam wrażenie, że gdybym była w Izraelu dwa tygodnie dłużej niż bywam zazwyczaj, to bym się nauczyła, ten język tworzy się każdego dnia. I jeszcze kiedyś usiądę do niego.

Chciałabym zrobić ciąg dalszy Kołysanek, zaśpiewać teksty młodych poetów z getta, takich jak Abramek Koplowicz. Teraz szukam tekstów. Chciałam bardzo ocalić pamięć tych, którzy żyją. Chciałabym też zrobić projekt o miłości. Sfilmować ludzi, żeby mi opowiedzieli jedną historię o miłości. Żywe historie. Tylko na razie nie mam, kiedy tego zrobić.

Wciąż wraca do mnie pytanie, gdzie my byśmy byli, gdyby wojna nigdy nie nadeszła. Intelektualnie, kulturowo, z tym całym miksem.

Co dają medytacje w Auschwitz?

Jak przyszedł pomysł medytacji, to pomyślałam, że to dla mnie. Pojadę w bezpiecznej grupie ludzi, z moją przyjaciółką - Małgorzatą Sieczkowską, która jest dla mnie taką matką zastępczą. Wiedziałam, że ona się mną zaopiekuje, jakby mnie tam rozłożyło. Ale nie rozłożyło. Ta idea posiedzenia tam, bycia przez kilka dni, doświadczania tego miejsca, poczucia od każdej strony, co tam jest, co tam zostało jest dobra. To jest ogromny przywilej tam być. To jest jak kościół imienia wielu świętych. Lubię tam wracać, jeżdżę tam co roku. To mi porządkuje życie. Byłam tam też, jak rozpadało się moje małżeństwo. Wcześniej byłam w Indiach.

Do Auschwitz przyjeżdżają niezwykli ludzie z całego świata. Co pokazuje ci, że to nie jest tragedia tylko jednego narodu - żydowskiego, ale i tych ludzi, których dziadkowie, ojcowie byli oprawcami, byli katami. Oni żyją z tym ciężarem. Widziałam scenę jak 80-letnia Żydówka szła z Niemcem, Rainerem, potomkiem nazisty pod rękę. Szli razem przez obóz, płacząc.

Więcej o:
Skomentuj:
"Lenusiu, była już Twoja ulubiona bajeczka o śmierci" - w tęczowym przedszkolu "Pożaru w burdelu" słyszy Lena Piękniewska. Czemu? [WYWIAD]
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX