Znana blogerka krytykuje Barona: "Pan gotuje coraz dziwniej, a nie coraz smaczniej". Szef kuchni odpowiada

- Tak, wpadłam w stan histeryczny, tak w sobotni wieczór, w gronie przyjaciół i znajomych, na kolacji, za którą sama zapłaciłam i która miała być pięknym przeżyciem. Pan mi to zrobił - pisze znana blogerka kulinarna w swoim liście otwartym do szefa kuchni Aleksandra Barona. Szef kuchni odpowiada: - Taki miał być cel, żeby wytrącić z przyzwyczajeń smakowych.

Spodobało ci się? Polub nas

7 lipca na stronie znanego bloga kulinarnego Froblog.pl pojawił się list otwarty kierowany do Szefa Kuchni restauracji Solec 44 - Aleksandra Barona. Blogerka wyraziła swoje ogromne zdziwienie tym, czym Aleksander Baron ugościł zebranych podczas spotkania Mouth to Nose na Smolnej 8 (które odbyło się w sobotę 4 lipca) i zwraca się do niego z prośbą, aby zaprzestał eksperymentowania, ponieważ dania wychodzące spod jego dłoni są dziwne, bynajmniej nie smaczne.

Moment histeryczny miałam przy larwie trutnia

"Nie jest celem moim Pana urazić, czepiać się, czy robić przytyki. W żadnym wypadku. Chcę zwrócić Pana uwagę na ważny moim zdaniem fakt. Pan gotuje coraz dziwniej, a nie coraz smaczniej. (...) Pan zmierza w stronę, która być może jest interesująca i ciekawa, ale obawiam się, że głównie dla Pana" - czytamy na stronie.

Smolna 8Larwa trutnia na plastrze miodu/ Igor Haloszka

Blogerka dokładnie opisała, jak wyglądała kolacja i co było podczas niej serwowane. Na temat każdego dania wyraziła swoją opinię. Odniosła się między innymi do dania -  Szczeżuja na piasku z tatarakiem. "Szczeżuja nie ma zbyt wiele smaku, jest gumowa i naprawdę biedna z niej kuzynka wielkich małży wód dalekich od Polski" - napisała.

Opisała również inną potrawę - prawdopodobnie budzącą największe kontrowersje - larwę trutnia na plastrze miodu, która została podana gościom na dłoni.

Smolna 8Szczeżuja/ Igor Haloszka

"Swój moment histeryczny miałam przy larwie trutnia. I wtedy po raz pierwszy przyszło mi przez głowę, by ostentacyjnie wyjść trzaskając drzwiami i krzycząc: Nie chcę tak jeść! Insektów nie znoszę, brzydzę się, odgradzam moskitierą, niestety panikuję, choć - jako człowiek na co dzień powściągliwy i zrównoważony - bardzo tego nie lubię. Nie położył Pan mi insekta na talerzu, żebym mogła go spokojnie odsunąć i godnie odmówić. Na dłoni - bo dłońmi mieliśmy jeść - na plastrze miodu ułożył pan mi larwę trutnia" - czytamy.

Blogerka zarzuciła również szefowi kuchni, że nie przygotował on gości na tego typu "doznania". "W sobotę Pan eksperymentował na nas, ani nas o tym nie uprzedzając, ani szczególnie do tego nie przygotowując. Nie przyszłam na tę kolację, by eksperymentować, przyszłam się delektować."

Właściwie żadna potrawa podana podczas kolacji nie przypadła blogerce do gustu. Na końcu autorka listu skomentowała:

"Z Mouth to nose wyszłam głodna. Poszliśmy potem na kolację. Być może powinnam zapomnieć o tym wydarzeniu, uznać, że Pan się gdzieś unosi, odlatuje w krainę dziwności i kontrowersji. Każdemu wolno iść swoją drogą. Postanowiłam jednak spróbować to Panu przekazać, bo może Pan tego nie widzi" - czytamy.

Larwa trutnia to po prostu białko

Skontaktowaliśmy się z Aleksandrem Baronem, aby dowiedzieć się, czy rzeczywiście jego kuchnia zmierza w złą stronę. I żeby odpowiedział na ten list otwarty. Już w pierwszym zdaniu wyraził swoje ogromne zadowolenie z opinii, która pojawiła się na blogu. - Bardzo się cieszę, że spotkanie wzbudziło jakieś emocje. Pragnę uściślić już na samym początku, że Mouth-to-nose to nie była w zamyśle zwykła kolacja, a multisensoryczne doświadczenie, które jako pierwsi w Polsce zaprojektowaliśmy i przeprowadziliśmy z Martą Siembab, jedynym polskim senselierem i wine coachem Michałem Więckowiczem. Nie chciałem nikogo zbulwersować, ale po prostu przełamać pewne bariery, pokazać, że jeść można nie tylko nożem i widelcem oraz, że można próbować rzeczy, które rzadko trafiają na nasz talerz. Wbrew opinii autorki bloga, nie zapominam o podstawowej funkcji jedzenia, że ma być smaczne oraz odżywcze. Zawsze podkreślam to, że gotuję przede wszystkim smacznie - mówi. - Gdybym miał zamiar zszokować gości, na talerze z pewnością trafiłyby bardziej nieszablonowe potrawy - dodaje.

Aleksander Baron opowiedział o kilku najbardziej kontrowersyjnych daniach, które zaserwował podczas nietypowego spotkania. - Szczeżuja to małż o bardzo wyrazistym smaku, zupełnie innym niż tych, które zazwyczaj jemy. Gdybym podał ją z czosnkiem, śmietaną i białym winem, to nigdy byśmy go nie poznali. A właśnie o to chodziło - tłumaczy. Jej pojawienie się na stole poprzedził zainicjowany przez senselierkę rytuał związania nadgarstków wstęgami zanurzonymi w pochodzącej z Iranu zielonej żywicy galbanum, której surowy, dymno-zielony zapach towarzyszył interakcji z jedzeniem i piciem, jak poinformował nas szef kuchni.

Na pytanie, skąd pomysł, żeby zaserwować gościom larwę trutnia, do tego podaną na lewej dłoni, odpowiedział: - Było to danie dość wyjątkowe ze względu na sposób podania. Na samym początku Marta Siembab przystawiła na nadgarstku każdego gościa ręcznie zwinięty stempel nasączony olejem cedrowym z gór Atlas. Następnie wyserwowane zostało danie. Każda z trzech osób podających potrawę miała swoją odrębną funkcję - jedna przemywała dłoń i nakładała na nią pianę ze słonecznika, druga nakładała plaster miodu, a trzecia nakładała na niego larwę trutnia. Całe danie było dobrze skomponowane zarówno pod względem wizualnym, jak i smakowym. A larwa trutnia to po prostu białko - jest słodka, ma mleczny posmak. Pierwszy raz posmakowałem ją wyciągając z ula plaster miodu. Uznałem, że użycie jej do gotowania będzie interesującym eksperymentem - opowiada Baron.

Autorka Frobloga narzekała również na teksturę flaka wołowego z pięcioma smakami. Baron tłumaczy: -Jego tekstura rzeczywiście była nietypowa, bo nie rozgotowaliśmy flaków, jak to zazwyczaj się robi. Flak był jędrny, trzeba było go dokładnie pogryźć, a gryząc poczuć teksturę. Dodatkowo w daniu chodziło o aktywację pięciu smaków - słonego, gorzkiego, słodkiego, kwaśnego oraz piątego - umami. Produkty wyzwalające inny smak były rozmieszczone osobno, można było je próbować oddzielnie lub połączyć, aby doświadczyć dania w pełni - opowiada.

Aleksander Baron podkreślił również znaczenie win, które w przypadku każdej potrawy spajały kompozycję w spójną całość. - Do szczeżui z tatarakiem Michał Więckowicz zaproponował wino Pouilly-Fumé (Château de Tracy), pachnące i smakujące tym, co w przyrodzie zielone, natomiast do trutnia na plastrze miodu wino Graupert (Meinklang), produkowane z winnych krzewów-samosiejek - opowiada Baron.

Smolna 8Igor Haloszka

Do tego przyzwyczaiła nas kultura

Aleksander Baron podkreślił, że to kultura w dużej mierze determinuje nasze podejście do określonych potraw i produktów. - Kultura, mówiąc nam, co jest dobre, a co - odstręczające, determinuje nasze kulinarne wybory oraz nasz smak. Do pewnych smaków jesteśmy więc przyzwyczajeni, do innych nie. Nikt nie pomyślałby, żeby zjeść na przykład skórkę od kiwi. A w niektórych częściach świata się ją zjada, bo jest jak najbardziej jadalna. Codziennie kupujemy mięso, a czy zastanawiamy się właściwie, skąd ono pochodzi? Prawda mogłaby nas bardzo zaskoczyć. Żadne z dań, które podałem nie zagrażało zdrowiu gości - tłumaczy Baron.

Na zarzut autorki bloga, że nie przygotował gości na taki eksperyment, odpowiedział, że taki był cel kolacji. - Gdybym wcześniej powiedział wszystkim, co ich czeka, nie osiągnąłbym zamierzonego celu, czyli takiego, żeby w jakiś sposób zaskoczyć, wytrącić z tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni - tłumaczy.

Na koniec dodaje: - Kolacja była dokładnie zaprojektowana przez trzy osoby. Poza elementem smakowym, ważną rolę odgrywało to, w jakiej formie podawane były dania. Jedzenie nie miało nasycić, miało być eksperymentem, swego rodzaju przeżyciem, doznaniem czegoś nowego, nietypowego. Wydarzenie to miało sens jako całość: pokarm, wino i zapach. Żadnego z tych elementów nie powinniśmy oceniać osobno, abstrahując od pozostałych. Zaznaczamy, że tego typu spotkanie odbyło się w Polsce po raz pierwszy. Jesteśmy dumni, że - jak widać po komentarzach - udało się nam osiągnąć cel: pobudzić zmysły i emocje ludzi - podsumowuje.

Kolacja na Smolnej kosztowała 180 zł.

Smolna 8Beza z chrobotkiem reniferowym/ Igor Haloszka

Namiętnie, dziko, erotycznie...

Zdaniem Aleksandra Barona osobą, która zrozumiała ideę kolacji na Smolnej, która również zdecydowała się o tej kolacji napisać, jest Marta Niedźwiecka, pierwsza w Polsce certyfikowana sex coach.

W swojej recenzji pisze o kolacji jako o performansie artystycznym, który był dla niej doświadczeniem „namiętnym, dzikim, pomysłowym do granic wyobrażeń, pobudzającym, erotycznym oraz sensualnym".

„Wokół mnie przez trzy godziny trwał świat idealny - złożony z subtelnych, zmysłowych pobudzeń, dających niemal totalne doświadczenie zmysłowe. No dobra - prawie totalne. Nie było dotykania. Za to wszystko sensualnie, powoli i na maksa” - czytamy na stronie Marty Niedźwieckiej.

Więcej o:
Skomentuj:
Znana blogerka krytykuje Barona: "Pan gotuje coraz dziwniej, a nie coraz smaczniej". Szef kuchni odpowiada
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX