Wiśniobranie, jabłkobranie, czyli kooperatywa spożywcza z punktu widzenia rolnika [WYWIAD]

Z Joanką Szewczyk, aktywistką rolniczo - wiejską, mieszkanką sadowniczego Ziemięcina na południu Mazowsza, społecznie wspierającą rozwój branży rolnictwa ekologicznego, rozmawia Natalia Bet.

W jaki sposób współpracujesz z kooperatywami spożywczymi?

Dostarczam owoce z naszych rodzinnych gospodarstw z Ziemięcina i okolicy. Ale przede wszystkim rozsyłam kontakty w obie strony. Od kiedy przeprowadziłam się z Warszawy do Ziemięcina, łączę świat miejski z wiejskim. W kooperatywie „Dobrze” daję znać o super rolnikach, np. uprawiających kiełki zielonych roślin albo o tym, że poznałam rolniczkę, która z mleka od krowy sąsiadów wyrabia fantastyczne sery białe i żółte, a z jajek makaron jajeczny. Za zgodą rolnika podaję kontakt i wtedy ludzie już sami umawiają się na zakupy grupowe albo prywatne u rolnika w gospodarstwie.

W ubiegłym roku w remizie strażackiej w Lipiu (60km od Wawy) zorganizowałam z Julią Olszewską, pierwsze „Andrzejki Rolniczo Konsumenckie” na które przyjechało z Warszawy blisko 40 przedstawicieli różnych środowisk konsumenckich, w tym Nina Bąk z kooperatywy „Dobrze” oraz Ola Bilewicz z Warszawskiej Kooperatywy Spożywczej. Pojawiło się również kilkunastu lokalnych rolników. Dwa dni bawiliśmy się i dyskutowaliśmy. Był to fajny zaczyn do dalszych wspólnych działań. Nieustannie też - wspierając zaprzyjaźnionych eko rolników z mojego regionu - wrzucam do sieci komunikaty typu „spadły gruszki u mojej sąsiadki, można przyjechać je zebrać w cenie 1zł/kg”.

Poza tym staram się za wszelką cenę "wysyłać" przedstawicieli kooperatyw na spotkania rolnicze po to, aby zaznajamiali rolników z modelem bezpośredniej współpracy, który promują. Byliśmy np. na Dobrych Żniwach na spotkaniu rolników ekologicznych organizowanym przez Ewę i Petera Stratenwerth. To było ważne wydarzenie - z jednej strony doświadczeni rolnicy, z drugiej młodzi entuzjaści. Ważne spotkanie dwóch środowisk. Bardzo rzadko do nich dochodzi.

Ekipa Slow Food Youth Warszawa podczas Wiśniobrania w Ziemięcinie.fot. Michał Groniowski

Jedną z Twoich ostatnich akcji jest ...  Wiśniobranie.

Akcja przerodziła się właśnie w Jabłkobranie (śmiech). A zaczęła się od tego, że w sadzie moich rodziców rośnie 800 drzew wiśni. Siedemdziesiąt procent owoców w tym roku zmarzło i zostało ich bardzo mało. Zrobiłam wydarzenie na Facebooku i zaprosiłam znajomych i nieznajomych na „Wiśniobranie”. Przez dwa tygodnie ludzie przyjeżdżali, żeby samemu urwać ekologicznych wiśni (jesteśmy w trakcie certyfikacji uprawy). Atrakcją było nie tylko samodzielne zrywanie, ale przede wszystkim możliwość spędzenia czasu na wsi, w sadzie. Akcja spotkała się z bardzo pozytywnym odzewem. Przyjeżdżało dużo rodzin z dziećmi, żeby pokazać maluchom, jak wygląda wiśniowy sad. Wiśniowi rwacze byli bardzo zadowoleni. Mieli okazję do wyrwania się z miasta, a wiśnie zamiast po 6-8zł/kg w cenach miejskich, kupowali po 2,50/zł. W promocji akcji pomogła mi przedstawicielka jednej z warszawskich kooperatyw, która polecała nas na swoim blogu kulinarnym. Teraz akcja przerodziła się w Jabłkobranie. Zapraszam ludzi do moich zaprzyjaźnionych eko rolników pod Grójcem.

Ściśle współpracujesz z kooperatywami spożywczymi. Dlaczego polecasz tę formę zakupów?

Z dwóch powodów. Jako dostawca wiem, że rozwijające się kooperatywy dają szansę utrzymania się rodzinnych i małych gospodarstw rolnych, kształtowania upraw pod potrzeby konsumentów, kontaktu z rynkiem sprawiedliwego handlu bez wyzysku rolnika. Kupowanie w kooperatywie to postawa patriotyczna, odpowiedzialna, kształtująca rzeczywistość w małej skali.

A dla konsumenta, to okazja do edukacji w temacie uprawy żywności. Niestety ludzie żyjący w mieście nie wiedzą o tym, że np. nie owocują w kwietniu, a selery rosną ponad pół roku. Ponadto, co ważne, mają dostęp do tańszej, najczęściej ekologicznej żywności bezpośrednio od rolnika.

Jesteś młodą osobą. I na dodatek kobietą. W jaki sposób rozpoczęła się Twoja przygoda z rolnictwem?

Tę niezwykłą, wiejsko - rolniczą, rodzinną tożsamość odkryłam niedawno, dwa lata temu. W Warszawie, gdzie najpierw studiowałam, a później pracowałam. Poczułam zew wsi i ziemi. I tak ku zdumieniu rodziców - wróciłam. Pochodzę z rodziny chłopskiej, mam korzenie rolnicze, a najwięcej wśród nas sadowników. W Ziemięcinie żyjemy od pięciu pokoleń. Jesteśmy jak wielka rodzinna mafia, która zasiedliła część okolicy. Gdy po niej chodzę, czuję, że są ze mną duchy przodków, którzy patrzą moimi oczami na te ziemie i cieszą się, że tu jestem. Powrót do domu był najlepszą decyzją ostatnich lat. Uprawa ogrodu i zajmowanie się jabłkami, szczególnie ekologicznymi i starych odmian są dla mnie kontynuacją przerwanych na Akademii Sztuk Pięknych studiów. Nieustanna praca zmysłów oraz co najważniejsze - kreowanie rzeczywistości.

Więcej o: